Pamiętam film sprzed lat, w reżyserii Davida Jonesa opowiadający o autentycznej długoletniej korespondencyjnej przyjaźni między antykwariuszem z Londynu a pisarką ze Stanów Zjednoczonych zatytułowany "84 Charing Cross Road". Ulica Charing Cross to słynne londyńskie zagłębie księgarskie i antykwaryczne (a raczej było nim kiedyś, choć i teraz od biedy mole książkowe mogą tu wciąż znaleźć dobrą książkę i niezłe, choć drogie, fish & chips serwowane w czymś na kształt papieru gazetowego). Pisarkę w filmie kreowała Anne Bancroft, rolę księgarza powierzył reżyser Anthony'emu Hopkinsowi. Narracja epistolarna nie jest szczególnie filmowa, stąd realizatorzy cały ciężar "84 Charing Cross Road" oparli na aktorach, starali się też wyzyskać potencjał tkwiący w historii, rozpinając film na osi Londyn-Nowy Jork. Dwa światy – dużej, nowoczesnej (i głośnej) amerykańskiej metropolii oraz cichego, zanurzonego w wilgotnej szarówce Londynu przydają odpowiedniego kontekstu listownym dialogom, uzupełniają oszczędną korespondencję miedzy dwojgiem przyjaciół. Nowy York i Londyn "grają" w filmie właściwie na prawach aktorów, architektura miast przyciąga uwagę, przed oczami widza migają charakterystyczne, znane z pocztówek miejsca, Times Square, Trafalgar Square, budynek parlamentu w Londynie, Central Park w Nowym Jorku, oraz te mniej znane ulice, osiedla szeregowych angielskich domków i wysokie, rozłożyste amerykańskie kamienice… Film Jonesa poza byciem próbą adaptacji listownej korespondencji jest w dużej mierze opowieścią o miastach po dwóch stronach świata, które starzeją się ze swymi bohaterami, zmieniają społeczno-historyczny i architektoniczny kostium. Zmiany, upływ lat, któremu dwoje bohaterów daje wyraz w listach, w dużej mierze widoczne są na ekranie poprzez obrazy zmieniającej się tkanki miast, tętna ulic, w odgłosach codzienności, muzyce, modzie mieszkańców. Spojrzenie widza, spojrzenie turysty Portret Londynu i Nowego Jorku z filmu Jonesa przypomina o nie zawsze zauważanych, a jakże ważnych filmowych bohaterach – miastach. Miasta europejskie, amerykańskie, azjatyckie… znane z setek filmów, z którego każdy oferuje widzowi inną miejską historięMiasta jako wizyjne światy przyszłości z filmów s-f, zatłoczone i stechnicyzowane lub wyludnione niczym pustynie, gdzie czai się niebezpieczeństwo i gdzie ulice stają się areną walki między dobrem a złem. Miasta jako labirynty, których przestrzeń symbolizuje samotność, zagubienie, rozpad i śmierć. Czyż nie taka jest Wenecja z filmowych portretów Nicolasa Roega ("Nie oglądaj się teraz") oraz Luchino Viscontiego ("Śmierć w Wenecji")? W końcu, miasta-symbole współczesnego świata, pyszniące się wysokościowcami, ażurowymi plecionkami mostów, które niczym ku nieustannej przestrodze dla konstruktorów współczesnych wieży Babel, są zmiatane wiatrem, zgniatane, mrożone, zalewane wodą, niszczone przez reżyserów na tysiące różnych sposobów, ku uciesze widzów, ku pierwotnej kinowej przyjemności ruchu i ścierania się materii. Film "2012" jest jedną z najnowszych tego typu produkcji w apokaliptycznym stylu. Wizerunek filmowy miasta wydaje się godzić obraz miejsca pełnego życia, jasnego, gwarnego, uporządkowanego i posiadającego swój rytm z czymś złowrogim, chaotycznym, zmierzającym ku zagładzie. Filmowe miasta nie zawsze prezentują widzom-turystom swoje prawdziwe twarze, najczęściej jest to maska, architektoniczna skorupa, wyjściowy płaszcz kryjący to, co zwykle wstydliwe, rzadko prezentowane publiczności, jak podziemne sieci tuneli metra z ich mieszkańcami, podziemia dworców, skrajne ubóstwo, brud, cierpienie… Od czego zacząć tę subiektywną i krótką podróż przez filmowe miasta? Może od tych metropolii, o których się marzy, których filmowe kreacje przeszły do historii kina, i których może nie będzie mi dane zobaczyć inaczej, niż na srebrnym ekranie. Tu wszystko jest możliwe. New York, New York… Amerykańskie miasta, zalesione drapaczami chmur, pełne kolorów, neonów i świateł, te migotliwe przestrzenie miejskie przywodzą mi na myśl filmy Wima Wendersa, które jak to zwykle w przypadku tego reżysera, są tylko pretekstem do opowiadania o obrazach i języku ekranów (a także o samej "miejskości" w stanie czystym, jak w "Lisbon Story", tym razem poprzez dźwięki). Ale nie tylko, to też opowieści o Stanach Zjednoczonych widzianych z perspektywy zafascynowanego Europejczyka, przybysza. Filmowa Ameryka przyciągająca europejskich reżyserów, kusząca obietnicą sukcesu i sławy to nie tylko rozczarowania i gorzkie spojrzenie niemieckiego reżysera z "Alicji w miastach" czy "Krainy obfitości" to też spełniony sen Sergio Leone w "Dawno temu w Ameryce" i Romana Polańskiego w "Chinatown". To Ameryka kina w stylu retro, jazzu, kapeluszy, błyszczących butów i pistoletów maszynowych. To Ameryka, która w filmach często przyjmuje miejską twarz Nowego Jorku lub Los Angeles, lecz która przecież ma i drugie oblicze – prowincjonalne, małomiasteczkowe i często bezimienne. Nowy Jork to miasto przybyszów i imigrantów, pełne kontrastów, jakże odmienne niż duszna, pustynna prowincja, inne niż mikrokosmos maleńkich miasteczek, przez które przejeżdżał podczas swej filmowej podróży kosiarką pewien starszy pan. To miasto-mit, miasto szczęśliwe i wygodne ze "Śniadania u Tiffany'ego" czy "Seksu w wielkim mieście", ale też pełne żalu jak w "Midnight Cowboy" Johna Schlesingera lub słodko-gorzkie, lecz wciąż wystarczająco dobre na rozpoczęcie nowego życia, jak w przypadku historii z filmu "Nasza Ameryka" Jima Sheridana, kontynuującego imigrancki, irlandzki sen o lepszej przyszłości w Ameryce. Nowy Jork (tak jak i Los Angeles) bywa bardzo często filmowym światem przemocy, przestępstw, nocnego życia, by wymienić chyba najsłynniejsze ze słynnych filmy: "Taksówkarz" i "Ojciec Chrzestny". Ale to również świat melancholijnych przechadzek bohaterów Woody'ego Allena, tło jego prędkich, jedynych w swoim rodzaju monologów miejskiego neurotyka. Nowy Jork, Los Angeles, Chicago, Nowy Orlean… to miasta o dziesiątkach filmowych twarzy, miasta molochy, symbole Ameryki, świata możliwości i rozwoju, miejsca, do których przybywają dziwacy, marzyciele, ryzykanci, ludzie szukający swojej szansy, by wygrać lub przegrać wszystko. Obce piękno i strach O ile amerykańskie miasta, ogromne i żyjące piekielnie szybkim tempem, wydają się widzowi zawsze jakoś paradoksalnie znajome, może nawet swojskie, to filmowe miasta Azji pozwalają się jedynie obserwować, pozostają nieprzeniknione, jakby mówiły: "nigdy nas nie zrozumiesz". Bohaterka "Między słowami" Sofii Coppoli przyglądająca się uważnie wibrującemu życiu Tokio, chłonie wrażenia, ulotne widoki z okna super szybkiego pociągu i okna hotelu. Jej enigmatyczne, spokojne spojrzenie znakomicie współgra z obcym, chłodnym pięknem Tokio, pełnym tej dziwnej, azjatyckiej harmonii między starym a nowym. "Tuż obok drapaczy chmur człowiek natyka się na aleje z małymi domkami, ogródkami, ptakami, kotami, spokojem"Uczucie fascynacji egzotyką i tajemnicą miast Azji ustępuje strachowi, gdy przenosimy się do świata brazylijskich faveli. Filmowe Rio de Janeiro tyleż kojarzy się z górującym nad miastem posągiem Chrystusa z rozłożonymi ramionami, pięknymi luksusowymi dzielnicami, co przeszytymi słońcem, pogrążonymi w chaosie slumsami z "Miasta Boga". Kruche, polepione z byle czego domostwa, otoczone siecią wąskich przejść i gór śmieci nie są miejscem przyjemnym, obrazują całą nędzę cierpiącego świata, ból życia w cieniu bram do raju. To świat odrzucony i przeklęty, podobny obrazom pogrążonych w nędzy miast Afryki z "Wiernego ogrodnika". Miasto murem podzielone… Kolejnym i ostatnim już zakątkiem świata, do którego docieram, podróżując moim kinowym pociągiem, jest miejsce położone, dla odmiany, bardzo blisko, bo w środku Europy. To miasto, którego filmowa historia jest niezwykle bogata i które mogłoby, jak sądzę, rywalizować z azjatyckimi drapieżcami o miano miasta w okresie zmiany. Przemiany Berlina o tyle są ciekawe, że jego architektoniczne przebudowy przypominają bezustanne otrzepywanie się z historycznego pyłu. Tutaj historia i polityka kształtuje filmowych bohaterów bardziej niż gdzie indziej, do tego nawiązuje też obraz miasta wykreowany w słynnych nie-niemieckich filmach, jak na przykład w "Kabarecie" Boba Fosse'a. Jednak, chyba jednym z najsłynniejszych i najbardziej poetyckich przedstawień Berlina jest "Niebo nad Berlinem" Wendersa (który to reżyser stał się dobrym duchem tego tekstu), w którym historia też ma swoje ważne miejsce. Berlin w filmie to miasto z aniołami, lecz przede wszystkim z murem rozdzielającym świat na pół. Mur dzielący Berlin przecina życie bohaterów "Obietnicy" Margarethe von Trotty, dzieląc mieszkańców na Ossich i Wessich, tak bardzo nostalgicznie i jednocześnie żartobliwie portretowanych w "Słonecznej Alei", "Good Bye, Lenin!" czy w "Bohaterach jak my". To miasto o dwóch twarzach, kolorowej, dynamicznej – Zachodniej oraz powolnej, szarej – Wschodniej. "Niebo nad Berlinem" ukazuje miasto w obliczu przemiany – tej wewnętrznej, doświadczanej przez jednego z aniołów, zafascynowanego ziemskim życiem oraz nadchodzącej, "zewnętrznej", historycznej. Symetryczność, cykliczność to też znaki bliźniaczych filmów pod tym samym tytułem: "Berlin, symfonia wielkiego miasta", odpowiednio z roku 1927 i 2002. Berlin u Wendersa to też miejsce dziwnie puste. O roli pustki w filmowych przedstawieniach niemieckiej stolicy, o tych niezwykłych miejscach-lukach, swego rodzaju "wspomnieniach nieobecności" pisze pięknie Magdalena Saryusz-Wolska w swoim studium o filmowym Berlinie