Stolica Polski zapachniała wielkim światem. Dawno w tym mieście nie znalazło się tyle znakomitości europejskiej sztuki. I to w jednym miejscu.
Pedro Almodóvar,
Penélope Cruz,
Ken Loach,
Sophie Marceau,
Irene Jacob,
Julie Delpy i
Wim Wenders. Wszyscy oni pojawili się na gali wręczenia Europejskich Nagród Filmowych.
Po osiemnastu latach od ustanowienia Oscarów starego kontynentu uroczystość ta trafiła do Polski. Chciałoby się napisać, nareszcie. Galę otworzyli dyrektor Polskiego Instytutu Sztuki Filmowej Agnieszka Odorowicz, minister kultury i dziedzictwa narodowego Kazimierz Michał Ujazdowski oraz będąca pierwszy dzień w pracy, nowa prezydent stolicy Hanna Gronkiewicz-Waltz. Po zwyczajowej pompie i nieodzownych przemówieniach rozpoczęło się święto filmu.
Całość poprowadzili, z niebywałym zresztą wdziękiem,
Sophie Marceau i
Maciej Stuhr. Pełni blasku na scenie kolejno pojawiali się bohaterowie wieczoru. Odbierając nagrodę dla najlepszej aktorki, urocza i jak zawsze piękna Penelope Cruz nie mogła opanować łez. Emocje udzieliły się też
Almodovarowi, który dzięki swojemu
"Volverowi" zebrał najwięcej nagród. Hiszpański reżyser pomylił nawet statuetkę z mikrofonem, uporczywie starając się przez nią podziękować za nagrodę. Mikrofon czekał tymczasem w drugiej dłoni.
Nagroda dla najlepszego filmu, ta wymarzona przez wszystkich europejskich filmowców statuetka powędrowała do, co ciekawe, debiutanta
Floriana Henckela von Donnersmarcka, za niemieckie
"Życie na podsłuchu". Obraz został także nagrodzony za scenariusz i najlepszą rolę męską, w wykonaniu
Ulricha Muhe. Aktor wraz ze swoim reżyserem tworzyli bardzo kolorowy duet. Niezwykle wysoki reżyser i dosyć skromnej postury aktor sprawiali wrażenie ludzi trochę nie pasujących do siebie. Wbrew pozorom ich współpraca była symfonią. To oni stoją za historią o tajnej niemieckiej policji, siejącej strach za żelazną kurtyną - upiornej "Stasi".
Oba te filmy zrobiły na Europejskiej Akademii Filmowej ogromne wrażenie. Świadczy o tym chociażby fakt, że daleko w tyle pozostawiły nie byle jaki film, bo laureata Złotej Palmy z Cannes, film
Kena Loacha,
"Wiatr buszujący w jęczmieniu". Sam
Loach musiał zadowolić się nagrodą za scenariusz zdobytą, zresztą ex aequo, wraz z
"Volverem". Przegranym był także nasz kandydat do Oscara,
Sławomir Fabicki, ze swoim obrazem
"Z odzysku". Film bardzo dobry, świadczy o tym chociażby sama nominacja do EFA.
Polacy mieli jednak powody do zadowolenia. Nagrodę całokształt twórczości otrzymał
Roman Polański. To jego druga honorowa EFA. Wcześniej, w 1999 roku, otrzymał wyróżnienie za wkład w światowe kino. To prestiżowe wyróżnienie, chociaż przyznawane trochę na pocieszenie.
Polański swoją nagrodę odebrał z rąk dwóch swoich aktorów:
Thomasa Kretschmanna (
"Pianista") i nastoletniego
Barneya Clarka (
"Oliver Twist"). To jednak nie on był najgoręcej oklaskiwanym Polakiem tego wieczoru. W dziesiątą rocznicę śmierci wspomniany został
Krzysztof Kieślowski. To przecież on otrzymał pierwszą Europejską Nagrodę Filmową za najlepszy film. Osiemnaście lat temu nagrodzono bowiem jego
"Krótki film o zabijaniu".
Sama uroczystość także była wielkim sukcesem naszego kraju. To znakomita promocja Warszawy. Śmiało można ją porównać,
proportion gardee, do wyborów Miss Świata, które odbyły się w stolicy ponad miesiąc temu. W przypadku EFA mówimy jednak o czymś więcej, niż tylko o samej promocji kraju, czy miasta. To promocja sztuki, kultury, a ta wymaga szczególnej pielęgnacji. Bo kultura nieadorowana umiera. Dlatego warto było wydać te wszystkie pieniądze, na jednorazowe sprowadzenie uroczystości do Polski. Może młodzi filmowcy uwierzą, że jeszcze liczymy się w europejskim kinie. Jak powiedział w sobotę
Andrzej Żuławski - "Jeszcze polska nie zginęła w europejskim kinie". Sam
Almodovar zaś dodał po gali, że "dziś liczy się dla mnie tylko Warszawa". Jego polscy koledzy po fachu liczą, że tak będzie także jutro i pojutrze. Trzeba lepszej zachęty?
A same gwiazdy? No cóż... Świeciły swoim blaskiem, rozdawały uśmiechy i były na wciągnięcie ręki. Zawsze gdy oglądałem w telewizji takie uroczystości, chciałem się tam znaleźć. Szczerze mówiąc wygląda to tak samo, ale jest ta jedna drobna różnica. Bo wspomnienie spojrzenia
Penélope Cruz tak szybko z pamięci nie wypadnie...