Filmweb sp. z o.o.
http://www.filmweb.pl/article/Domek+w+g%C5%82%C4%99bi+lasu-94571

Domek w głębi lasu

  • Filmweb
  • autor: Bartosz Czartoryski
  • Artykuł
Irwing Rappaport, szef działu marketingu Palace Video, poinformowany o policyjnym nalocie na siedzibę firmy, w ostatniej chwili składowane w magazynie kopie "Martwego zła" ukrył w... pobliskim kościele. To idealne miejsce dla filmu, któremu brytyjska rada cenzorska wlepiła "najwyższy stopień zagrożenia obscenicznością".

Jeszcze w tym samym roku splądrowano około piętnastu tysięcy wypożyczalni kaset wideo i sklepów z filmami – zapłonęły metaforyczne stosy, zaś zapach topiącego się plastiku miał być wyczuwalny w powietrzu przez kolejnych parę lat. I nie mówimy wcale o chińskiej cenzurze czy wymyślonej przez któregoś z pisarzy science fiction dystopicznej wizji świata, w którym kulturę tępi się w zgodzie z literą prawa, ale o Wielkiej Brytanii sprzed zaledwie trzydziestu lat.


"Martwe zło"

Polowanie na kontrowersyjne treści przemycane za pośrednictwem taśm VHS rozpoczęło się na początku lat osiemdziesiątych – na mocy uchwalonego w 1959 roku Obscene Publications Act (oryginalnie wymierzonego w ostrą erotykę) próbowano regulować brytyjski rynek kaset wideo, wycofując z ofert wypożyczalni i dystrybutorów horrory uznane za zbyt brutalne. Mary Whitehouse, radykalna działaczka prawicowa i samozwańcza obrończyni moralności, żeby zobrazować zagrożenie czyhające na młodych i niewinnych, pokazała w Izbie Gmin fragmenty przepuszczonego wcześniej przez brytyjską radę cenzorską BBFC "Martwego zła" – filmu reprezentującego według niej najwyższy stopień zagrożenia obscenicznością. Pani Whitehouse, znienawidzona przez wyspiarskich amatorów mocnego kina, przepchnęła rok później Video Recordings Act, który okazał się dla rynku kasetowego ciosem w brzuch. "Martwe zło" wycofano ostatecznie ze sprzedaży, a BBFC odmówiło wydania certyfikatu dopuszczającego film do dystrybucji. Palace Video z publikowaniem debiutanckiego pełnego metrażu Sama Raimiego musiało czekać aż do roku 1990, a wersja nieocenzurowana pojawiła się w Brytanii dopiero ponad dekadę później, już na płycie DVD.

Leśna partyzantka

"Martwe zło" –  w przeciwieństwie do wielu innych video nasties – sławę zawdzięcza nie tylko paranoicznym zagrywkom brytyjskiej cenzury. Mikrobudżetowe dzieło Sama Raimiego pokazano nawet w 1982 roku na festiwalu w Cannes i zachwycał się nim sam Stephen King. Sukces rodził się jednak w bólach, bowiem Raimi, przystępując do realizacji filmu, dysponował niczym więcej niż entuzjazmem oraz paczką kumpli. Do tego grona należał również kultowy dziś aktor Bruce Campbell, z którym – gdy już obu znudziła się piaskownica i wyrośli z huśtawek – Raimi biegał po podwórku i kręcił kilkuminutowe fabułki amatorską kamerą. Ich pierwszym poważniejszym projektem była krótkometrażówka "W środku lasu", filmik pomyślany jako swoiste portfolio, nakręcony z nadzieją na zainteresowanie któregoś z producentów pomysłami paru przyjaciół z podwórka; niestety, nadzieja okazała się płonna – nikt nie chciał sypnąć groszem, a i sam horrorek nakręcony przez bandę zapaleńców, choć w jednym z kin puszczano go zaraz przed "Rocky Horror Picture Show", został praktycznie zignorowany przez prasę. Raimi chodził więc od drzwi do drzwi i prosił znajomych o pieniądze na realizację filmu, z którym, jeśli mu wierzyć, nie wiązał na dodatek jakichś wielkich planów i traktował jedynie jako zachciankę (jego ambicje nie wykraczały wówczas poza kina samochodowe i grono amatorów nocnej rozrywki). Los okazał się jednak dla niego łaskawszy.


"Martwe zło 2"

Raimi zaczął zdjęcia do "Martwego zła" niedługo po swoich dwudziestych urodzinach i traktował doświadczenia na planie jako krok w dorosłość, swoisty rytuał inicjacji. Do pracy zaprzągł rodzinę i przyjaciół, a profesjonalnych aktorów skusił ogłoszeniem w prasie. Odpowiednich plenerów szukano na własną rękę, aż wreszcie znaleziono domek na odludziu, bez kanalizacji i ogrzewania, gdzie przez dwanaście tygodni kłębiło się kilkanaście osób niemogących nawet skorzystać z prysznica. Co działo się dalej, przypominało, jak pisał zresztą w swoich wspomnieniach Bruce Campbell, komedię omyłek – ekipa któregoś dnia zgubiła się w lesie, z braku funduszy specjalny wózek dla operatora zbito z desek, a podczas usuwania charakteryzacji niemal oderwano Betsy Baker powieki. Raimi zwykł rzucać w aktorów kamieniami albo bić podniesionymi z ziemi patykami, wierząc, że wywoła w ten sposób bardziej wiarygodne i przekonujące reakcje. Biegał też z zawieszoną na kiju kamerą, którą później przymocował do roweru i tym chałupniczym sposobem nakręcono bodaj najbardziej charakterystyczne ujęcia w filmie – z oczu demonicznej siły podążającej za bohaterami. Pod koniec zdjęć ekipa była na skraju wyczerpania i żeby ogrzać zgrabiałe palce, palono nawet stojące w domku meble. Operacja zakończyła się jednak zgodnie z oczekiwaniami: Raimi dysponował tonami materiału; po montażu – wspomaganym przez braci Coen – pierwsza wersja filmu trwała prawie dwie godziny, lecz ze względów marketingowych skrócono ją do osiemdziesięciu pięciu minut.

Drugie życie martwego zła

Raimi wymarzył sobie uroczystą premierę godną Williama Castle'a, weterana kina grozy słynącego z organizowania niestandardowych pokazów. I tak – pod kinem ustawiono ambulans, młodziutki reżyser sam zaprojektował bilety, a w sali zamontowano wentylatory mające wspomagać filmowe doznania. Frekwencja przeszła najśmielsze oczekiwania Raimiego, bowiem na premierze pojawiło się około tysiąca chętnych; swój film grał więc tak długo, aż zobaczyli go wszyscy zainteresowani. Udało się "Martwe zło" wepchnąć na festiwal w Cannes, gdzie obejrzał je Stephen King – pisarz z miejsca zakochał się w debiucie Raimiego, co wydatnie wspomogło działania promocyjne. To dzięki niemu wielu krytyków w ogóle usłyszało o filmie, także w Wielkiej Brytanii, gdzie trafił pod obstrzał cenzorów – resztę historii już znamy.


"Martwe zło 2"

Dzisiaj "Martwe zło" to już praktycznie marka – prócz serii gier wideo (poczynając jeszcze od prymitywnej wersji na komputery Commodore 64) wypuszczono na rynek tony gadżetów, zrealizowano musical na podstawie filmu, a w komiksach Ash J. Williams spotkał się z Jasonem i Freddym, a nawet Herbertem Westem. Ba, uratował też życie Barackowi Obamie. Film doczekał się dwóch sequeli. Pierwszy z nich zrealizowano sześć lat po oryginale; późno, bowiem Raimi nastawiony podchodził do tego pomysłu dość sceptycznie, szczególnie że ponownie odpowiednie fundusze znajdowały się poza zasięgiem, poza tym reżyser był święcie przekonany o nieuniknionym sukcesie komercyjnym swojego poprzedniego obrazu "Fala zbrodni" i konsekwentnie odrzucał wszystkie propozycje – niedoszły przebój okazał się jednak fiaskiem. Z pomocą ponownie przyszedł Stephen King, który podobno złapał za telefon i zadzwonił bezpośrednio do Dina De Laurentiisa – jednego z najpotężniejszych producentów filmowych w Hollywood, wówczas zarabiającego krocie na adaptacjach prozy amerykańskiego pisarza – i poprosił go wprost o sfinansowanie sequela "Martwego zła". Raimi wymarzył sobie przeniesienie akcji do Średniowiecza, lecz budżet, który otrzymał – niecałe cztery miliony dolarów – zweryfikował jego plany i w efekcie wymusił na nim realizację quasi-remake'u własnego debiutu. Dobiegający trzydziestki reżyser dał upust swojemu komediowemu zacięciu, umieszczając w nim sporo elementów slapstickowych, cytował filmy przyjaciół, puszczał do widza oko, nawiązując do głośnych horrorów, nie popadając przy tym we wtórność względem części pierwszej. "Martwe zło 2" okazało się strzałem w dziesiątkę.

Zamiar przeniesienia akcji w przeszłość Raimi zrealizował w części trzeciej, nakręconej w 1993 roku i zatytułowanej "Armia ciemności"; pod koniec poprzedniego odcinka Ash został przeniesiony do alternatywnej rzeczywistości średniowiecznej. Inspiracje reżysera sięgały prozy Marka Twaina i Jonathana Swifta oraz opowieści o Sindbadzie i Jazonie. Mimo że dysponowali dwunastoma milionami budżetu, bracia Raimi zrzekli się części honorarium, żeby móc nadać filmowi odpowiedni kształt – ich decyzja była w gruncie rzeczy konieczna, bowiem sceny batalistyczne zaplanowano na podstawie storyboardów do klasycznego, epickiego filmu o Joannie D'Arc w reżyserii Victora Fleminga. Produkcja filmu nie była oczywiście aż taką katorgą, jak te dwa i pół miesiąca spędzonych na planie "Martwego zła", ale scenografię zbudowano na skraju pustyni Mojave, gdzie problemem okazała się wysoka temperatura za dnia, a niska nocą. Kłopoty nie skończyły się wraz z ostatnim klapsem – studio Universal było niezadowolone z pesymistycznego zakończenia i nakazało Raimiemu zrobić dokrętkę; wytwórnia wymagała również dostosowania filmu do wymogów niższej kategorii wiekowej, ale nawet po cięciach "Armia ciemności" otrzymała dumne R.


"Martwe zło" (2013)

Niedawno Sam Raimi ogłosił, że wraz z bratem pracuje nad sequelem "Armii ciemności", w filmie powróci też Bruce Campbell, a pierwsze zdanie scenariusza ma zostać napisane w lecie. Żeby było ciekawiej, wchodzący właśnie do kin remake "Martwego zła" również ma się doczekać kontynuacji, więc będziemy mogli obserwować dwie równoległe rzeczywistości filmowe osadzone w świecie zwichrowanej wyobraźni Ramiego. I choć krew i flaki zapewne kolejny raz zostaną rzucone widzowi prosto w twarz, nikt już nie tupnie nóżką i nie będzie pikietował pod kinami.

zobacz też: