Filmweb sp. z o.o.
http://www.filmweb.pl/article/15.+Millennium+Docs+Against+Gravity%3A+Natura+i+pop-kultura-128278

15. Millennium Docs Against Gravity: Natura i pop-kultura

  • autor: Marcin Stachowicz
  • Relacja
Marcin Stachowicz recenzuje dwa kolejne filmy z programu Millennium Docs Against Gravity: opowieść o słynnej piosenkarce ze Sri Lanki, "Matangi/Maya/M.I.A." (reż. Stephen Loveridge), oraz "Stając się zwierzęciem" (reż. Peter MettlerEmma Davie), filmową medytację na temat miejsca człowieka w naturze.

409964-1.png

Bad girls do it well ("Matangi/Maya/M.I.A.", reż. Stephen Loveridge)

Czy Stephen Loveridge do spółki z M.I.A. chcą nas – jak rapowała lankijsko-brytyjska gwiazda hip-hopu w "Paper planes" – zwyczajnie oskubać z kasy? Takie pytanie zadaję sobie za każdym razem, kiedy oglądam kolejny dokument kręcony na backstage'u – pocztówkę z Olimpu dla wygłodniałych fanów, rozpisaną pod linijkę historię wędrówki od cierni do gwiazd. Szczęśliwie "Matangi/Maya/M.I.A." chowała się u innej matki. Owszem, mamy tutaj opowieść o sukcesie – skoku w dal z londyńskiego osiedla socjalnego prosto do wspólnej garderoby z Madonną. I tak, sporo w tym wszystkim laurki, zachwytu nad bezkompromisową osobowością i samorodnym talentem. Tyle że M.I.A. nie jest zwyczajną celebrytką – jej korzenie, rodzinny background i świadomość polityczna zasługują na odrębną opowieść. Loveridge umiejętnie splata te dwa wątki – muzykę i politykę – pokazując, jak popularność i aktywizm nadają kształt uchodźczej tożsamości. Bez wystawiania jednoznacznej oceny, chociaż z dużą sympatii.

W zasadzie M.I.A. powinna figurować jako współautorka filmu – gros materiału opiera się na prywatnych wideorejestracjach, kręconych przez wokalistkę na przestrzeni kilkudziesięciu lat. Najważniejsze są nagrania z podróży na Sri Lankę w 2001 roku, kiedy Maya po raz pierwszy doświadczyła przemocy symbolicznej – jako przedstawicielka znienawidzonej mniejszości i jako kobieta. To tutaj należy szukać źródeł jej politycznego przebudzenia, którego finałem stało się wejście w rolę nieformalnej ambasadorki Tamilów. Dla mniej wtajemniczonych: M.I.A. – czyli Mathangi Arulpragasam – jest córką jednego ze współzałożycieli Tamilskich Tygrysów, ruchu działającego na rzecz utworzenia w północnej części Sri Lanki niezależnego państwa, na Zachodzie uchodzącego przede wszystkim za groźną organizację terrorystyczną. Do Londynu Maya przeprowadziła się jako 11-latka – z matką, bez ojca, który pozostał w leśnym ostępie i dalej szkolił bojowników. I właśnie fakt zerwanej łączności ze spartańskim światem rewolucji – jak wyjaśnia materiał filmowy – okazał się dla młodej buntowniczki i jej rodzeństwa powodem głębokiego kryzysu tożsamości.

Wahanie – zawieszenie między zachodnią kulturą uliczną a lankijską dżunglą – wspaniale odbija się w muzyce M.I.A., gdzie współczesne beaty mieszają się z gawędami o dziecięcych zabawach między pryczami bojowników. Zresztą otwarte nawiązania do rewolucyjnej przeszłości rodziny plus niewyparzony język – m.in. publiczne oskarżanie syngaleskiej (czyli też – buddyjskiej) większości Sri Lanki o czystki etniczne na Tamilach – wielokrotnie sprowadzały na artystkę fale krytyki. Oskarżano ją o wspieranie terroryzmu i uleganie fake newsom, ale przede wszystkim – i to w wielkich tytułach prasowych pokroju New York Timesa – o cyniczne wykorzystywanie polityki w celach autopromocji. I rzeczywiście, czasami można odnieść wrażenie, że Maya balansuje na krawędzi medialnego kiczu – a to pokaże środkowy palec podczas występu z Madonną na Super Bowl, a to zbeszta dziennikarzy za nierzetelność i pobluzga na polityków na Twitterze. Ironizuje, wbija szpile dawnym współpracownikom, a Loveridge nie zamierza rozsądzać, czy wizerunek buntowniczki to tylko wystudiowana poza, czy przejaw autentycznej bezkompromisowości. Zamiast tego oddaje pole swojej bohaterce, a oceniać możemy sobie już sami – w duchu.
 
Całą recenzję Marcina Stachowicza przeczytacie TUTAJ.


Pod skórą świata ("Stając się zwierzęciem", reż. Peter MettlerEmma Davie)

Gdy długo spoglądamy w otchłań, otchłań również patrzy w nas – głosi popularna sentencja. Chodzi oczywiście o ludzką uległość wobec zła, ale jeśli potraktujemy tekst całkowicie literalnie, szybko wyjdzie na jaw, że między nami a otchłanią rozciąga się pustka – wielkie, tajemnicze nic. Tymczasem w "Stając się zwierzęciem" Peter Mettler, Emma Davie i David Abram próbują nas przekonać, że, myśląc w ten sposób, popełniamy błąd poznawczy – jesteśmy bowiem taką samą integralną częścią ziemskiego kosmosu, jak każde inne zwierze. I jeśli patrzymy na jakiś obiekt z oddali, to nie oddziela nas od niego abstrakcyjna nicość, lecz bujny świat materii – żywe istoty, mikroorganizmy, pierwiastki chemiczne. Powietrze i woda. Film jest więc lekcją pokory, zachętą do uważnego patrzenia na otoczenie, wyjścia naprzeciw temu, co nie-ludzkie – w atmosferze jedności, wzajemnego zrozumienia. Filozoficzną medytacją – wspaniale nakręconą i, co super istotne w przypadku takiej tematycznej wagi ciężkiej, nie pozbawioną subtelnego poczucia humoru.  

image-w1280.jpg

Ostatnio największą kinofilską frajdę sprawia mi oglądanie obrazów, których w kinie nie widziałem nigdy wcześniej. A sposób, w jaki Mettler ustawia nas frontem do natury, jest doprawdy imponujący – wnika głęboko pod skórę lasów, gór i gejzerów, portretuje abstrakcyjną fakturę wody albo kory drzew, chwyta niezwykłe, umykające ludzkiej percepcji detale, rytmiczne kompozycje żywego z martwym. Kręci nocą, bez świateł, kiedy obraz staje się niewyraźną plątaniną migających punktów – jak u malarzy impresjonistów. Przy tym "Stając się zwierzęciem" ma elegancki szkielet – zaczynamy wejściem do kanadyjskiego Parku Narodowego Grand Teton, gdzie zrealizowano większość zdjęć, a im głębszego zespolenia z korą, potokiem, łosiem, krukiem i bizonem dokonujemy, tym mocniej w świat dzikiej przyrody wdziera się technologia – przydrożne bilbordy, samochody, telefony komórkowe, rzeczywistość krzemu i tworzyw sztucznych. Twórcy usiłują wykreować nową, całkowicie wizualną definicję ekosystemu – niezwykle bogatej i złożonej przestrzeni, w której współistnieją ludzie, zwierzęta, krajobrazy, materia nieożywiona. I gdzie nie ma miejsca na pustkę.

I kiedy tak stajemy się na powrót częścią natury, świat naturalny zaczyna odwzajemniać nasze spojrzenia. Nabiera własnej, odrębnej świadomości w obrazach-znakach – każda chmura, cień i linia terenu mówią, zupełnie jak do naszych przodków – oraz dźwiękach – pomrukach zwierząt, szumie liści i gałęzi, łoskocie wodospadu. Zachęcam do podążenia za tą symfonią, wczucia się w tło audialne filmu. Kojące doświadczenie harmonii podtrzymuje dodatkowo narracja Davida Abrama, filozofa i ekofenomenologa, który wchodzi w rolę drogowskazu na granicy ludzkiego z nie-ludzkim. Jego opowieść nie przypomina akademickiego wykładu, a głos nie pobrzmiewa belferskim zniecierpliwieniem. Abram spokojnie wyjaśnia swoje rozumienie zmysłowego współodczuwania z rzeczywistością posługując się na przemian metaforą i konkretem, humanistyczną wrażliwość i naukową analizą. A jego swobodne włóczęgi po bezdrożach historii sztuki, antropologii i kognitywistyki, żeby wyjaśnić zahipnotyzowanym widzom, jak język stopniowo oddzielał się od natury i zamienia w system abstrakcyjnych znaków – czysto technologiczny wytwór człowieka – jest już prawdziwym mistrzostwem świata w filozoficznej przystępności.

Całą recenzję Marcina Stachowicza przeczytacie TUTAJ.   

zobacz też: