Filmweb sp. z o.o.
http://www.filmweb.pl/article/CANNES+2018%3A+Ku+Klux+Klan%2C+Cobain+i+gry+wideo-128321

CANNES 2018: Ku Klux Klan, Cobain i gry wideo

  • autor: Adriana Prodeus, Michał Walkiewicz
  • Relacja
Festiwal powoli dobiega końca, ale nasi dziennikarze nie puszczają nogi z gazu. Adriana Prodeus ocenia długo oczekiwaną produkcję Spike'a Lee - "BlacKkKlansman", z kolei Michał Walkiewicz recenzuje najnowszy film twórcy "Coś za mną chodzi", Davida Roberta Mitchella – "Tajemnice Silver Lake".

8b18709fb609422ab0d01e668fd9.jpg

Jezioro marzeń ("Tajemnice Silver Lake", reż. David Robert Mitchell)

Gadające psy i sczekający ludzie, nagie sukkuby pluskające się w basenie oraz hollywoodzcy możnowładcy szukający nieśmiertelności, pulpowa literatura odkrywająca prawdę o świecie i stare filmy odsłaniające podszewkę rzeczywistości. Jeśli w rozkładzie poziomów z ośmiobitowych gier wideo dostrzegacie długość i szerokość geograficzną, zaś puszczona od tyłu piosenka ulubionej kapeli odkrywa tajemnice kosmosu, "Tajemnice Silver Lake" to film dla Was.

Sam (Andrew Garfield) ma w głowie całe to popkulturowe wysypisko śmieci, chociaż nie do końca zdaje sobie z tego sprawę. Poznajemy go w kawiarni gdzieś w Los Angeles – lekko nieobecny, wbija wzrok w szyld, z którego kelnerka ściera ostrzeżenie przed grasującym w okolicy seryjnym mordercą psów. Motyw jego zadziwienia światem – wyrażony na spanielowatej, umęczonej twarzy aktora – będzie w tym filmie powracał. A jest się czym dziwić. Magnat filmowy umiera w tajemniczych okolicznościach, seksowna dziewczyna z sąsiedztwa ulatnia się jak kamfora, psy leżą na chodnikach z rozprutymi brzuchami, a kolejne numery komiksowego zinu zaczynają rymować się z wydarzeniami, które dopiero nastąpią. Sam tymczasem podąża za okruszkami i otwiera drzwi do świata, w którym człowieka definiują przede wszystkim jego konsumpcyjne obsesje. Sam wierzy w Mario, Kurta Cobaina oraz Janet Gaynor i zrobi wszystko, by odkryć prawdę.

Ten, kto po zwiastunach filmu Davida Roberta Mitchella ("Coś za mną chodzi") spodziewał się klasycznego kina neo-noir, będzie srogo rozczarowany. Choć reżyser wykorzystuje poetykę czarnego kryminału, a motyw śledztwa jest dla niego równie istotny co obecność femmes fatales i skorumpowanych ludzi władzy, najważniejsze wydaje się tutaj popkulturowe sprzężenie zwrotne – "Tajemnice Silver Lake" to złożona z odprysków kultury popularnej refleksja na temat tego, jak rzeczona kultura buduje naszą świadomość, określa styl życia. Sam jest zresztą idealnym przewodnikiem po tej rzeczywistości: nieskoordynowany ruchowo, w wymiętych t-shirtach i z rozwichrzonym włosem, jest jednocześnie wiecznym dzieciakiem, bohaterem współczesnej miejskiej baśni oraz Alicją podróżującą na drugą stronę lustra. Pastiszowy, niemal komediowy ton filmu sprawia, że mógłby również zbić piątkę z bohaterem "Wady ukrytej" Paula Thomasa Andersona, granym przez Joaquina Phoenixa Larrym Sportello.

Całą recenzję Michała Walkiewicza przeczytacie TUTAJ.

Ani Tarzan, ani O.J. Simpson ("BlacKkKlansman", reż. Spike Lee

Drodzy biali ludzie, a zwłaszcza mężczyźni, którzy nie lubicie, aby sugerować, że być może jesteście gejami i wierzycie w to, że światem rządzi spisek żydowski. Drodzy biali ludzie, którzy chętnie wyżywacie się na słabszych, czarnoskórzy brzydko dla was pachną i nigdy nie ominiecie okazji, aby klepnąć w tyłek ładną dziewczynę. Drodzy biali ludzie, to do was mówi Spike Lee w swoim najnowszym filmie, przypominając, że niedaleko pada Trump od Ku Klux Klanu.

blackkklansman.jpg

Reżyser korzysta w tym celu z prawdziwej historii Rona Stallwortha, który w latach 70. jako pierwszy czarny otrzymał legitymację członkowską wymienionej Organizacji (tak nazywają ją w filmie sami wyznawcy, marzący wieczorami nie o egzotycznej wycieczce ani nowym aucie, tylko o powrocie do segregacji ras). Młody policjant (w tej roli John David Washington, syn Denzela) ma przecierać szlaki na komendzie, być pierwszym czarnym funkcjonariuszem w Colorado Springs. Znudzony rolą nowicjusza w archiwum, gdzie czarnych przestępców wyzywa się od ropuch (a więc i jego też) prosi o przeniesienie do innego wydziału. Ląduje jako tajniak z podsłuchem na piersi na wiecu stowarzyszenia czarnych studentów, gdzie zamiast wyłapywać, jak mu kazano, następców Czarnych Panter, zakochuje się w ich pięknej liderce Patrice (Laura Harrier). Porywa go też mowa jej idola, Kwamego Ture (Corey Hawkins), pod wpływem której zyskuje nagle świadomość potrzeby walki o równouprawnienie ras. Pojawia się tu zresztą ciekawy wątek wyznania rasowej winy: Ture opowiada, jak jego idolem był biały Tarzan nienawidzący czarnych, a potem jeden z nacjonalistów przyznaje, że uwielbia O.J.Simpsona.

Przełożeni dostrzegają zaangażowanie Rona i znów zostaje oddelegowany do prac biurowych. Wtedy, jak gdyby nigdy nic, natrafia w gazecie na reklamę Ku Klux Klanu: dzwoni na podany numer i zgłasza swój akces. W ten sposób zostaje stałym rozmówcą Waltera (Ryan Eggold) i samego ojca organizacji, Devina Davisa (Topher Grace). Z potrzeby uwiarygodnienia swoich intencji, Ron zaczyna wieść podwójne życie: jako mistrz rasistowskiej gadki przez telefon oraz jako silny chłop na spotkaniach grupy. W tę drugą rolę wchodzi też biały policjant Flip Zimmerman (Adam Driver), któremu członkowie Organizacji uświadamiają swymi podejrzeniami, że jest Żydem. Intryga, jak to często bywa z historią z życia wziętą, staje się coraz bardziej nieprawdopodobna: Ron zostaje przewodniczącym okręgu KKK w Colorado, a zarazem ochroniarzem Davisa, któremu grożą czarni. Płaszczów i kapturów nie wlicza się w składkę członkowską, a palenie na krzyżu wciąż nie może dojść do skutku. Członkowie klanu rozpętują podobną katastrofę, jak ta, której ofiarą padła Tonya Harding – skojarzenie to nasuwa się głównie za sprawą przygłupa Ivanhoe, zagranego przez Paula Waltera Hausera dokładnie tak samo jak w "Jestem najlepsza. Ja, Tonya".

Ponieważ Lee chce opowiedzieć swoją anegdotę do końca, pogania bohaterów, wymuszając na widzu sztuczny pośpiech emocji, np. gdy Patrice, wstrząśnięta przemocą, jakiej doznała od policji, zwierza się Ronowi, a ten od razu ciągnie ją na parkiet i razem radośnie kiwają się w rytm muzyki. Potem Lee już nie tylko pośpiesza widza, ale też pragnie zadowolić go na każdym poziomie, więc każdy jeden wątek kończy wymuszonym happy endem. Bo jak rozrywka, to już na całego. Niestety, wygląda to trochę tak, jakby za film o KKK zabrało się studio Disney'a.

Całą recenzję Adriany Prodeus przeczytacie TUTAJ.

zobacz też: