Filmweb sp. z o.o.
http://www.filmweb.pl/article/AFF+2017%3A+Europejskie+wizje-125553

AFF 2017: Europejskie wizje

  • autor: Jakub Popielecki
  • Relacja
Choć American Film Festival obnosi się ze swoją narodową przynależnością, w programie filmu znajdziemy filmy mniej jednoznacznie "amerykańskie", nakręcone przez twórców z Europy. We Wrocławiu można zatem obejrzeć "Tamte dni, tamte noce" Włocha Luki Guadagnino z Armie'em Hammerem w roli głównej oraz "Zabicie świętego jelenia" Greka Yorgosa Lanthimosa, w którym wystąpili z kolei Colin Farrel i Nicole Kidman

***

Zmysły ("Tamte dni, tamte noce", reż. Luca Guadagnino)

Zdjęcia antycznych posągów kontra zamaszyste, jakby odręczne napisy – już czołówka filmu jest znamienna. Posągowość muskularnych męskich ciał oraz bogate zaplecze europejskiej kultury z jednej strony, intymna notatka albo wpis w dzienniku z drugiej. Luca Guadagnino przenosi na ekran powieść André Acimana, przepisując Proustowską narrację oryginału na swój filmowy charakter pisma, jednocześnie odsyłając chociażby do filmografii Viscontiego. "Tamte dni, tamte noce" to bowiem – podobnie jak twórczość włoskiego klasyka – kino utkane z literatury. Nie dość że oparte na powieści, to jeszcze szafujące niemalże akademicką ikonografią, tymi wszystkimi wypełniającymi drugi plan szeregami woluminów i czytanymi przez bohaterów w ciepłe letnie dni klasykami. A przy tym jednak kino "kinowe", generujące niemal całą dramaturgię z gry spojrzeń i gry ciał, z napięcia między tym, co widać a czego nie.

CMBYN23.png

Są lata 80., gdzieś we Włoszech. Elio (Timothée Chalamet), nastolatek włosko-amerykańskiego pochodzenia, spędza wakacje, czytając, grając na pianinie, flirtując z koleżanką. Jego ojca – uniwersyteckiego profesora – odwiedza pracujący nad doktoratem stypendysta, Amerykanin Oliver (Armie Hammer). "Uzurpator!" – cedzi na jego widok przez zęby Elio, musi bowiem oddać gościowi swój własny pokój. Tymczasem Oliver, choć wraz z ojcem chłopaka bada kulturę antyczną i dotrzymuje profesorowi kroku w akademickich dysputach, wnosi do rodzinnego domu odrobinę jankeskiej dezynwoltury. Jego bezpretensjonalność graniczy bowiem z arogancją, uosabianą najlepiej przez rzucane w trakcie konwersacji, zbywające rozmówcę słówko "later". W filmie, w którym przypomina się nam o wadze słów, w którym dyskutuje się o etymologii wyrazu "morela", owo "later", Amerykański odpowiednik naszego "nara", jawnie kontrastuje z rzuconym po francusku "usurpateur" Elia. Dyskretna antypatia chłopca do przybysza zmieni się jednak wkrótce w fascynację, tak jak słowo "morela" porzuci okowy teoretycznego, akademickiego dyskursu, by stać się – w praktyce – owocem z drzewa poznania.
 
Nie mogło być inaczej: to film niezwykle zmysłowy. Podobnie jak "Nienasyconych", "Tamte dni, tamte noce" wypełnia światło, a bohaterom udziela się erotyczna aura gorącego dnia gdzieś na włoskiej prowincji: ciepłe powietrze, słońce, woda, przepocone lniane koszule. Nieprzypadkowo Hammer jest tu jak jedna z antycznych figur, jakie wyławia z morza profesor. Kiedy naukowiec omawia potem piękno i dynamizm kształtów zaprojektowanych przez rzeźbiarza tak, by wysyłały jasny sygnał "patrz na mnie", równie dobrze mógłby mówić o swoim doktorancie przyciągającym wzrok zafascynowanego Elia. W ślad za młodym bohaterem kamera celebruje posągowego Hammera w sposób, jaki kino rezerwuje zazwyczaj dla ciała kobiecego. Guadagnino rozbija tu jednoznaczność filmowego spojrzenia, bawi się antycznym zachwytem nad cielesnością, przenosząc go na płaszczyznę współczesnej, nastoletniej homoerotycznej fascynacji. Reżyser najpierw uwodzi nas czułymi zbliżeniami, długimi ujęciami, po czym nagle tnie, na ostro, na ruchu, na akcji. Potęguje to wrażeniowość historii, sprawia, że film przypomina ciąg mentalnych stopklatek, zamglone wspomnienie sprzed lat. 

Całą recenzję Jakuba Popieleckiego można przeczytać TUTAJ

***

Sezon na jelenia ("Zabicie świętego jelenia", reż. Yorgos Lanthimos)

Zaczyna się jak thriller, rozwija jak thriller i kończy jak thriller. Ale wbrew pozorom "Killing of a Sacred Deer" thrillerem nie jest, przynajmniej nie takim, do którego przyzwyczaiło nas Hollywood. Raczej parafrazą Księgi Hioba, wariacją mitu o Agamemnonie oraz Dostojewskim na sterydach. Słowem, połączeniem, które mogło narodzić się tylko w głowie Yorgosa Lanthimosa, twórcy "Kła" i "Lobstera". Na dobre i na złe. 

lanthimos2.0.jpg

Steven (Colin Farrell) i Anna (Nicole Kidman) to małżeństwo lekarzy z Cincinnati. Mają przestronny dom, duży samochód i dzieciaki z lśniącymi włosami. Rysą na ideale okazuje się jednak orbitujący wokół rodziny nastolatek Martin (Barry Keoghan). Steven spotyka się z nim, obdarowuje prezentami, odwiedza w domu i zaprasza do siebie. Tymczasem chłopak coraz lepiej czuje się w towarzystwie nowych przyjaciół, zaczyna uwodzić ich córkę, zawłaszcza coraz więcej ich czasu i przestrzeni. Na początku wydaje się, że odkrycie sekretu Martina zatrzęsie w posadach związkiem bohaterów. Później – gdy reżyser częściowo odkryje karty – całość skręci w stronę opowieści o psychopacie powoli rozmontowującym poczucie bezpieczeństwa zamożnej rodziny. Nic bardziej mylnego. Snujący opowieść o grzechach przeszłości, które zostają wypalone na naszej duszy niczym piętno, Lanthimos zsyła na bohatera cierpienie o iście biblijnej skali, a następnie zmusza do pokuty. 

Reżyser buduje wokół bohaterów tajemnicę przez wielkie T. Pomagają mu w tym zarówno długie ujęcia, w których kamera śledzi Stevena w ciasnych, szpitalnych korytarzach, jak i dudniąca, operowa muzyka. Coś wisi w powietrzu, a tym czymś jest antyczna tragedia. Lanthimos stopniowo ogranicza poczucie bezpieczeństwa bohaterów i komfortu widza, a jako że jest wybitnym stylistą i świetnie prowadzi aktorów, przynosi to momentami piorunujący efekt. Farrell gra faceta na krawędzi całkowitej bezradności, tonącego w morzu frustracji, bez ostrzeżenia eksplodującego gniewem. Kidman jest równie dobra, ze swoją firmową mieszanką dystyngowanego chłodu i subtelnej empatii. Całe show kradnie jednak Keoghan w roli Martina – pod względem urody i charyzmy wyrwany jakby z kina realizmu społecznego, ale objawiający też drugą twarz – oblicze bezlitosnego fatum. Lanthimos, pełniący również funkcję współscenarzysty, ponownie każe aktorom grać na granicy autyzmu, w czym pomagają mu firmowe, lakoniczne dialogi. Nadaje to filmowi nieco surrealistyczną aurę i pracuje na korzyść dramaturgii.
 
Całą recenzję Michała Walkiewicza można przeczytać TUTAJ

zobacz też: