Filmweb sp. z o.o.
http://www.filmweb.pl/article/AMERICAN+FILM+FESTIVAL+2017%3A+Gwiazdy+i+gwiazdeczki-125589

AMERICAN FILM FESTIVAL 2017: Gwiazdy i gwiazdeczki

  • autor: Jakub Popielecki
  • Relacja
Na American Film Festival mnóstwo interesujących – i zazwyczaj bardzo dobrych – filmów. Sean Baker, twórca "Gwiazdeczki" i "Mandarynki", wraca z równie dobrym "The Florida Project", Emma Stone i Steve Carell biorą udział w tenisowej "Wojnie płci", James Franco wciela się w tytułowego "The Disaster Artist", twórcę niesławnego "The Room", a Joaquin Phoenix i Lynne Ramsay w "Nigdy cię tu nie było" pokazują nam, jak wyglądałaby "Uprowadzona" z Liamem Neesonem, gdyby zrealizować ją w arthouseowm stylu.  

***

Przez różowe okulary ("The Florida Project", reż. Sean Baker)

Gdyby "The Florida Project" nakręcić w Polsce, pewnie wyszłoby coś w stylu "Cześć, Tereska". Sean Baker wynalazł przecież – podobnie jak kiedyś Robert Gliński – hiperzdolne dzieci-naturszczyków i obsadził je w opowieści o społecznych dołach. Jesteśmy jednak możliwie najdalej od jakiegoś szaroburego kina z sumieniem i moralizatorskim podtekstem. Po części zapewne dlatego, że Baker opowiada swoją historię w absolutnie nieprotekcjonalnym tonie, bez cienia oceny. A po części dlatego, że akcja filmu toczy się w Ameryce, gdzie można klepać biedę i ledwo wiązać koniec z końcem, pozostając w iście bajkowej scenerii.

florida-project-sunshine-state-brooklynn-prince.jpg

"The Florida Project" świetnie gra bowiem z konwencją filmu dla dzieci, z tymi wszystkimi kinowymi wyprawami do magicznych krain i wizjami świata oglądanego przez różowe okulary, z poetyką pastelowych barw i spuszczonej ze smyczy wyobraźni. W jednej ze scen mamy nawet tęczę, ale – co znamienne – to tęcza jak najbardziej prawdziwa. Baker podąża ze swoją kamerą za grupą dzieciaków mieszkających w motelowym kompleksie na obrzeżach Disneylandu. Jesteśmy na zapleczu wspaniałego świata: stojący nieopodal park rozrywki to wielki nieobecny opisanej w filmie przestrzeni, ale w okolicy i tak czuć już landrynkową atmosferę lunaparku. Ironiczne: sąsiedztwu, w którym wychowują się mali bohaterowie, bliżej do slumsów, ale zamiast mrocznych zaułków zewsząd otaczają ich różowe ściany, gigantyczne głowy czarodziejów i wielkie pomarańcze. Dość powiedzieć, że motel, w którym mieszka ze swoją matką mała Moonee, nazywa się Magic Castle.

Akcja filmu toczy się podczas wakacji, gdy w (gorącym) powietrzu wisi psota. Moonee i jej najlepszy kolega Scooty biegają po okolicy, szukając nowego pomysłu, jak zabić nudę. A to urządzą konkurs plucia, a to wyłączą prąd w budynku, a to przeczeszą osiedle opuszczonych domów. Baker opowiada ich perypetie w luźnym, bliskim dokumentu stylu, skupiając się na kolejnych dziecięcych "przygodach". Fabuła jest tu drugorzędna, wyłania się jakby od niechcenia z sumujących się w szerszy obraz scenek. Nic dziwnego – tak przecież wygląda świat z punktu widzenia dziecka: od impulsu do impulsu, od wydarzenia do wydarzenia, z "dorosłymi" sprawami oddelegowanymi do roli tła. Reżyserski dotyk wydaje się tu bardzo subtelny i film sprawia wrażenie, jakby Baker często komponował sceny z zaobserwowanych, sprowokowanych sytuacji, zamiast naginać rzeczywistość pod jakieś aprioryczne fabularne wymogi. Luźna narracyjna forma pozwala rozwinąć skrzydła młodym aktorom, z grającą Moonee Brooklynn Prince na czele. Dzieciaki są tu tak naturalne, jakby reżyser podglądał niewidzialną kamerą prawdziwe podwórkowe psoty: w rezultacie to jedna z zabawniejszych komedii, jakie obejrzycie w tym roku.

