Od kilku dni gości na ekranach nowa filmowa wersja opowieści o wilkołaku w scenerii wiktoriańskiej Anglii. Bestię w ludzkiej skórze kreuje charyzmatyczny
Benicio Del Toro, lecz na drugim planie filmu możemy podziwiać aktora, któremu wyjątkowo do twarzy w wiktoriańskim wdzianku i cylindrze.
Anthony Hopkins, bo o nim mowa, na dużym ekranie pokazuje się coraz rzadziej, zmierzając powoli w stronę aktorskiej emerytury; chociaż, ten Brytyjczyk z urodzenia i Amerykanin z wyboru, deklaruje niezmordowane oddanie aktorskiemu rzemiosłu. Jak to jednak w tym fachu naturalną koleją rzeczy bywa, coraz bliżej już mu do kreacji statecznych mędrców, głów rodzin (mniej lub bardziej tajemniczych), siwowłosych staruszków niż do szaleństw i wybryków... Jednak, z drugiej strony, z
Hopkinsem nigdy nie wiadomo…
Pech i wiatr w oczy
Przypatrując się aktorskiej filmografii
Hopkinsa (próbującego również swoich sił jako reżyser i kompozytor, choć z różnym efektem), można przyznać absolutną rację Alicji Helman, piszącej swego czasu o trapiącym aktora pechu. Obok ewidentnych perełek, wiele filmów w jego karierze to dzieła niestety mało udane, oczekiwane z nadzieją, lecz irytująco niedopracowane i o wybitnie straconym potencjale (wyczekiwane
"Aleksander" i
"Piętno" zawiodły chyba w ostatnim czasie najmocniej).
Niektóre z obrazów służą jako przykłady filmowych kuriozów, gdzie jedynie kreacja aktora powstrzymuje widza od wykrzyczenia w kierunku ekranu odpowiedniego komentarza (jeśli ktoś widział
"Dziewczynę z Pietrowki" lub
"Bad Company", wie, o czym mowa). Czasem starania
Hopkinsa wydają się tak daremne, że wzbudzają dojmujący smutek, poza oczywistym podziwem. Komentując
"Amistad" Zygmunt Kałużyński napisał o monologu aktora trwającym dziesięć minut, że trwa on o dziewięć minut, pięćdziesiąt dziewięć sekund za długo, bo już w pierwszej sekundzie nie mamy wątpliwości, że przemowa osiągnie cel. Film wedle krytyka ma wiele wad, a wysiłek
Hopkinsa, choć mistrzowski, jest trochę jakby na próżno. Czasami z kolei, filmy ewidentnie dobrze skonstruowane, ciekawie nakręcone, pozostały w jakiś sposób na uboczu, nieco w cieniu, odkrywane w pełni z niejakim opóźnieniem (jak na przykład znakomity
"Człowiek słoń" pominięty w oscarowej rywalizacji, choć zasługujący na rozgłos i uwagę). Nawet, jeśli przyjmiemy oscarową rolę wyrafinowanego mordercy-kanibala w
"Milczeniu owiec" za rodzaj linii dzielącej karierę aktora na dwa etapy, ten szczególny "pechowy rys" obecny jest w obu okresach aktorskiej twórczości.
Samotna walka
Filmy nakręcone przed oscarową gorączką i upragnionym, wytęsknionym (i zasłużonym) czasem dziesiątków filmowych propozycji, nagród i sławy, pozostają (nieco może niesprawiedliwie) w cieniu tych, które przyszły potem.
Filmografia sprzed przełomowego roku 1991 jest dość bogata, proponuje wiele interesujących aktorskich wcieleń
Hopkinsa (dla przykładu, wydawałoby się skromny, choć nagradzany telewizyjny film
"Sprawa porwania Lindbergha", w którym aktor bardzo twórczo wcielił się w oskarżonego w procesie – Brunona Hauptmanna). Ten okres w filmografii ciekawy jest też szczególnie z uwagi na obecność produkcji brytyjskich, nierzadko zupełnie unikalnych, filmów telewizyjnych (kameralne adaptacje literatury, w tym dramatów – choćby
Henryka Ibsena) oraz seriali (jak dyskusyjna pod względem artystycznym ale ciekawa z innych względów, odcinkowa adaptacja
"Wojny i pokoju"). To też czas ról w mniej popularnych (z różnych względów) filmach znanych reżyserów (na przykład
Mike'a Newella,
Davida Lyncha,
Michaela Cimino,
Tony'ego Richardsona).
Ten pracowity okres twórczości dzielony między pracą na scenie, w telewizji i w kinie, właściwie po dwóch stronach oceanu jest interesującym punktem odniesienia dla obserwacji kariery
Hopkinsa. W tym okresie kształtuje się jego aktorski warsztat, powoli ustalają się preferencje wyboru grywanych postaci (pomimo ogromnej różnorodności aktorskich zadań, łatwo zauważyć podobieństwa między skupionymi intelektualistami – może nawet arogantami – z tendencjami do emocjonalnych wybuchów złości i tłumionej namiętności, samotnikami, idącymi własną ścieżką, którymi grywa w latach 70. i 80. a rolami w późniejszych latach). Wtedy też rozpoczyna się współpraca aktora z reżyserami, z którymi przyjdzie mu się spotkać już "po drugiej stronie", po otrzymaniu Oscara.
Wespół w zespół…
Hopkins po roku 1991 spotka się ponownie z
Davidem Jonesem (wspólne filmy to:
"84 Charing Cross Road" z 1987 oraz
"Proces" z 1993 roku) oraz z
Rogerem Donaldsonem, z którym nakręcił
"Bounty" w 1984, spotka się znów przy
"Prawdziwej historii" (2005). Jednak to z Amerykaninem
Jamesem Ivorym (Brytyjczykiem z wyboru, Europejczykiem z zainteresowań) w latach 90. wiąże się jeden z dwóch najlepszych, jak sądzę, momentów w karierze
Hopkinsa. Generalnie, te lata (i początek nowego stulecia) to na jego drodze twórczej okres pełen różnorodnej i całkiem udanej aktorskiej działalności (pomimo oczywistych w jego przypadku, pechowych okoliczności).
Współpraca z
Ivorym przy
"Powrocie do Howards End",
"Okruchach dnia" czy nawet przy (mniej dobrym) obrazie
"Picasso – Twórca i niszczyciel", wprowadziła do aktorstwa
Hopkinsa – trochę nerwowego, nierzadko nierównego, do tej sprzeczności i napięć między gestem, ciałem a wypowiadanym słowem – element porządku, dyscypliny. Nadała mu kierunek oraz (pomimo ciągłego braku środków finansowych) pewność artystycznej jakości całości filmowego przedsięwzięcia, jako niezbędnego tła dla aktorskich wyczynów. Kooperacja z
Ivorym w latach 90. to intensywne, krótkie spięcie ale skutkujące wysoką oceną krytyczną talentu
Hopkinsa oraz świetną formą aktora, grą pełną oryginalności i niewymuszonego wdzięku.
Premier, żołnierz, dziennikarz...
Drugi z reżyserów-czarodziejów, akuszerów formy zdolnego walijskiego narwańca, to niewątpliwie
Richard Attenborough, legenda brytyjskiego kina i wyjątkowa postać w kinie światowym, z którym łączy
Hopkinsa najmocniejsza oraz najdłuższa współpraca przez cały okres dotychczasowej kariery. Współpraca spajająca sprytnie dwa okresy w jego aktorskiej aktywności.
Początek tej wspólnej pracy datuje się na rok 1972, gdy debiutujący (i pracujący) w kinie jako aktor i producent,
Richard Attenborough (tak, zbieżność nazwisk nie jest przypadkowa, to brat specjalisty od filmów z naturą w tle –
Davida Attenborough'a) nakręcił swój, oparty na wspomnieniach
Winstona Churchilla, film zatytułowany
"Młody Winston".
Film nie był zachwycający, choć
Simon Ward w roli wielkiej postaci brytyjskiej historii robił co mógł.
Anthony Hopkins na drugim planie jako premier David Lloyd George (Walijczyk z pochodzenia, a jakże!) prezentował swoją charyzmatyczną energetyczność, niejako na spółkę z
Robertem Shawem,
Ianem Holmem i innymi sławami filmu z Wysp. Cóż, niewątpliwie
Winston Churchill postacią wybitną był, lecz film
Attenborough'a nie zbliżył się do odpowiedzi na złożone pytania o osobowość swego bohatera, pozostając przy przedstawieniu faktów. Opowieść o młodości polityka zdradzała charakterystyczną słabość reżysera do historii biograficznych, do prezentowania ciekawych biografii ciekawych ludzi w sposób stosunkowo akademicki (lecz raczej nie nudny).
Kolejnym filmem, przy którym
Attenborough podejmie współpracę z
Anthonym Hopkinsem będzie klasyczny dziś
"O jeden most za daleko" (1977) – w gwiazdorskiej obsadzie, streszczający losy alianckiej operacji militarnej z czasów II wojny światowej. Rola aktora była w tym filmie już bardziej zauważalna niż w
"Młodym Winstonie". Jako dowódca straceńców broniących się przez niemieckimi atakami, przyciągał uwagę, lecz nie tak skutecznie jak
James Caan,
Sean Connery czy
Edward Fox (rozdający w filmie raz po raz swe charakterystyczne uśmiechy, rozsławiony już rolą w
"Dniu szakala").
Ciekawostką pozostaje, że
Attenborough chciał, by
Hopkins wystąpił w jego najsłynniejszym fresku biograficznym – filmie
"Gandhi" w tytułowej roli (aktor skutecznie odmawiał, wykręcając się ponoć skłonnością do tycia i słabością do obfitych posiłków).
Dziennikarz, pisarz i... brzuchomówca
W latach 90.
Hopkins pojawił się u
Attenborough'a ponownie, w epizodycznej roli dziennikarza w filmie
"Chaplin" (1992). Film ze zdjęciami
Svena Nykvista jest interesującą filmową biografią, nakręconą, znów stosunkowo przewidywalnie, chronologicznie, lecz niewątpliwie sprawnie. Troszkę szkoda, ale
Hopkins niewiele miał w filmie do zagrania, wyglądał więc, inteligentnie i "był".
Rok 1993 okazał się dla aktora wyjątkowo szczęśliwy, bowiem, nominowany był w tymże roku dwukrotnie do brytyjskiej nagrody Bafta (Nagroda Brytyjskiej Akademii Filmowej i Telewizyjnej) – za rolę w
"Okruchach dnia" oraz za rolę w
"Cienistej dolinie" Richarda Attenborougha i za ten właśnie film odbierze błyszczącą statuetkę. W
"Cienistej dolinie" aktor gra w sposób wyciszony, równo, pewnie, harmonijnie balansując między skrajnymi emocjami, bardzo wiarygodnie odtwarzając uczuciowe przemiany swego bohatera.
Opowiedziana w filmie historia romansu między profesorem z Oxfordu
C.S. Lewisem (tak, to ten od
"Opowieści z Narnii") a amerykańską poetką Joy Gresham jest szalenie przekonująca i wzruszająca dzięki świetnemu duetowi
Hopkins-
Winger oraz dyskretnej reżyserii
Attenborough'a, uderzającej co prawda, w mocno melodramatyczne tony, jednak poprzez mądre dialogi, aktorów drugiego planu, świetnie oddane oxfordzkie tło całej opowieści, film ogląda się jednym tchem i z dużym zaangażowaniem. Po kilkunastu latach od premiery
"Cienista dolina" trzyma się znakomicie i jest przykładem wyśmienitej formy
Hopkinsa (którą w późniejszych latach nie tak łatwo będzie mu osiągnąć). Współpraca z
Richardem Attenborough'em (oraz
Jamesem Ivorym), oprócz roli oscarowej – to jego aktorskie umiejętności w pigułce i w całej gamie kolorów.
Paradoksalnej pełni tego wybiórczego szkicu do portretu aktora dopełnia rola stosunkowo mało znana, a którą zostawiłam specjalnie na koniec. To rola w filmie, który śmiało można zakwalifikować jako rodzaj thrillera, i który wygląda zaskakująco w reżyserskiej filmografii
Richarda Attenborough'a. Mowa o trochę pechowym filmie
"Magia" z roku 1978, w którym
Sir Anthony zagrał brzuchomówcę we władzy animowanej przez siebie lalki, zbrodniczej części swej natury. Ten mroczny, dziwaczny trochę obraz (historia miłosna plus horror), nakręcony przez reżysera zupełnie beznamiętnie, ogląda się właściwie tylko dla
Hopkinsa. Ten daje w filmie popis swoich ekspresyjnych możliwości, nie tylko opanowując kuglarskie sztuczki, ale grając ciałem w zakresie rzadko spotykanym w przypadku tego aktora.
Hopkins porusza się w filmie jak na teatralnej scenie raz po raz wprawiając widza w osłupienie. Nie przez przypadek dostał za ten występ nominację do nagród Bafta i Złotego Globu. Niektórzy traktują rolę nieszczęsnego, schizofrenicznego magika jako swego rodzaju preludium do
"Milczenia owiec".
W roku 2008
Anthony Hopkins otrzymał nagrodę Bafta za całokształt twórczości. Gdy wyszedł na scenę odebrać trofeum, już taki mocno korpulentny, siwowłosy i siwobrody, powitał go tam inny korpulentny, siwobrody i siwowłosy starszy pan; to z jego rąk aktor odebrał zasłużoną nagrodę. Tym siwym panem, o dobrotliwej twarzy świętego Mikołaja, był
Richard Attenborough.