Gdzie są debiutanci sprzed dekady?

Filmweb   |   autor: Łukasz Maciejewski   |    |   Artykuł
"Italiani" Łukasza Barczyka i "Sponsoring" (francuski tytuł "Elles") Małgorzaty Szumowskiej to nowe produkcje reżyserów, którzy na początku minionej dekady byli uważani za najciekawsze młode osobowości polskiego kina. Czy spełnili pokładane nadzieje? Opinie są podzielone, ale jedno jest pewne: zarówno Szumowska, jak i Barczyk, a także ich kolega z roku w łódzkiej Szkole Filmowej - Borys Lankosz, nie pozwolili o sobie zapomnieć. Ale co się dzieje z pozostałymi debiutantami sprzed dziesięciu lat?

ZDJĘCIE Z POLAŃSKIM

W 1997 roku, na drugim roku reżyserii w łódzkiej Szkole Filmowej, Borys Lankosz  zrealizował film "Powiększenie", odwołujący się do sławnego zdjęcia, które zrobiono na schodach "Filmówki" w 1981 roku, po spotkaniu studentów z Romanem Polańskim. Lankosz wspominał: "Punktem wyjścia było słynne zdjęcie z Polańskim. Oto reżyser, u szczytu sławy, wracający do macierzystej uczelni i fotografujący się z przyszłymi reżyserami. Wpatrywałem się w ich twarze z mieszaniną podziwu i zazdrości. O ile sam miałem prawie same wątpliwości, ich twarze mówiły: wygramy! Mowa ciała była jednoznaczna. Każdy z tych chłopaków miał przytłaczającą pewność siebie, żar w oczach. To było uderzające. Po piętnastu latach od wykonania fotografii, w 1996 roku, nie wyglądali już tak bojowo. Postanowiłem ich odnaleźć (w "Powiększeniu" Lankosza wystąpili między innymi Mikołaj Haremski, Ryszard Brylski, Tomasz Wiszniewski, Piotr Mikucki i Sławomir Koehler - przyp. Ł.M.). Dla młodego chłopaka, który marzył o robieniu filmów i miał za sobą pierwszy ważny etap – dostanie się na wymarzoną uczelnię, spotkanie z bohaterami "Powiększenia" było traumatyczne. Zrozumiałem, że nie każdy może być Polańskim. Ktoś kręcił serial, ktoś inny reportaże, filmy edukacyjne, albo program kulinarny w telewizji, większość zrezygnowała jednak z uprawiania zawodu". 

photo.title   photo.title   photo.title
Borys Lankosz, Małgorzata Szumowska, Łukasz Barczyk

W finale "Powiększenia", na schodach "Filmówki", reżyser zasiadł z kolegami ze swojego roku. Wszyscy się uśmiechają... Co się z nimi stało? Mówi Lankosz: "Do końca studiów przetrwaliśmy tylko we trójkę: Szumowska, Barczyk i ja. Studiowała z nami jeszcze Emily Young, która nakręciła niedawno film "Weronika postanawia umrzeć" według Paulo Coelho. Bardzo wymowne".

ŻYCIE JEST TELENOWELĄ

Droga większości polskich reżyserów, którzy debiutowali w pierwszych latach poprzedniej dekady jest, niestety, typowa. Najpierw życzliwie przyjęty debiut, potem kłopoty ze zrealizowaniem drugiego tytułu i szybkie przejście do formatu telewizyjnego. Zamiast Złotych Lwów i Orłów - "życie jest nowelą".

Mariusz Malec debiutował w 2000 roku oryginalnym "Człowiekiem wózków", poetycką impresją o bohaterze, który po stracie bliskich szuka duchowego spełnienia. Lata psucia talentu przy realizacji serialu "M jak miłość", zrobiły swoje. Malca po latach było stać jedynie na wykrzesanie z siebie w 2008 roku potworka pod tytułem "Jeszcze raz" ze Stenką i Fryczem, który w mocno urozmaiconej kategorii:  "najgorsza polska niekomedia nieromantyczna" znalazłby się zapewne na podium.


Marcin Krzyształowicz zaskoczył w 2001 roku "Eukaliptusem", próbą wskrzeszenia westernu na polskim gruncie. Film udał się przeciętnie. Rok później Krzyształowicz nakręcił jeszcze bezbarwny "Koniec wakacji", po czym skończył wakacje z filmem, zsiadł z siodła i zajął się kręceniem telenoweli "Na Wspólnej".

Artur Urbański jeszcze na studiach w Łodzi uchodził za jednego z najzdolniejszych młodych twórców. Jego szkolne etiudy ("Smród", "Chrusty") były wydarzeniami. Również debiut Urbańskiego, nakręcona w telewizyjnym cyklu "Pokolenie 2000" - "Bellissima" o nadopiekuńczej mamuśce (Ewa Kasprzyk) projektującej swoje niespełnione ambicje na córkę, była filmem szeroko komentowanym i nagradzanym. Od tego czasu upłynęło jednak aż jedenaście lat. Co jakiś czas pojawiają się zapowiedzi, że Urbański wraca na plan filmowy, ale chyba coraz mniej osób w to wierzy. Szkoda.

Również Adam Guziński na studiach szedł jak burza, a jego średniometrażowy "Antychryst" zdobył kilkanaście nagród na międzynarodowych festiwalach. Ale jego fabularny debiut, "Chłopiec na galopującym koniu" z 2006 roku, pomimo uznania na festiwalu w Cannes, przeszedł w kinach praktycznie bez echa. Dzisiaj Guziński, podobnie jak Artur Urbański, spełnia się przede wszystkim w teatrze.


"Pół serio" (2000) Tomasza Koneckiego i Andrzeja Saramonowicza było zaledwie pół-filmem - entuzjazm części krytyki i widzów był mocno przesadzony, ale zapotrzebowanie na dobrą komedię jest w narodzie tak wielkie, że nawet półprodukty przyjmowane są u nas z całym dobrodziejstwem mizernego inwentarza. Złota seria duetu Konecki-Saramonowicz ("Ciało", "Testosteron", "Lejdis") skończyła się z hukiem przy porażce "Idealnego faceta dla mojej dziewczyny". Odtąd Andrzej Saramonowicz zapragnął kariery solowej. Czym się to skończyło (zaczęło?), wiedzą jedynie ci, którzy jakimś cudem dotrwali do finału kuriozum pod tytułem "Jak się pozbyć cellulitu?".

ZWYCIĘZCY I POKONANI

"Made in Poland" jest powrotem do kina Przemysława Wojcieszka po ponad pięcioletniej przerwie. W tym czasie reżyser debiutujący offowym "Zabij ich wszystkich" (1999), a następnie realizujący niemal rok po roku kolejne tytuły (najciekawszy, "Głośniej od bomb", w 2001 r.), przeniósł się do teatru, gdzie udało mu się odnieść spektakularny sukces.

W pierwszych filmach Wojcieszka udzielała mi się pozytywna energia, z którą  opowiadał o sympatycznych młodych ludziach, którzy nie mają za dużo kasy, ale mają marzenia i na pewno nie sprzedadzą tych marzeń za popłatny status sprzątaczki w Dublinie albo "polskiego hydraulika" na Trafalgar Squere. Jednak z czasem niewmówiony optymizm Wojcieszka zaczął zamieniać się w huraoptymistyczną gazetową publicystykę. Przeciętni bohaterowie nie zyskali wyjątkowego statusu poprzez moralizowanie o ponadprzeciętnych planach. Plakat nie zamienił się w dzieło sztuki. Miejmy nadzieję, że Wojcieszek jednak dojrzał. Po premierze "Made in Poland" zapowiada film z Maciejem Stuhrem opowiadający o trudnych relacjach polsko-żydowskich (bohater odkrywa, że jego ukochany dziadek w czasie drugiej wojny światowej mordował Żydów) oraz mocny film o lesbijkach -  filmową wersję głośnego dramatu Wojcieszka, wystawionego w TR'rze, "Cokolwiek się zdarzy, kocham cię..." z Agnieszką Podsiadlik i Romą Gąsiorowską.

photo.title   photo.title

Ciekawym przypadkiem artystycznego rozwoju jest Małgorzata Szumowska. Jeszcze kilka lat temu była w zasadzie dyżurnym obiektem złośliwości polskiej prasy i forów internetowych. Wszystko można było jej wytknąć. Poparcie znanych rodziców (pisarka, Dorota Terakowska i dziennikarz, Maciej Szumowski), nonszalancję w zdobywaniu środków na kolejne projekty, oraz – być może przede wszystkim – międzynarodowy sukces, który przyszedł do Szumowskiej zdecydowanie zbyt wcześnie. Bez polskiej celebry, że swoje trzeba odczekać, trochę przy tym ponarzekać albo chociaż zakulisowo poobgadywać kolegów. Tymczasem Szumowska już na studiach pokazywała swoje etiudy (niektóre wybitne, jak "Cisza"; inne do bólu pretensjonalne – jak "Wniebowstąpienie") na dziesiątkach międzynarodowych festiwali. Zdobywała nagrody i kontakty, próbowała odnaleźć się nie tyle w polskim filmowym piekiełku, co w wielkiej światowej dżungli. Dzisiaj jest scenarzystką, reżyserką i producentką swoich filmów, o współpracę z którą zabiegają producenci francuscy, niemieccy (znana firma "Pandora") i duńscy ("Zentropa" należąca m.in. do Larsa von Triera). I nawet zwyczajowo "przyjazne" rodzime głosy z uporem powtarzające, że autorka "33 scen z życia" wszystkie sceny własnego zawodowego życia załatwiła sobie w taki czy inny sposób, na razie ucichły. Nowy film Szumowskiej, "Sponsoring", będzie  zaskoczeniem. Aseksualne polskie kino nabiera w nim rumieńców perwersji.


