Filmweb sp. z o.o.
http://www.filmweb.pl/article/CANNES+2018%3A+W+rytmie+serca-128221

CANNES 2018: W rytmie serca

  • autor: Adriana Prodeus, Michał Walkiewicz
  • Relacja
Kolejny dzień festiwalu w Cannes upłynął pod znakiem czerni, bieli i dobrej muzyki. Adriana Prodeus wybrała się na nowy film twórcy "Ucznia", Kiriłła Sieriebriennikowa – "Lato". Natomiast Michał Walkiewicz zobaczył "Zimną wojnę" – długo oczekiwaną polską produkcję autorstwa Pawła Pawlikowskiego, laureata Oscara za "Idę". 

***


Zakazane piosenki (recenzja filmu "Zimna wojna", reż. Paweł Pawlikowski)

Chociaż w czasach swojej kariery na Wyspach Brytyjskich Paweł Pawlikowski chwalił się profesją "zawodowego outsidera", dziś wiemy na pewno, że w sercu grają mu szlagiery polskiej szkoły filmowej. W "Zimnej wojnie", podobnie jak w oscarowej "Idzie", odmierza owe inspiracje z aptekarską precyzją  – wpisuje intymną historię w historyczny kontekst, w rebeliankcich gestach młodości widzi zarówno naiwność, jak i godną podziwu odwagę, zaś w socrealizmie dostrzega machinę do zacierania jednostkowej tożasmości. Wojną jest u niego przede wszystkim miłość – to zarazem bezlitosna partyzantka, ciągłe przesuwanie linii frontu oraz słodkie chwile zawieszenia broni. 

cold-war-stills0252-already-online.jpg

Film rozpoczyna sekwencja przesłuchania do zespołu ludowego na wyniszczonym wojną Mazowszu. Chłopi uderzają w struny, uśmiechnięty apartyczkyk (Borys Szyc) potupuje nóżką, a kompozytor Wiktor (Tomasz Kot) wyławia z tłumu kandydatów Zulę (Joanna Kulig). Ponoć dziewczyna zabiła ojca, podobno dostała wyrok w zawieszeniu. Nieistotne. Na pewno ma głos jak dzwon, zalotny uśmiech i spore ambicje. A że Wiktor w wolnych chwilach uwalnia sztukę z politycznych okowów, a do tego wygląda jak bogartowski twardziel, romans jest kwestią czasu. To, co zaczyna się jak historia walki o haust powietrza pod partyjnym butem, szybko zamienia się w rozpisaną na kilkanaście lat, miłosną odyseję z powojenną Europą w tle – od Berlina przez Jugosławię po Paryż.  

Chociaż inspiracje dla filmowego zespołu "Mazurek" są oczywiste, a płynące z samej góry dyrektywy dla artystów rymują się z hymnem na cześć Stalina, realizm nie wydaje się dla Pawlikowskiego najwyższą cnotą, a jego wyobraźnię wypełnia przede wszystkim kino. Zamiast skupiać uwagę na środowiskowym detalu, buduje swój film ze skrawków wyobrażeń na temat epoki, sarkastycznych skrótów, popkulturowych odniesień, filmowych powidoków. Paryż to tutaj miasto zadymionych barów, jazzujących trębaczy oraz bankietów zamienionych przez kabotynów w tereny łowieckie. Wschodni Berlin – ośnieżony labirynt opustoszałych ulic, zatęchłych hotelików i wartowniczych wieżyczek. Z kolei powojenna Polska – pogorzelisko marzeń, cmentarz pełen pomników zadeptanej kultury, ale też miejsce odżywające dzięki folklorowi, nawet jeśli bez ceregieli wpisanemu w propagandową misję. Nic więc dziwnego, że spacerujący, kłócący się i uprawiający seks w tym świecie Wiktor i Zula – rewelacyjnie zagrani przez Tomasza Kota i Joannę Kulig – to zarazem postaci z krwi i kości oraz tragiczne figury rodem z kina noir: odurzony miłością artysta, który traci grunt pod nogami oraz femme fatale, która stawia wszystko na jedną kartę. 

Całą recenzję Michała Walkiewicza można przeczytać TUTAJ

***


Szkoda rocka (recenzja filmu "Lato", reż. Kiriłł SieriebriennikowKiriłł Sieriebriennikow)

Młodzi rockowcy to samograj: z gitarą, papierosem w ustach, zmierzwioną czupryną – trudno o bardziej fotogenicznych bohaterów. Jeśli jeszcze żyją w epoce politycznego reżimu, a może i nawet są dobrymi muzykami, stanowią najlepszy materiał dla kina. Dlatego filmowa biografia lidera zespołu KINO, legendy ZSRR lat 80. wydaje się strzałem w dziesiątkę box-office'u nie tylko Rosji i krajów byłego bloku socjalistycznego, ale także reszty świata, która nie znała dotąd nowofalowego brzmienia z Leningradu. Do tego trójkąt miłosny: Mike (grany nie przez aktora, ale przez wokalistę zespołu Zwieri Romana Bilyka), Natasza (Irina Starshenbaum znana z "Czarnej wody") oraz Wiktor (koreański aktor Teo Yoo, wychowany w Niemczech, znany z filmu "Przebudzeni"). Fascynacja artystyczna jest tu silniejsza niż ta seksualna, a rodzina – trwalsza niż przyjaźń. Wszystko zaś zaklęte w nostalgicznych, czarnobiałych panoramicznych zdjęciach. Nostalgia aż kipi z ekranu, każde zmrużenie oczu wygląda sexy... Widzieliśmy to wielokrotnie w najlepszych filmach muzycznych: "The Doors", "I'm Not There", "Idolu".

2660-4098217933-1525969607565.jpg

Co nowego dodaje do historii gatunku Kiriłł Sieriebriennikow ("Uczeń", "Dzień w Juriewie", "Grając ofiarę"), reżyser o którym głośno zwłaszcza dlatego, że został zamknięty i zakneblowany przez władze swego kraju? Na pewno próbuje przypomnieć, że z fascynacji Davidem Bowiem czy Bobem Dylanem rodziły się fenomeny, o których na Zachodzie nikt nie miał pojęcia – tak samo jak i my, zapatrzeni w polskie kapele tamtych czasów: Siekierę, Miki Mauzoleum czy Dezertera, mogliśmy poznać osiągnięcia punka za naszą wschodnią granicą tylko dzięki książce Kostka Usenki "Oczami radzieckiej zabawki. Antologia radzieckiego i rosyjskiego undergroundu". Jej bohaterowie przeżywali koszmar nieporównywalny z polskimi punkowcami: trafiali do więzienia, byli wyrzucani z pracy, prześladowani za homoseksualizm, cierpieli skrajną biedę albo wręcz trafiali do psychiatryka za swoje utwory jak członkowie zespołu Grażdanskaja Oborona albo Wiktor Coj, lider wspomnianego KINA, który próbował w ten sposób wyłgać się od służby wojskowej. To wszystko stanowiłoby genialny materiał dla filmu, gdyby tylko odważnie sobie z nim poczynać. Niestety, Sieriebriennikow nie podołał. Być może dlatego, że jeszcze w trakcie zdjęć został aresztowany. A może z zupełnie innego powodu.

Nie dowiemy się, jak wyglądałby ten film, gdyby reżyser nie otrzymał rzekomych zarzutów o defraudację budżetu zarządzanego przezeń niezależnego teatru Platforma i natychmiastowego wyroku w postaci aresztu domowego (w rzeczywistości chodziło rzekomo o homoseksualne treści, jakimi nasycił swój balet o Rudolfie Nuriejewie w Teatrze Bolszoj). Dość powiedzieć, że w sierpniu 2017 nie było go już na planie, a film musiała kończyła druga ekipa – oczywiście według produkcyjnej wersji scenariusza (...).

Całą recenzję Adriany Prodeus można przeczytać TUTAJ

zobacz też: