Czytelnia FILMu: O drogich biletach w polskich kinach

FILM   |    |   Artykuł
W 2009 roku Polacy poszli do kina 38 milionów razy. To rekord, choć Europejczycy chodzą dwa, trzy, a nawet pięć razy częściej. W Polsce jednak nadal brakuje kin, a ceny biletów są prawie tak wysokie, jak na Zachodzie, choć zarabiamy wielokrotnie mniej. Dlaczego jest tak drogo? Odpowiedzi na to pytanie szukajcie w raporcie o biletach do kina z marcowego numeru "Filmu". Tekst właśnie pojawił się w czytelni magazynu na Filmwebie.


DLACZEGO TAK DROGO?

To był jeden z grudniowych weekendów. Wybrałem się z córką na "Opowieść Wigilijną" do Cinema City w warszawskim centrum Promenada. Za dwa bilety (w tym jeden ulgowy!) oraz przekąskę z napojami w kinowym barze zapłaciłem w sumie prawie 100 złotych. Włosy stanęły mi dęba, złapałem za telefon i zadzwoniłem do naczelnego "Filmu", Jacka Rakowieckiego. "Dlaczego bilety w Polsce są tak drogie?!" – zapytałem. "To bardzo dobre pytanie – odparł Rakowiecki. – I właśnie chcieliśmy je postawić, więc może sprawdź sam...". W ten sposób rozpocząłem małe, prywatne śledztwo, by sobie i czytelnikom "Filmu" spróbować wyjaśnić, skąd w Polsce biorą się ceny biletów do kina.

Zadanie wydawało się banalne. Ot, zapytać właścicieli kin, pogadać z dystrybutorami i producentami, zebrać kilka danych – i gotowe. Okazało się jednak, że problem cen skutecznie i szybko zniechęca do rozmowy większość rozmówców. Niektórzy odmawiali wprost, inni – bardzo długo nie mogli znaleźć czasu, jeszcze inni mówili nawet chętnie, ale... anonimowo. Bo "po co się narażać", bo "tajemnica handlowa". Coś jednak udało się ustalić.

Drogo, czyli w sam raz

Już po kilku dniach wgryzania się w temat okazało się, że w przypadku cen biletów brak jest zgody czy powszechnie uznawanej prawdy w jakiejkolwiek kwestii. "Bo co to znaczy »drogo«? – od razu na początku rozmowy oponuje Rafał Rybski, dyrektor operacyjny sieci Cinema City w Polsce. – Bilety kosztują tyle, ile powinny; zresztą skoro ludzie coraz chętniej chodzą do kina, to cena chyba nie jest barierą. Ludzie zawsze narzekają, że jest za drogo".

"Bzdura, oczywiście, że w Polsce bilety są drogie, za drogie! – denerwuje się Paweł Wachnik, niegdyś jeden z szefów sieci kinowej Ster Century, potem producent filmowy, dziś niezależny ekspert. – Walczę z tym od wielu lat, ale nigdy nie udało mi się przekonać właścicieli kin".

Spokojniej o całej sprawie mówi Roman Jarosz (Dyrektor Marketingu Silver Screen w latach 1999-2008 oraz Dyrektor Dystrybucji i Marketingu Syrena Films w latach 2008–2010): "Bilety w Polsce kosztują mniej niż w krajach Europy Zachodniej, choć większość kosztów ponoszonych przez operatorów kin jest porównywalna. Z tego punktu widzenia bilety wcale takie drogie nie są. Choć, oczywiście, z drugiej strony nie są o tyle tańsze, o ile niższe od unijnej średniej są dochody Polaków".

Średnia cena biletu do kina w Paryżu to 7-8 euro (ok. 30 zł), podobnie jest w Berlinie, w Londynie nawet trochę więcej: 7-9 funtów (prawie 40 zł).

Kino-dystrybutor-producent

Kupując bilet do kina, niewielu z nas zdaje sobie sprawę, jak wielu ludzi, firm i instytucji podzieli się później tymi pieniędzmi. Popatrzmy, jak dzielone jest 20 złotych, bo tyle przeciętnie kosztuje bilet do multipleksu. Najpierw swoją daninę ściąga fiskus, pobierając 7% VAT, czyli zostaje 18,69 zł, od tego 1,5 procent idzie na PISF, mamy już 18,40 zł. W tym momencie pieniądze dzielone są pomiędzy kino a dystrybutora, z reguły w stosunku 50 na 50. Kino ma z tego 9,20 zł (w pierwszych tygodniach, bo potem kasuje nawet 60 czy 70% wszystkich wpływów!).

"Z tego musimy pokryć czynsz, koszty działania, płace, opłaty za prawa do filmów, koszt zakupu energii, wody, ogrzewania, nie wspominając już o zamortyzowaniu gigantycznych pieniędzy wydanych na budowę" – wylicza Rybski. Jakie to kwoty? Koszty działania są jedną z pilniej strzeżonych tajemnic, ale wiadomo na przykład, że wybudowanie najnowszego, 20-salowego multipleksu Cinema City kosztowało prawie 30 milionów złotych.

Spójrzmy teraz na stronę dystrybutora. "Mamy na początku dystrybucji te 9 zł, to szybko spada do 7,50, potem 7 zł, a końcu nasz udział w przychodach z biletu zmniejsza się nawet do 25 procent ceny – mówi Roman Jarosz. – Przyjmijmy jednak, że średnio dysponujemy kwotą 7,50 zł. Odzyskujemy najpierw koszty dystrybucji i promocji, tzw. P&A. Proszę sobie wyobrazić: średniej wielkości film musi mieć budżet P&A – kopii, reklamy, plakatów – około miliona złotych. Jeśli dystrybutor jest szczęściarzem i trafi mu się film wygrywający festiwale, jak »Rewers« czy »Mała Moskwa«, na promocję musi wyłożyć nieco mniej. Żeby odrobić koszty dystrybucji, dzielimy ten milion złotych na te 7,50 zł. Czyli abyśmy nie dołożyli, do kina musi przyjść na dany film minimum 133 tysiące widzów. W takiej sytuacji dystrybutor jesteśmy na zero, a producent filmu jeszcze nie odzyskał ani grosza. Jak życie wielokrotnie pokazało, w Polsce często filmy nie zapewniają nawet zwrotu kosztów P&A. Każdy dystrybutor musi zaakceptować fakt, że na niektórych filmach w kinach mogą być zyski, a na innych straty.

Liczmy dalej: przeciętnie na film w Polsce przychodzi 200-300 tysięcy widzów. Załóżmy, że przy dobrych wiatrach będzie to 300 tysięcy. Czyli po odjęciu pierwszych 130 tysięcy widzów, którzy zwrócili koszty dystrybucji, zostaje 170 tysięcy sprzedanych biletów razy 7,50 zł. To daje 1,275 mln zł, z czego dystrybutor ma przeciętnie 20 proc. To naprawdę nie jest dużo, biorąc pod uwagę, jaki dystrybutor musi ponieść koszt np. zatrudnienia ludzi. To nie jest praca na miesiąc. Film się wprowadza zwykle trzy miesiące, czasami dłużej".

Pozostałe 80 procent, czyli coś około miliona złotych trafia do producenta. To często nie jest nawet kwota, którą on sam włożył w film. Bo jeśli przeciętna współczesna polska fabuła kosztuje 3-4 miliony, to nawet jeśli dotacja z PISF-u pokrywa połowę, to przynajmniej kilkuset tysięcy brakuje.    

"To jest dobry wynik, jeśli producent odzyskał milion złotych. Oczywiście, potem jest DVD, telewizja, ale to pokazuje, że ten bilet dzielony jest na mnóstwo podmiotów. Lwią część bierze kino, dla dystrybutora – przypomnijmy – to jest netto 7,50 zł, z czego dla producenta wychodzi 6 zł  za bilet. Do tego dochodzą podatki, prawa autorskie... I producenci, i my pracujemy na granicy minimalnej opłacalności" – broni swej połówki Jarosz.

Winni kiniarze?

Wygląda więc na to, że całą śmietankę spijają kiniarze. Jednak taka teza wywołuje ich żywiołowy protest.

"Tego się już nie da robić taniej, bo mamy ogromne koszty operacyjne. Ceny biletów w Polsce od dłuższego czasu w zasadzie nie rosły, gdy w tym samym czasie wzrastały koszty naszej działalności, jak choćby podnoszone już kilkakrotnie ceny prądu czy płaca minimalna. Taki multipleks to ogromne przedsięwzięcie: najpierw trzeba zainwestować miliony złotych, by kino odpalić, a potem ponosić koszty stałe: wynajem powierzchni – a z reguły nowoczesne multipleksy powstają w centrach handlowych najwyższej kategorii, gdzie czynsze są zabójczo wysokie, potem opłaty dla dystrybutorów, prąd, ogrzewanie czy woda, płace, promocja... I to są ogromne koszty, które muszę pokryć niezależnie od tego, czy miałem dobry, czy gorszy tydzień. A prawda jest taka, że takich naprawdę dobrych tygodni jest w roku kilka, zdecydowanie mniej niż tych bardzo złych. Reszta to średnia, a koszty nie maleją" – dowodzi Rafał Rybski.

Szef jednego z multipleksów dodaje: "Wybudowanie oraz utrzymanie w Polsce kina kosztuje niewiele mniej niż na Zachodzie. Wszystko jest niesamowicie drogie: aparatura, wyposażenie, płacimy za to tak samo, jak koledzy z Zachodu. Jeśli chcemy mieć w kinie porządne, hiszpańskie fotele, to musimy za nie zapłacić tyle, co Francuzi czy Niemcy. Projektory, zwłaszcza cyfrowe, są potwornie drogie. Takie urządzenie kosztuje 100 tysięcy euro! Może same materiały i robocizna przy budowie kina są trochę tańsze, ale to jest »trochę«. Większość kin w Polsce została niedawno wybudowana i one się jeszcze nie zamortyzowały, ciągle pracują na siebie, odrabiają koszty budowy. W krajach Europy Zachodniej inwestycje powstawały w latach 80., w latach 90. się rozwijały, one są już w dużej mierze zamortyzowane. W Polsce jeszcze nie, dlatego kina naprawdę kokosów nie mają. Obsługa i tak dalej – to wszystko jest na granicy rentowności. Dlatego bilety nie mogą być tańsze".

Inny jeszcze kiniarz, kilkakrotnie zastrzegając anonimowość, nie owija w bawełnę: "Kino to biznes nieprzewidywalny. Tak naprawdę nie wiadomo, kiedy ludzie pójdą kina, a kiedy będzie pustka. Oczywiście, na podstawie doświadczeń z poprzednich lat można robić pewne założenia, niektóre miesiące są generalnie lepsze, inne gorsze. Ale przecież, na Boga, nie przewidzę sytuacji, że coś pieprznie w jakiejś kopalni, zawali się hala targowa i ogłoszą żałobę narodową. Mnie nikt za żałobę nie zwróci, a biznes nam się wywraca do góry nogami. Zatrzymać całą maszynę, zawiadomić dziesiątki ludzi, że mają nie przychodzić do roboty, dać ogłoszenia w prasie, że kino nie działa... No masakra, po prostu".

Zanim jednak zapłaczemy nad strasznym losem kiniarzy, warto pamiętać, że bilety to nie jedyne ich wpływy. Zdaniem Pawła Wachnika w niektórych multipleksach przychody z baru to prawie połowa tego, co kino ma z biletów. "Przychody z baru to w kinie w centrum handlowym 30-40 proc. tego, co ma kiniarz z biletów, w kinie wolnostojącym – nawet 50 proc., czyli prawie 1/3 wszystkich przychodów. A gdy dodamy reklamy przed filmami, które też są dochodem kiniarza, 50 procent zbiera się spokojnie" – przekonuje Wachnik.

"Zdecydowana większość naszych wpływów pochodzi z biletów. To legenda, że robimy gigantyczny biznes na popcornie. OK, sprzedajemy w barach dość drogo, ale też drogo kupujemy, dostawcy takich choćby batoników sprzedają nam towar po zupełnie innej cenie niż supermarketom" – ripostuje Rybski.

Jeszcze lepiej, jeszcze drożej?

Czy to wszystko oznacza, że ceny biletów nie spadną? "Na razie nie spadną – i nie ma powodu, żeby spadały – przekonuje Rafał Rybski. – Pod koniec lat 90. kina były w większości w fatalnym stanie, mało wygodne i proponowały kiepską jakość obrazu i dźwięku za bardzo podobne do dzisiejszych pieniądze. Wtedy pojawili się inwestorzy, wyłożyli ogromne pieniądze na infrastrukturę, zaczęli budować nowoczesne, znakomicie wyposażone, komfortowe kina. Przez ostatnie lata musieliśmy dopiero zainwestować w całą infrastrukturę, która na Zachodzie powstała już wiele lat temu i tamtejszym operatorom dawno  się zwróciła. Teraz my musimy odzyskać pieniądze".    

A Roman Jarosz dodaje: "Ostatnio bilety podrożały o 2-3 złote, ale ludzie nadal chodzą do kina. Koszt biletu nie jest tu decydującym czynnikiem, a niższa cena nie jest gwarancją wyższej frekwencji w kinie. W Polsce, według moich szacunków, do kina regularnie chodzą 3-4 miliony widzów. Gdyby się okazało, że niższa cena tę ilość znacznie zwiększa, to coś by się z tą ceną działo. A tak naprawdę dla rynku i dla kina byłoby lepiej, gdyby bilety były jeszcze droższe, gdyby Polaków było stać na zapłacenie takich cen, jak w Niemczech czy we Francji".           

Paweł Moskalewicz
Współpraca: Ola Salwa

UWAGA!
Za miesiąc II część raportu: Bilety do kina. Czy może być taniej?

komentarze

Dodaj komentarz

Ja kupiłem sobie 55 calowy TV i od tej pory do kina chodzę raz na rok. Zbulwersowałem się cenami jakie tam panują. Wolałem zainwestować te pieniądze w domu.

Jak kiniarzom drogo sprzedają batoniki, to niech idą do hipermarketu i kupią taniej ;| Takiego durnego tłumaczenia "dlaczego u nas drożej" to ja w życiu nie słyszałam. Wszyscy się na was uwzięli, nawet producenci popcornu i batonów. Akurat :/

Widzowie i kinomaniacy to Wy jesteście temu przedewszystkim winni, że ceny biletów są tak drogie! Po co chodzicie na jakieś gnioty holywoodzkie do multipleksów? W multipleksach puszczają najgorszą szmirę jaką produkują na zachodzie!
Ja chodzę do kina 2 -3 razy w miesiącu ale KINO a KINO się różni!
Ja chodzę do Muranowa, Luny, Kultury czy Kinoteki filmy 100 razy bardziej ambitne a ceny 2 razy tańsze! Szukajcie kin z klimatem "tamtych lat" a nie kin nastawionych na wyjałowioną z ambicji młodzież.

pozdrawiam

Ja zawsze się zastanawiam dlaczego w kinach (zwłaszcza tych wielkich gdzie jest kilka sal) nie wprowadzą biletów 'last minute'. Wiadomo, że zanim film się zacznie to tak co najmniej 10min reklam musi lecieć. Więc załóżmy, że film zaczyna się o 19ej. Sprzedano na niego 10 biletów to czemu w kinach nie zrobią tak, że między 19-19.15 (czyli faktyczną godziną rozpoczęcia filmu) bilet nie jest np. 40% tańszy. Wtedy zamiast prawie pustej sali zapełnili by ją widzami. I odpierając głosy na zasadzie: bo Polak to takie zwierzę, że zacznie przychodzi zawsze do kina spóźniony, powiem tylko tyle, że jak film jest dobry to sam potrafi się sprzeadać i sala jest pełna. A jak jest zły to i nawet za te 40% mniej nikt się nie skusi :D

Otwarcie Cinema City w Zielonej Górze wyniosło kosmicznie wielkie pieniądze, które zwróciły się w 3 miesiące. I jak tu nie twierdzić, ze bilety są drogie? Zatrudniają tylko studentów by mniej płacić .... To nie jest konieczność to chciwość....

I jeszcze taka ciekawostka - środy w Orange. Przed wprowadzeniem promocji 2 bilety w cenie jednego, na sali było może 20 - 30 osób, przy bilecie za 20zł zysk= 400-600. Obecnie na środę trzeba rezerwować bilet tydzień wcześniej, bo sale są zawsze pełne. Jeśli sala mieści 200 osób to kina zarabia tyle co za 100 osób zysk = 2000zł! I kiniarze twierdzą, że na obniżce biletów zbankrutują :/

a ajak już się rozpisałem to jeszcze o jednym wspomnę. Na cholere powstało to kino z 2o salami w Krakowie, jeśli jest tam tylko kilka z dużym ekranem, a reszta to sale po 10 rzędów, lub mniej z ekranem nie wiele większym niż niektóre telewizory. Wolałbym kino z 5 salami, ale żeby każda miała potężny ekran na kttórym oglądanie fimu faktycznie sparwiało przyjemność.

argumentownie, że ludzie i tak chodzą do kina jest po prostu śmieszne. A co mają zrobić, na ścianie sobie film póścić? Mnie osobiście ostatnie podwyżki(w sumie 3zł) robią dużą różnicę. Dawniej w kinie byłem co najmniej raz lub dwa razy w miesiącu, teraz chodzę tylko na te najbardziej zachwalane filmy, tracąc tym samym bo nie oglądam równie interesujących prdukcji kina niszowego.

jeśli idziemy na film 3D takie wyjście to już prawie 200zł!!! W artykule dystrybutorzy mówią o filmach produkownych w Polsce, a są to w większości gówniane komedie romantyczne na które szanujący się widz nie pójdzie. Nic więc dziwnego, że frekwencja w kinach jest niska. Dziwi też, że wiele świetnych filmów do Polski dociera dopiero po premierze na DVD keidy już każdy film widział i nie ma ochoty drugi raz wydawać pieniędzy w kinie. Przykłady: Hurt Locker (Oscar za najlepszy film!), Templariusze Miłość i Krew (premiera światowa 2007r w Polsce 2009!) czy świetny film S-F Moon, który do tej pory nie doczekał się premiery w Polsce

jesli idzie się do kina samemu to cena za bilet nie wali tak bardzo po kieszeni, ale weźcie sobie wyjscie całą rodziną 2 osoby dorosłe -ok 45zł 2dzieci - 30zł. Do tego trzeba doliczyć popcorn 30zł, bo jak wytłumaczysz dzieciakom, że nie dostaną jedzenia bo drogie. Jeden wypad to co najmniej 100zł, + koszt dojazdu do kina ok 20zł niezależnie czy wybierzemy samochód czy MPK

Rada do ludzi narzekających na ceny jedzenia w kinie.

Chcecie się nażreć to wypad do żarłodajni. W kinie ogląda się filmy a nie żre.

Oto rozterki ludzi w Polszy - kiedy isc do kina zeby nie przeplacic albo isc najedzonym, zeby nie kupic przekaski bo za drogo.

Wypad do kina i kupno popcornu jako element luksusu. To sie w koncu kiedys rozpadnie bo jest coraz gorzej.

Bo trzeba sobie postawić pytanie. Albo idę do kina oglądać film albo idę jeść.
Nie jest tak drogo: wybiorę się rano w tzw tani wtorek w heliosie - film za 14 zł, chrzanić całe 3d - już jest taniej, jeść też nie muszę w kinie i za 14 zł seansik. Nie jest znów tak źle. Ale i tak 10 zł za seans byłoby optymalnie.

Mieszkam w ok. 15-tysięcznym miasteczku. Bilet do kina kosztuje 13-15 zł. Efekt: Sala świeci pustką i często odwołują seanse, bo nie da się zebrać pięciu chętnych...

Kina dbają o kulturę: wysokimi cenami popcornu oduczają nas kupowania tego świństwa.

Multipleksy mają mordercze wręcz ceny. Na szczęście w mojej miejscowości są dwa kina, w których można bilety kosztują max 13 PLN. Ja mam legitymację studencką, więc płacę z reguły 1-2 zł taniej. A np w środy są jeszcze tańsze wejściówki (ostatnio byłem na "Księżniczce i żabie" i zapłaciłem 8 PLN :)
Gorzej jest, jak chcę obejrzeć jakiś film w 3D. W tym wypadku muszę jechać, do oddalonego o 70 km Heliosu. Koszt dojazdu w obie strony (ok 20 zł), bilet ulgowy (20 zł), a jeszcze wypadałoby coś zjeść, więc na jeden film trzeba przeznaczyć coś w granicach 50 PLN.
A za rok kończę studia i stracę wszystkie zniżki, aż strach pomyśleć... (mam cichą nadzieję, że któreś kino z mojej wioski zainwestuje w 3D :) )

ludzie kochani!bilety w Polsce sa w normalnej cenie chodzi tylko o polskie zarobki. Na stale mieszkam w Edynburgu tu za bilet normalny w cinema vue badz cinemaworld musisz zaplacic 7,5 funta wiec to tez nie malo wiec wniosek mamy gotowy pzdr:)

ja odkąd jest promocja środy z Orange do kina chodzę prawie co tydzień, chyba ze czas naprawdę nie pozwala albo po prostu już nie ma na co iść. zawsze ktoś się znajdzie do towarzystwa i wtedy za bilet płacę tylko 10 zł.

Czytając komentarze mam wrażenie ,że wiekszość ludzików chodzi do kina aby sie najeść pocornu i napić coli.Potem słychać siorbanie, chrupanie a nie słychać dialogów:(

W Heliosie jest zawsze tani wtorek bilety są po 14 zł (puszczane o różnej porze), nie rozumiem dlaczego większość musi chodzić do kina w weekend, kiedy są największe ceny biletów. Po co mam płacić w weekend 22 zł kiedy we wtorek mogę 14.

W zeszłym roku byłem w kinie ok 15 razy. W tym już 5

tako wiec sciagac z netu filmy na potege! :)

Włosy stanęły mi dęba, złapałem za telefon i zadzwoniłem do naczelnego "Filmu", Jacka Rakowieckiego. "Dlaczego bilety w Polsce są tak drogie?!" – zapytałem. "To bardzo dobre pytanie – odparł Rakowiecki. – I właśnie chcieliśmy je postawić, więc może sprawdź sam...".

tak infantylnie to gimnazjaliscie pisac wypada:)

Zdecydowanie prawda. Kiedyś było tajniej. Teraz trzeba się zastanawiać czy można sobie pozwolić na pójście do kina (piszę to jako student;p)

To chyba proste , ze to Polska - panstwo gdzie zdziera się, ile się da a wladza ma to w dupie bo sama wypasa sie za cudze.

W moim mieście postało nowe kino Helios kiedyś były dwa bardzo stare kina które praktycznie od powstania nic się nie zmieniły. Miały swój klimat (fotele były wygodne :) Bilety były w granicach 14zl .Nowy Helios to istna tandeta 20 za wstęp zero wygody zero niczego .Kinarze tłumacza się że dali nam nowe kino .A tak naprawdę budują najmniejszymi kosztami bo dla nich nie liczy się klient tylko zysk.

Nie rozumiem fenomenu popcornu i coli w kinie. Mi to zawsze przeszkadza. Albo jesz, albo oglądasz. Denerwujące jak sąsiad obok w fotelu przez cały seans przeżuwa, chrupie, siorbie etc.

Nie trzeba tracić stówy, wystarczy się uzbroić w same bilety. Poza tym jak już idę do kina, to staram się wybierać najlepszy film. Najlepszy nie znaczy najchętniej wybierany przez masy. Nie ma sensu tracić pieniędzy na komedię romantyczną, albo kiepską sensację. Jak ktoś używa mózgu przy kasie, płacąc za bilet, nigdy nie powie, że za drogo.

"(...)niższa cena nie jest gwarancją wyższej frekwencji w kinie." Czyżby? A co zrobiły środy z orange? Na środę trzeba rezerwować bilety prawie tydzień wcześniej żeby dostać miejsca z których coś widać a czasami w ogóle jakiekolwiek miejsca. Już nie mówiąc o tym, ze kiedyś można było dostać kod na promocję jeszcze w tym samym dniu. Teraz i w piątek może już nie być kodów. Czy to o czymś nie świadczy? Gdyby nie tańsze bilety nie mogłabym być w kinie czasami i trzy razy w tygodniu.

Bardzo mnie śmieszą tłumaczenia że na wysokie koszty składają się płace obsługi, że batoniki są sprzedawane kinom drożej i że to mit, że kina zarabiają na popcornie.

Ten pan mówi o wzroście płacy minimalnej? To bardzo ciekawe, bo wszyscy pracujący w kinach cinema city są studentami, którzy nie mają umowy o pracę tylko umowę zlecenia więc płaca minimalna się do nich nie stosuje (a osób z umową o pracę jest w kinie max. 15 - managerów, supervisorów, kinooperatorow itp.). Stawki wahają się w zależności od miasta od 4,4 zł (!) za godzinę do 6-8 zł.

Batoniki są im sprzedawane drożej? Na pewno nie drożej niż kosztują w hipermarkecie a cena w barze kinowym jest co najmniej 2x wyższa. Mała butelka wody kosztuje 5 zł (w sklepie 1,5 zł?).

A z popcornem to najlepsza sprawa, oczywiście nie każdy kupuje coś w barze, ale średnio 800% przebitki mówi samo za siebie?

Nigdy nie żałowałem sobie na kino biletów ale tez nie mogę sobie pozwolić aby do kina latać co tydzień przeważnie chodzę na jeden film czasem na dwa ale chyba nie bylem jeszcze na minimum 3filmach tylko teraz che is na 4 filmy plus ze mam kasę bo tak było trzeba z jakiegoś zrezygnować dlatego chodzę na filmy dobre recenzje i opinie a reszte oglądam na Canal+ czy na HBO plus jeszcze że obowiązują mnie bilety ulgowe bo było by krucho na normalny biletach . Dlatego liczę że bilety tak drogie jak we Francji chyba że będzie mnie stać ale to nie przesada ? A o te dodatki jak popcorn Cola to są ceny kosmiczne ale ja nie kupuję nauczyłem się oglądac bez tych dotatkow ale i tak póki co będę chodził do kina .

Zgłoś nadużycie

Opisz, dlaczego uważasz, że ten wpis nie jest zgodny z regulaminem serwisu:

newsy

zobacz wszystkie newsy

gorące newsy

magazyn