Filmweb sp. z o.o.
http://www.filmweb.pl/article/BERLINALE+2017%3A+Tropikalny+western%2C+korea%C5%84ska+melancholia-121803

BERLINALE 2017: Tropikalny western, koreańska melancholia

  • autor: Jakub Popielecki, Marcin Stachowicz
  • Relacja
Festiwal na finiszu, ale rzutem na taśmę pojawiają się dwa udane filmy. Marcelo Gomes proponuje "tropikalny western" "Joaquim", tymczasem Hong Sang-soo w "On the Beach" ("Bam-eui hae-byeon-e-so hon-ja") zaprasza po raz kolejny do swojego melancholijnego świata. Opiniami dzielą się Jakub Popielecki i Marcin Stachowicz.

***

Jądro świadomości ("Joaquim", reż. Marcelo Gomes)

Przed wyruszeniem na poszukiwanie złota w głębi brazylijskiej dziczy, porucznik Joaquim modli się o pomyślność do jakiegoś świętego. Na drewnianym ołtarzu widnieje wyrzeźbiona głowa patrona, wyglądająca jak oddzielona od głowy czaszka. Reżyser Marcelo Gomes delikatnie klepie nas tu po ramieniu: patrzcie, oto fatum, chichot historii. Wiemy już wówczas, że los doprowadzi bohatera pod topór: film rozpoczyna się bowiem od widoku uciętej głowy, która przedstawia się jako Joaquim i zaczyna streszczać nam własne losy. Czaszka żołnierza nieprzypadkowo wygląda jak głowa jakiegoś świętego męczennika. Joaquim to postać inspirowana niejakim Joaquimem José da Silvą Xavierem znanym lepiej jako Tiradentes. Był on XVIII-wiecznym rewolucjonistą, który domagał się wyzwolenia Brazylii spod kolonialnego jarzma, za co portugalska królowa skazała go na śmierć. Zaiste, chichot historii: dziś Tiradentes ma status bohatera narodowego i to jemu stawia się pomniki. Jak mawiał inny bojownik o lepszą sprawę: możesz zabić rewolucjonistę, ale nie zabijesz rewolucji.

7-A-JOAQUIM-Joaquim-Julio-Machado-Copyright-REC-Produtores-and-Ukbar-Filmes-1.jpg

Film Gomesa trafia w burzliwy czas politycznego rozchwiania. Fundamenty ładu społecznego uznawane dotychczas za niepodważalne nagle stają pod znakiem zapytania. Oto gleba, na której kiełkują rewolucje, być może prolog do jakichś totalnych przewartościowań. Adekwatnie, "Joaquim" nie streszcza więc życiorysu Tiradentesa, a opowiada jedynie o przededniu jego walki o wolność. Reżyser pokazuje, jak wzbiera masa krytyczna, jak w południowoamerykańskim skwarze zaczyna kipieć klasowy gniew. Razem ze swoją rozchwianą, jakby pijaną od upału kamerą twórca zabiera nas do serca brazylijskiej kolonii – i nie szczędzi soczystych detali. Rwanie zębów przerdzewiałymi obcęgami, bez znieczulenia; obcinanie włosów nożem, na sucho; wszędobylskie wszy głodne ludzkiej krwi; czyhające w gęstwinie jaguary; rzeki pełne drapieżnych piranii; brud, pot i znój, na dodatek niesprawiedliwie rozdzielone. Istny inkubator przewrotu społecznego.

Joaquim (świetny Júlio Machado) jest oficerem portugalskiej armii pilnującym, by przemysł wydobycia złota funkcjonował, jak należy – może być i po trupach, byle w interesie Korony. Porucznik na co dzień patroluje okoliczne lasy w poszukiwaniu szmuglerów. Głodny awansu, przyjmuje jednak zadanie odnalezienia nowych złóż na niezbadanych, dzikich terenach. Tyle że Joaquim ma nikłe szansę na promocję, jest bowiem biedny. Zawsze wyprzedzi go jakiś bogaty, wysoko urodzony oficer, nawet jeśli skompromituje się podczas wyprawy, i będzie musiał ustąpić przewodnictwu porucznika. Ów okrutny łańcuch pokarmowy pięknie uosabia drużyna prowadzona przez Joaquima. On sam jest tu zaledwie pierwszym w szeregu pariasów – i to tym względnie uprzywilejowanym. 


Całą recenzję Kuby Popieleckiego można przeczytać TUTAJ

***

 
Nad Koreą czarne niebo ("On the Beach", reż. Hong Sang-soo)

Przyznam się bez bicia: mam do filmów Honga Sang-soo dużą słabość. Subtelne poczucie humoru, pełen troski stosunek do bohaterów, skłonność do wyciskania absurdu z całkowicie zwyczajnych sytuacji – to wszystko sprawia, że surowe kino reżysera roztacza wokół siebie rodzaj delikatnej melancholijnej aury. Zawsze jest to jednak melancholia codzienna, wynikająca z niemożności dotarcia do drugiego człowieka, z impasu komunikacyjnego – tak jakby mieszkańcy tych mikrohistorii utknęli w pętli językowych powtórzeń; jakby potrafili wyrazić siebie dopiero po szklaneczce soju, kiedy puszczają wszystkie hamulce, a smutny świat nasyca się emocjami. 

fullsizephoto807384.jpg

Dlatego przy każdym kolejnym filmie Sang-soo odnosi się wrażenie, że reżyser po prostu dopisuje dalszy ciąg tej samej historii, tylko nieznacznie przy tym modyfikując ramy opowieści. Albo inaczej – przenosi na taśmę, kawałek po kawałku, wielki surrealistyczny pejzaż, który zapulsował dawno temu w jego wnętrzu i teraz domaga się odmalowania. Konsekwentnie autorski rys widać i w "On the Beach", gdzie Korea jest jak zwykle pochmurna, a ludzie szczelnie zamknięci we własnych bańkach poznawczych. Sang-soo od razu, bez wyjaśnień, stawia nas w centrum sytuacji – w statycznych kadrach obserwujemy młodą kobietę, Younghee, która snuje się po Hamburgu razem z przyjaciółką. Powracającym tematem ich rozmów jest miłość, a w zasadzie jej niemożliwy do określenia charakter, oparcie pragnienia na stałym wymykaniu się miłosnego obiektu, jego idealizowaniu i jednoczesnej nieobecności. Dowiadujemy się, że bohaterka – z zawodu aktorka – wyjechała do Niemiec po nieudanym romansie z żonatym reżyserem – być może, żeby zebrać myśli i pooddychać odmiennym powietrzem; być może, żeby uciec przed konsekwencjami. W drugiej części filmu Younghee wraca do Korei, gdzie spotyka się z dawnymi przyjaciółmi. Przy alkoholu – to już prawdziwy znak rozpoznawczy Sang-soo – mija zakłopotanie, strzępki słów zaczynają układać się w spójne wypowiedzi. Efektem ubocznym otwarcia się na bliźniego jest wzrost napięcia – w nagłych zwierzeniach, w pracy pamięci wychodzi na wierzch to, co sami myślimy o sobie i co myślą o nas inni. 

W "On the Beach" łatwo dostrzec jednak pewien spadek nastroju – Sang-soo jest tutaj bardziej melancholijny, liryczny, mniej skory do zabawy w językowe absurdy. Ciemne obrazy wypełnia tęsknotą, jakimś trudnym do uchwycenia stanem oczekiwania – na emocjonalny przełom, upragnione wyznanie czy zwyczajny gest przyjaźni. 


Całą recenzję Marcina Stachowicza można przeczytać TUTAJ

zobacz też:

o