Całą recenzję Kuby Popieleckiego można przeczytać TUTAJ

 ***


Gender, set, mecz ("Wojna płci", reż. Jonathan Dayton, Valerie Faris)

Powtórzę za Davidem Fosterem Wallace'em: tenis nie jest sportem, który przebija się przez ekran. W telewizyjnym skrócie perspektywicznym ginie tempo gry i poczucie dystansu, jaki musi pokonać serwowana piłka, nie czuć tam siły kolejnych uderzeń. Gdy za tenis zabierają się zaś filmowcy, zamiast naprawiać powyższe błędy, produkują nowe: stawiają na montaż i szatkują rozgrywkę niczym jakieś sceny akcji, dość mechanicznie podwyższając widzom ciśnienie i gubiąc poezję tenisowego detalu. Fakt: żeby tę poezję zachować, w filmie o – dajmy na to – Federerze musiałby zapewne zagrać sam Federer (ewentualnie Daniel Day-Lewis). Nic zatem dziwnego, że "Wojna płci" nie stanowi rewolucji w "ekranizowaniu" tenisowej rozgrywki. Ma to jednak sens o tyle, że w meczu, o którym będzie tu mowa, nie szło o sport, ale o gender.

battleofthesexes_01.jpg

Choć trudno dziś w to uwierzyć, ta historia wydarzyła się naprawdę. Przebrzmiały gwiazdor tenisa Bobby Riggs (Steve Carell), niegdyś trzykrotny zwycięzca Wimbledonu, wpadł na pomysł, jak urozmaicić sobie życie na emeryturze i wrócić z pompą na pierwsze strony gazet. Jego koleżanki po fachu waśnie zaczynały głośno domagać się równouprawnienia płac, Riggs postanowił tymczasem udowodnić światu, że mężczyźni nieprzypadkowo zarabiają na grze w tenisa kilkakrotnie więcej niż kobiety. W tym celu wyzwał na pojedynek najwyżej notowaną tenisistkę, inaugurując tytułową wojnę (a w zasadzie bitwę) płci. W 1973 roku Riggs stawił czoła na korcie wielokrotnej zwyciężczyni Wimbledonu, Billie Jean King (Emma Stone). Mecz miał ostatecznie rozstrzygnąć palącą kwestię: czy "tenis" równa się "penis"?

Zanim do głosu dorwą się specjaliści od dowodzenia fizycznej przewagi męskiego nad żeńskim – a także John McEnroe – spieszę donieść, co następuje: King nie argumentowała, że byle tenisistka jest w stanie pokonać byle tenisistę. W "bitwie płci" naprzeciwko siebie stawali przecież sportwoman u szczytu formy i 55-letni emeryt; mecz nie miał więc charakteru eksperymentalnego, ale symboliczny. Riggs, samozwańczy – i faktyczny – szowinista, obrażał przecież kobiety "po całości", delegując je do statusu obywateli drugiej kategorii. King przystąpiła do meczu świadoma, że jego postawa może jedynie powiększyć społeczne nierówności, promieniując także poza świat sportu. Zamierzała wygrać więc nie tylko z byle podtatusiałym bufonem, ale i z ciążeniem płciowego stereotypu.

Całą recenzję Kuby Popieleckiego można przeczytać TUTAJ

***

Buntownik bez polotu ("The Disaster Artist", reż. James Franco)

W połowie lat 90. nikomu jeszcze nieznani Matt Damon i Ben Affleck napisali scenariusz filmu, w którym sami zamierzali zagrać. Ich talent i determinacja doprowadziły do jego powstania – "Buntownik z wyboru" przyniósł im Oscara za najlepszy oryginalny scenariusz i stał się skwapliwie przez aktorów wykorzystaną przepustką do Hollywood. Znana to historia. Kto jednak słyszał o tym, że kilka lat później, tworząc dzieło nazwane "The Room", podobny szturm na Fabrykę Snów podjął niejaki Tommy Wiseau w duecie z Gregiem Sestero? Prócz miłośników midnight movies, wśród których ich film osiągnął kultowy status, zapewne niewielu. Historię powstawania "The Room" na podstawie wspomnień samego Sestero w scenariusz ubrali Scott Eric Neustadter i Michael H. Weber, autorzy "500 dni miłości", a na ekran przeniósł ją James Franco. Zrobił to z humorem, polotem i, jakżeby inaczej, sobą samym w roli głównej. A idzie to tak

the-disaster-artist-james-franco-dave-franco.jpg

Tommy (Franco) i Greg (Dave Franco) spotykają się w San Francisco na kursie aktorskim. Łączy ich marzenie o wielkiej karierze, dzieli wszystko inne. Tommy na scenie szarżuje, jest pewny siebie, nie boi się chodzenia własnymi drogami. Greg, choć ma lepsze warunki fizyczne, nie potrafi się ośmielić, odnaleźć własnego głosu. Pomaga mu w tym ekscentryczny kolega, któremu on z kolei uzupełnia braki w edukacji filmowej, pokazując choćby "Buntownika bez powodu". Zaprzyjaźniają się. Ku przerażeniu matki Grega, białym mercedesem Tommy'ego wyruszają na podbój Hollywood. Wierzą w magiczne połączenie sił i amerykański sen. 

Los Angeles uparcie jednak broni się przed tym najazdem, nie chcąc nie tylko rozwinąć przed nimi czerwonego dywanu, ale nawet dać im do zagrania skromnej rólki. Greg trafia wprawdzie do dobrej agencji, ale nie znajduje angażu; Tommy'ego czeka zdecydowanie więcej upokorzeń. Odrzucony ze względu na wiek, niestandardowy wygląd i wschodnioeuropejski akcent, postanawia sam wyznaczyć reguły gry. Pisze scenariusz filmu, który zamierza samodzielnie wyreżyserować, wyprodukować i wystąpić w głównej roli. Przewidział też rolę dla przystojnego przyjaciela – ale czy przyjaźń przetrwa coraz bardziej kuriozalne wypadki na planie? No i czy Hollywood jest gotowe na wizję Tommy'ego Wiseau?

Całą recenzję Adama Kruka można przeczytać TUTAJ


***

Killer Joe ("Nigdy cię tu nie było", reż. Lynne Ramsay)

"Niskie" jeszcze nigdy nie było niżej, a "wysokie" – wyżej. Przynajmniej nie w filmografii Lynne Ramsay, która potrafi zamieniać gatunkową pulpę w szlachetne, filmowe tworzywo. Jej najsłynniejszy film, "Musimy porozmawiać o Kevinie", wykorzystywał matrycę horroru o dziecku jako wcieleniu czystego zła i opowiadał historię egzystencjalnego cierpienia, które nie sposób złagodzić. W "You Were Never Really Here", swojej czwartej pełnometrażowej fabule, autorka również pożycza elementy z kina gatunkowego. I znów dynamicznie zmienia kierunek podróży. 

thumb_52552_media_image_1144x724.jpg

Fabułę zaczerpnięto z książki Jonathana Amesa; to dziwaczne połączenie kina noir, "Maczety" i "Taksówkarza". Oto Joe (napuchnięty i brodaty Joaquin Phoenix), były żołnierz oraz agent FBI, a obecnie całkiem niezależny facet od mokrej roboty, otrzymuje zlecenie odbicia z rąk stręczycieli córki wpływowego senatora. Nasuwa więc kaptur na czoło, chwyta za młotek i wkracza do przybytku rozpusty razem z drzwiami, rozdając ciosy na prawo i lewo. A że małoletnia Nina (Ekaterina Samsonov) okazuje się seks-zabawką skorumpowanego gubernatora stanu, znajomi i współpracownicy Joego zaczynają płacić za jego brawurę śmiercią. I tak, bohater, nie mając wielkiego wyboru, wkracza na szlak zemsty (czytaj: odkupienia). 

W "You Were Never Really Here" trochę się strzela, trochę dźga, krew tryska z rozciętych tętnic, a kawałki mózgu ozdabiają powierzchnie płaskie. Lecz wystarczy rzut oka na posępnego, chrząkającego pod nosem Phoenixa, by zrozumieć, że nie chodzi o to, co się mówi, tylko jak. Ramsay mówi w stylu, do którego nas przyzwyczaiła; bardziej niż kryminalna intryga interesuje ją portret głównego bohatera. Dziw bierze, że Joe w ogóle wstaje z łóżka, skoro prześladuje go tyle demonów, a na życiu kładzie się cieniem tyle traum. Facet lubi się podduszać, eksperymentuje z nożami, cały czas igra ze śmiercią. Koszmar wojny przybiera postać zastrzelonej na froncie dziewczynki, czas pracy dla rządu kojarzy się z furgonetką pełną martwych imigrantek, zaś słodki okres dzieciństwa – z terroryzującym całą rodzinę ojcem. Wszystko to ciągnie bohatera na dno i zarazem motywuje go do działania. Ale jest jeszcze ktoś, kto trzyma jego głowę nad powierzchnią. Relacja Joego z matką (doskonała Judith Roberts) to związek pełen zaskakującej czułości i niegroźnego sarkazmu – zwłaszcza w scenie, gdy mężczyzna błaznuje pod drzwiami łazienki, udając Normana Batesa z "Psychozy" Hitchcocka

Całą recenzję Michała Walkiewicza można przeczytać TUTAJ

zobacz też: