O mojej sympatii dla brytyjskiego kina (odsuniętej nieco na bok przez skupienie nad filmowymi zmaganiami Niemców z historią), przypomniała mi niedawno telewizja publiczna. Na filmowe niespodzianki małego ekranu można liczyć zwykle późną nocą, bo wtedy telewizyjni magicy zanurzają dłonie w przepastnych kapeluszach archiwów... Sza! Sza! Śpią niemowlęta i farmerzy, rybacy, sklepikarze, emeryci… Pod koniec października z czeluści archiwalnego niebytu wyciągnięto film "O Angliku, który wszedł na wzgórze, a zszedł z góry" w reżyserii Christophera Mongera. Ciężar bycia gwiazdą w tej sympatycznej komedii z roku 1995 spadł na barki Hugh Granta, a dzielnie asystowało mu kilku aktorów charakterystycznych z Wysp Brytyjskich, z Colmem Meaneyem i Ianem McNeice'em na czele. Intryga w "O Angliku, który wszedł na wzgórze…" jest nieskomplikowana. Pod koniec I wojny światowej przyjeżdża na walijską prowincję dwóch angielskich kartografów, którzy zgodnie orzekają, że znajdująca się nieopodal góra jest "jedynie" wzgórzem. Reakcji miejscowych łatwo się domyślić. Walijskie wzgórze za małe, by być górą!? Nie może być! Walijczycy szybko się organizują i w czynie patriotycznym podwyższają wzniesienie do pożądanej wysokości. Anglicy mierzą jeszcze raz i tym razem, wzgórze ma wysokość pozwalającą na nazywanie go górą. Uff. Honor narodu uratowany, a kartografowie z tej okropnej Anglii mogą spadać z powrotem do siebie. Film Mongera jest wdzięcznie urokliwy, obśmiewający w równym stopniu Angoli, co zwariowanych Walijczyków, osiągając poprawny wynik 1:1. A widz zasypia szczęśliwy, jeszcze przed końcem seansu. Bo tak to czasem jest z walijskimi filmami… Bywają, eufemistycznie ujmując, niespieszne, lecz można je polubić. Znajdzie się w nich trochę emocjonalnej, zawziętej buty, trochę surrealistycznego wariactwa, trochę emfazy twardości charakterów kutych w ciężkiej pracy, wiele codziennej krzątaniny i prowincjonalnej kameralności… Można ją nazwać zabitą deskami dziurą bez uszczerbku dla jej mieszkańców, którzy zachowali do dziś swoją własną, niczym nieskażoną indywidualność Elżbieta Królikowska-Avis, pisząc o Walii, zaczyna tak: "Oglądałam dziwne krajobrazy – jakby Katowice rzucone w serce Bieszczad – kopalniane szyby, rzędy identycznych ponurych domków górniczych z ciemnoszarego kamienia, gigantyczne zwałowiska żużlu, porośnięte już trawą (…)"