newsy
2009-11-20 07:02

ARTYKUŁ: Brzezińska o Walii nocną porą


prześlij znajomemu

photo.title  O mojej sympatii dla brytyjskiego kina (odsuniętej nieco na bok przez skupienie nad filmowymi zmaganiami Niemców z historią), przypomniała mi niedawno telewizja publiczna. Na filmowe niespodzianki małego ekranu można liczyć zwykle późną nocą, bo wtedy telewizyjni magicy zanurzają dłonie w przepastnych kapeluszach archiwów...


Sza! Sza! Śpią niemowlęta i farmerzy, rybacy, sklepikarze, emeryci…

Pod koniec października z czeluści archiwalnego niebytu wyciągnięto film "O Angliku, który wszedł na wzgórze, a zszedł z góry" w reżyserii Christophera Mongera. Ciężar bycia gwiazdą w tej sympatycznej komedii z roku 1995 spadł na barki Hugh Granta, a dzielnie asystowało mu kilku aktorów charakterystycznych z Wysp Brytyjskich, z Colmem Meaneyem i Ianem McNeice'em na czele.

Intryga w "O Angliku, który wszedł na wzgórze…" jest nieskomplikowana. Pod koniec I wojny światowej przyjeżdża na walijską prowincję dwóch angielskich kartografów, którzy zgodnie orzekają, że znajdująca się nieopodal góra jest "jedynie" wzgórzem. Reakcji miejscowych łatwo się domyślić. Walijskie wzgórze za małe, by być górą!? Nie może być! Walijczycy szybko się organizują i w czynie patriotycznym podwyższają wzniesienie do pożądanej wysokości. Anglicy mierzą jeszcze raz i tym razem, wzgórze ma wysokość pozwalającą na nazywanie go górą. Uff. Honor narodu uratowany, a kartografowie z tej okropnej Anglii mogą spadać z powrotem do siebie.

Film Mongera jest wdzięcznie urokliwy, obśmiewający w równym stopniu Angoli, co zwariowanych Walijczyków, osiągając poprawny wynik 1:1. A widz zasypia szczęśliwy, jeszcze przed końcem seansu. Bo tak to czasem jest z walijskimi filmami… Bywają, eufemistycznie ujmując, niespieszne, lecz można je polubić. Znajdzie się w nich trochę emocjonalnej, zawziętej buty, trochę surrealistycznego wariactwa, trochę emfazy twardości charakterów kutych w ciężkiej pracy, wiele codziennej krzątaniny i prowincjonalnej kameralności…

Można ją nazwać zabitą deskami dziurą bez uszczerbku dla jej mieszkańców, którzy zachowali do dziś swoją własną, niczym nieskażoną indywidualność

Elżbieta Królikowska-Avis, pisząc o Walii, zaczyna tak: "Oglądałam dziwne krajobrazy – jakby Katowice rzucone w serce Bieszczad – kopalniane szyby, rzędy identycznych ponurych domków górniczych z ciemnoszarego kamienia, gigantyczne zwałowiska żużlu, porośnięte już trawą (…)"[1]. Zieleń wzgórz i czerń węgla, puste przestrzenie i chmury rwące po niskim niebie, łagodne doliny i góry, gdzie pogoda zmienia się nieoczekiwanie; morska bryza i cień lasu – to częste motywy, tak filmowe co literackie. Kraj kontrastów, tak monotonny a zaskakujący jednocześnie.

Twórczość Dylana Thomasa, najbardziej znanego barda Walii, obciążonego walijską melancholią i (równie chyba walijską) skłonnością do alkoholu też uparcie balansuje między skrajnościami. Między konkretem przedstawienia a sennym marzeniem, delikatnie poetyckim, to znów groteskowym, lecz zawsze nostalgicznym, tęsknym. Miniona chwila, jakieś inne, lepsze życie? A może tylko echa niedawnego śmiechu i melancholijny kac po straceńczej popijawie?

Walia nie kojarzy się tak jednoznacznie kinematograficznie jak Szkocja, choć każdy kinoman wie, że z Walii pochodzi wielu znanych twórców kina: Peter Greenaway, Anthony Hopkins i Richard Burton, Catherine Zeta Jones i Christian Bale, Ioan Gruffudd, Michael Sheen, Jonathan Pryce, Terry Jones, Timothy Dalton…Walia często służy też kinu krajobrazami, by wymienić tylko: "Willow", "Rycerza Króla Artura", niektóre z części przygód agenta Bonda, czy serię o Harrym Potterze.

Co może zaskakujące, pośród filmów związanych bardzo mocno z Walią znajdziemy "Zieloną dolinę" Johna Forda z roku 1941. Amerykańskie kino na podstawie powieści Richarda Llewellyna zostało nagrodzone kilkoma Oscarami, w tym dla najlepszego filmu. Z werdyktem Akademii można dziś dyskutować, lecz by tak rzec, robotnicza, walijska (ale widziana amerykańskim okiem) prowincja znalazła sobie miejsce w kulturze popularnej. Z "miejscowych" filmów w typie portretu górniczego ciężkiego losu, warto wspomnieć o "The Blue Scar" z roku 1949 autorstwa Jill Craigie oraz o "Davidzie" (1951) Paula Dicksona opowiadającym o górniku i poecie D.R. Griffithsie.

Górnicy i kopalnie to ważny temat w brytyjskim kinie starszym i nowszym. We wrześniu British Film Institute zainaugurował cykl projekcji poświęconych, ujmując skrótowo, obecności przemysłu górniczego w kulturze filmowej Wielkiej Brytanii, nieograniczonej przecież tylko do walijskiego podwórka (by przypomnieć tylko filmową trylogię szkockiego reżysera Billa Douglasa, "Kes" Loacha czy "Orkiestrę" Marka Hermana).


Idący od pomarszczonej wody podmuch wionie ulicami aż pod Mleczny czuwający Las


Walijczycy wielokrotnie dokonywali adaptacji sztuki swego ukochanego autora Dylana Thomasa "Pod mlecznym lasem" na potrzeby teatru i mediów. W roku 1972 pokuszono się nawet o zrealizowanie filmu z Richardem Burtonem, Elizabeth Taylor i Peterem O’Toolem. Jednak sztuka na głosy o mieszkańcach małego miasteczka nie sprawdziła się do końca w filmie pomimo znakomitej obsady; adaptacja w formie filmu animowanego również bywa różnie oceniana.

Jest w utworze Thomasa taki rodzaj poetyckiego obrazowania, oparty też na brzmieniu języka, który okazuje się wyjątkowo trudny do oddania w filmowym medium. Stąd poleca się sztukę w wersji do słuchania, w formie radiowej adaptacji. Richard Burton uchodzi tradycyjnie za najlepszego odtwórcę roli Narratora i to jego głos jest zwykle kojarzony z "Pod Mlecznym Lasem" (choć Hopkins depcze mu po piętach).

Innym filmowym walijskim klasykiem z poetyckim kontekstem, nakręconym w całości w języku walijskim i rywalizującym o Oscara dla najlepszego filmu nieanglojęzycznego w roku 1992, jest "Hedd Wyn" w reżyserii Paula Turnera. W roli głównej wystąpił aktor Huw Garmon. Bohaterem filmu jest walijski poeta poległy, jak wielu mu podobnych młodych brytyjskich pisarzy i poetów, na froncie Wielkiej Wojny. Warto tu może dodać na marginesie, że o tej porze roku, w Wielkiej Brytanii ku ich czci, a także ku czci wszystkich ofiar I wojny światowej i innych konfliktów zbrojnych, przypina się do ubrania symboliczny papierowy lub plastikowy kwiatek maku.

W filmach I wojna światowa jest dla Walijczyków wojną odległą, która zdaje się ich nie dotyczyć, to "wojna Anglików". Śmierć poety, metaforycznie – obrońcy i piewcy języka walijskiego, tak ważnego dla narodowej tożsamości, jest więc tym bardziej dotkliwa. Jest niczym ofiara bezsensowna i okrutna.   

Tradycje poetyckie w Walii są niezwykle ważne. Warto tu wspomnieć o wielowiekowym zwyczaju Eisteddfod (po walijsku 'zgromadzenie'), czyli corocznie organizowanym konkursie i festiwalu poezji walijskiej, swego rodzaju święcie języka walijskiego. Kult języka i poezji oraz śpiew chóralny, czy po prostu przywiązanie do śpiewania i muzyki, to elementy tradycyjnie walijskie, stąd nieprzypadkowo pojawiają się w wielu filmach.

Aktor Huw Garmon grający w "Hedd Wyn" znany jest polskim widzom z serialu telewizyjnego nakręconego w realiach drugiej wojny światowej w kooperacji polsko-brytyjsko-walijskiej pod tytułem "Wojenna narzeczona", w którym to walijski żołnierz zakochuje się w pewnym dziewczęciu o słodkim imieniu Celinka. Z dwu wymienionych dokonań aktorskich Garmona zdecydowanie lepiej wypada jednak "Hedd Wyn".

Filmem, w którym wiele się wędruje (Walia to kraj, w którego filmowych portretach dużo się chodzi, może dlatego że - złośliwie powiem - wszędzie jest blisko) i mocno kocha, jest melodramat "Solomon i Gaenor". Historia miłości młodego Żyda (kreowanego z dużą wrażliwością przez Ioana Gruffudda) do Walijki jest pięknie sfilmowana, prowadzona szczerze, wzruszająco. Niestety, rozsądek karze domyślać się nieszczęścia od pierwszych kadrów filmu. W końcu jesteśmy w ponurej, ciemnozielonej Walii na początku XX wieku, gdy jeszcze nikomu się nie śniło o postulacie wielokulturowości. Wyprodukowany w roku 1999 film, nakręcony w języku walijskim ubiegał się także o Oscarowe wyróżnienie w kategorii najlepszego filmu nieanglojęzycznego.


Czas mija. Słyszysz? Mija czas


Równie melancholijny jest film "Na czarnym wzgórzu" w reżyserii Andrew Grieve'a na podstawie powieści Bruce'a Chatwina. Ten film z roku 1987 wpisał się ciekawie w falę ożywienia w brytyjskim kinie lat 80. I ze wszystkich znanych mi walijskich filmów ten tytuł chyba lubię najbardziej. Historia w nim opowiedziana zaczyna się u progu wieku XIX i kończy w czasach współczesnych, a  koncentruje się na życiu małej społeczności żyjącej na angielsko-walijskim pograniczu.

Znój pracy na roli, surowość i piękno przyrody, codzienność i banał życia widziane są oczami dwóch bliźniaków Benjamina i Lewisa Jonesów mieszkających na farmie niedaleko Czarnego Wzgórza. Cykl życia pokoleń splata się tu z rytmem przyrody, wszystko ma swoją symetrię i, jak życie braci, skazane jest na współistnienie. Nienawiść i miłość, gniew i łagodność, pokój i wojna ma swoje miejsce i cel. Dwie strony granicy, dwa narody również wydają się ze sobą związane, spojone na zawsze więzami uprzedzeń, oskarżeń i wzajemnych fascynacji.

Walijczyk to uparty nieokrzesaniec, ciężko pracujący, dumny i porywczy. To nierzadko zwyczajny, prosty człowiek, kryjący wrażliwość poety. W postaciach Walijczyków dostrzec można pewien rys szaleństwa, co reżyserzy eksploatują na dwa sposoby: wydobywając płynący z niego komizm lub zupełnie na poważnie podkreślając dzikość i obcość mieszkańców nieco dziwnego kraju, w którym por (obok żonkila) jest symbolem narodowym.  

Sposobem na manifestowanie odrębności poza ukazywaniem skomplikowania charakteru jest, jak łatwo się domyślić z poprzednich przykładów, wykorzystywanie brzmienia języka, niezwyczajnych walijskich imion, nazwisk, nazw miejscowości lub choćby tylko zauważalnie innego akcentu. Nie na darmo Anthony Hopkins, grający w wyreżyserowanej przez siebie, w walijskiej scenerii adaptacji "Wujaszka Wani" Czechowa, pokrzykuje po walijsku. Choć w przypadku odtwarzanego przez Hopkinsa bohatera to raczej rodzaj ironicznej błazenady, a nie manifestacja narodowej przynależności. Film "Sierpień", fabularny debiut aktora, broni się wyraźnym czerpaniem z giganta rosyjskiej literatury i walijską egzotyką, która za sprawą aktorów i ładnie fotografowanych krajobrazów czyni obraz atrakcyjnym, choć całość, przykro to mówić, wypada poniżej oczekiwań.


Ty jeden zdołasz usłyszeć i spojrzeć poprzez powieki uśpionych w dalekie kraje, labirynty i wzruszenia, w barwy i gorycze…


Film walijski dobrze się czuje w kostiumie, lecz próbuje się też mierzyć ze współczesnością, tyle że robi to w sposób najczęściej prześmiewczy i groteskowy, eksploatując "walijskie szaleństwo", jak w filmie "Twin Town", w którym dwóch braci urządza sobie nieustającą zabawę, wywracając Swansea do góry nogami. "Twin Town" nie odniósł wielkiego sukcesu, lecz pomógł zaistnieć Rhysowi Ifansowi, aktorowi charakterystycznemu, który nierzadko powraca do swego emploi ekscentrycznego indywiduum (by wspomnieć epizodyczną acz pamiętną rolę w "Notting Hill").

Przyglądając się "Human Traffic" ze stolicą Walii Cardiff w tle, zrealizowanemu przez Justina Kerrigana, trudno nie zauważyć próby powtórzenia sukcesu "Trainspotting" na walijskim gruncie. Starań tych nie nazwałabym udanymi, lecz film ma swoich zwolenników. Wycieczkę po współczesnej Walii proponuje też reżyserka słodko-gorzkiej "Dużej małej Ani", opowiadając o dziewczynie próbującej ułożyć sobie życie na przekór ojcu, własnym kompleksom i ograniczeniom. Dziewczę nie jest specjalnie rozgarnięte ani atrakcyjne, ale ma… oczywiście! – głos. Komedia może miejscami bardziej przeraża, niż śmieszy, ale dla aktorów warto obejrzeć choćby fragment.

Jeśli ktoś uważnie ogląda filmy zza zachodniej angielskiej granicy zauważy ciekawe podobieństwa. "Twin Town" i "Na czarnym wzgórzu" to nie jedyne filmy, w których pokrewieństwo, w tym przypadku braterstwo, jest tak silnie akcentowane. Filmy z Walii to też bardzo często świat zamknięty w przestrzeni małej społeczności, w ciasnym kręgu rodziny, dziwny, właściwie niekiedy zdziwaczały, nierzadko bardzo ubogi.

Walijska religijność przedstawiana w filmach (często będąca źródłem filmowego komizmu, jak w "O Angliku, który wszedł na wzgórze…" czy w "Dużej małej Ani") służy wspólnocie za oparcie, łączy w przeżywanym razem życiu. Nadaje też filmom rys konserwatywny, rodzaj znaku opresyjnej, surowej wiary, która każe los przyjmować z pokorą, ale i nie zapominać o przeszłości, dźwigać jej ciężar, być cierpliwym, wytrwałym.


Stąd, gdzie jesteś, usłyszeć zdołasz ich sny


O ile filmy ze Szkocji opowiadają często o współtworzeniu wielkiej historii, o bitwach i bohaterach, filmy walijskie wydają się zwrócone do wewnątrz, nie skupiają się na walce, ale na trwaniu. A może innymi słowy: "przetrwaniu", wbrew Anglikom, wbrew surowej przyrodzie i nieszczęściom. To filmy o trwaniu w pewnej izolacji, w spokojnej, cichej egzystencji, rytmie małych spraw zwyczajnych ludzi. Blisko im czasem do portretów zwyczajności i banału znanych z filmów Mike'a Leigha.

Filmy: "Na czarnym wzgórzu", "Sierpień", "O Angliku, który wszedł na wzgórze, a zszedł z góry" już wyciągnięto z magicznego kapelusza telewizji ciemną nocą, teraz czekam na resztę... Na przykład na "Córki Rebeki" Karla Francisa, żeby sprawdzić, co ci Walijczycy tym razem wymyślili, by dać odpór "wstrętnym Anglikom". Równie chętnie zobaczę oceniany jako kontrowersyjny "Milwr Bychan" ("Boy Soldier") tego samego reżysera… Telewizyjni magicy, niech pradawni bardowie i walijski smok będą z wami, gdy będziecie sięgać do waszych kapeluszy!

***


[1] Elżbieta Królikowska-Avis, "Prosto z Piccadilly. Kino brytyjskie lat 90.", Rabid, Kraków 2001, s. 28.
W tekście w charakterze podtytułów wykorzystałam fragmenty sztuki "Pod Mlecznym Lasem" Dylana Thomasa w przekładzie Andrzeja Nowickiego i Krystyny Tarnowskiej.


Marta Brzezińska

Filmweb



prześlij znajomemu
Napisz co o tym sądzisz:
Krótko mówiąc
PS3 PSP i wiele więcej Chcesz zaproszenie do 
murarz777
off line szukaj innych wypowiedzi tego użytkownika na tym forum
21 listopada 2009 21:05
PS3 PSP i wiele więcej
Chcesz zaproszenie do elitarnego serwisu?
http://www.tinyurl.pl?OtkUVLzv
Ech, i dać mężczyznom coś do 
Marta_B_filmweb
off line szukaj innych wypowiedzi tego użytkownika na tym forum
21 listopada 2009 19:16
Ech, i dać mężczyznom coś do przeczytania...
:-D
ciekawe czy tytuly maja byc dwuznaczne czy to 
biomech_or
off line szukaj innych wypowiedzi tego użytkownika na tym forum
21 listopada 2009 16:09
ciekawe czy tytuly maja byc dwuznaczne czy to samo tak wychodzi , przeczytalem to samo co Pan Kurczak
Ja za pierwszym razem przeczytałem Brzezińska 
Pan_Kurczak
off line szukaj innych wypowiedzi tego użytkownika na tym forum
20 listopada 2009 23:01
Ja za pierwszym razem przeczytałem Brzezińska wali nocną porą
ja nie tszytauem, bo za durzo tego tam 
bandzioretti
off line szukaj innych wypowiedzi tego użytkownika na tym forum
20 listopada 2009 13:26
ja nie tszytauem, bo za durzo tego tam bylo
Świetny artykuł. Walią zainteresowałam się przez 
bemol33
off line szukaj innych wypowiedzi tego użytkownika na tym forum
20 listopada 2009 9:49
Świetny artykuł. Walią zainteresowałam się przez świetnego śpiewaka walijskiego Bryna Terfla, wielkiego propagatora tradycji walijskiej.
Świetny artykuł. Poruszył struny nostalgii w moim 
karol_b_84
off line szukaj innych wypowiedzi tego użytkownika na tym forum
20 listopada 2009 8:31
Świetny artykuł. Poruszył struny nostalgii w moim sercu. Znawcą walijskiego kina nie jestem ale Walię znam, że się tak wyrażę z autopsji. Odwiedzałem ten kraj kilkakrotnie i bardzo ale to bardzo spodobała mi się Walia. Kraj to dla przybysza dziwny pełen dwujęzycznych znaków, gazet, szyldów. Przepiękne krajobrazy, mnóstwo urokliwych zakątków sprawia, że kraina ta jest wciąż pełna miejsc do odkrycia.
Co do filmów poruszonych w artykule obejrzałem kiedyś "Twin Town" - film miejscami śmieszny, miejscami smutny jednak zapadający w pamięć. "Human Traffic" podobało mi się bardzo i nie uważam tego za próbę przeniesienia sukcesu "Trainspotting" oba filmy różnią się jednak znacznie. Dziękuję autorce za wymienienie kilku filmów, które teraz postaram się zdobyć za wszelką cenę. Pozdrawiam serdecznie. Karol.
Omnigence sp. z.o.o. - wydawca Filmweb.pl nie ponosi odpowiedzialności za treści publikowane na serwisie samodzielnie przez jego użytkowników. Publikacja treści oznacza akceptację regulaminu.

W sieci od 18 marca 1998 roku, od 20 stycznia 2000 jako pierwszy serwis w Polsce dostępny w WAP. Pobierz logo Filmweb.
Znak filmweb jest zarejestrowanym znakiem towarowym podlegającym ochronie prawnej na mocy ustawy Prawo własności przemysłowej oraz Ustawy o prawie autorskim i prawach pokrewnych; wyłączne prawo do używania znaku posiada
Omnigence sp. z o.o.

Created by agencja interaktywna - artegence.