Wojcieszek, Szumowska i Barczyk - do listy dorzućmy jeszcze koniecznie Marcina Wronę, to pozytywne przykłady debiutantów sprzed dekady. Robią swoje, myślą o kolejnych projektach. Ale co się dzieje na przykład z Jarosławem Marszewskim, autorem dobrze przyjętego filmu "Jutro będzie niebo" z 2001 roku z Krzysztofem Pieczyńskim? Z nieocenionej bazy "Filmpolski" wynika, że reżyser "spełnia" się  głównie w ..."Klanie". Denijal Hasanović, Bośniak, absolwent "Filmówki", jest świetnym pedagogiem i konsultantem literackim w Szkole Andrzeja Wajdy, ale gdzie się podział Hasanović-filmowiec, który w debiutanckim "Liście" z sukcesem przeniósł na polski grunt estetykę rodem z Kiarostamiego?

Ciągle czekam także na nową fabułę Kingi Lewińskiej, autorki filmu "Pas de deux" z 2001 roku, z Krzysztofem Globiszem i z Gabrielą Kownacką, ale chyba się nie doczekam, ponieważ reżyserka bardzo intensywnie zajmuje się taśmowymi produkcjami TVN-u ("Brzydula", "Prosto w serce", "Klub szalonych dziewic").

***

W pierwszych latach poprzedniej dekady filmem "Dotknij mnie" brawurowo debiutowały Ewa Stankiewicz i Anna Jadowska. "Edim" czarował Piotr Trzaskalski. Sławomir Fabicki za dyplomową "Męską sprawę" otrzymał m.in. nominację do Oscara.  Marek Lechki wyreżyserował "Moje miasto", a Iwona Siekierzyńska "Moje pieczone kurczaki". Swoistym fenomenem była kariera Konrada Niewolskiego, którego "Symetria" podbiła serca krytyków i widzów. Dariusz Gajewski nieoczekiwanie wygrał festiwal w Gdyni filmem "Warszawa". Niezależnym "Złomem" intrygował Radosław Markiewicz...

Niektórzy z tego grona - jak Lechki i "Erratum" - powrócili do kina w świetnej formie, inni zniknęli bez śladu. Opowieść o filmowych debiutantach sprzed dekady jest zatem historią bez oczywistego happy endu. To story o zawirowaniach losu, kompromisach, nadziejach i wycofaniach. Oczywiście, nie każdy może być Polańskim. Ale na wspólnym zdjęciu z twórcą "Chinatown" nadzieję na karierę mieli wszyscy. Los chciał jednak inaczej. Wczorajsi "autorzy z ambicjami" dziesięć lat później stają się często "autorami widmo".

zobacz też:

komentarze

Dodaj komentarz

A gdzie oni maja grać, skoro wszystkie miejsca w nowych produkcjach są juz dawno odgórnie zaklepane. Zawsze tak było w Polsce. Nie mówiono im o tym, zanim poszli do szkoły aktorskiej?
------------------------------------------------------------ -------------------
http://maniakfilmu.blogspot.com/

no to jeszcze raz dorzucę swoje trzy grosze... Oto mocno przez wszystkich krytykowany za M jak miłość Mariusz Malec, jest również autorem fabularyzowanego dokumentu "Oni szli Szarymi Szeregami". Projekt krąży gdzieś na jakiś pokazach. ogólnie niedostępny, bo kina nie są zainteresowane dystrybucją (przynajmniej jak na razie), Agencja Filmowa tvp wycofała się z finansowania. Zatem jak ten film ma dotrzeć do szerszej świadomości społeczeństwa? Póki co, dokument mozna kupić jedynie na dvd lub w marcu obejrzeć w Centrum Edukacyjnym IPN.

Autor artykułu Łukasz Maciejewski, za długo przesiadywał w Mpiku, pewnie wertował "Wielką księgę siusiaków" lub "Wielką księgę cipek", ponieważ takich bzdur nie pisze się na poczekaniu. Większość wspomnianych filmów, wręcz stworzonych przez dewiantów mają w swym przekazie tylko jedno słowo 'moralność', czy też jej brak. Na szczęście na polskim rynku filmowych jest więcej gatunków i zawsze można znaleźć coś dla siebie.

Ale Waldek wraca :D !

ludzie dla pieniędzy robią gorsze rzeczy niż seriale....niestety trzeba z czegoś żyć, czasami ambicje zostają z boku

Seriale połykają reżyserów, memłają, a potem wypluwają, ale już z nich nic nie zostaje, poza serialową manierą rodem z "Klanu"

Dobrze się czytało.

Brawo, świetny tekst. Żal utalentowanych ludzi, którzy być może nie mogą dogadać się z producentami -i by przezyć - robią telenowele.

Świetny artykuł. Z jednym tylko się nie zgodzę, a mianowicie z tym, że "Eukaliptus" Krzyształowicza wypadł przeciętnie. To był film, który mógł wnieść trochę świeżości do polskiego kina, ale niestety reklama i marketing zawiodły

Bardzo dobry artykół!

Naprawde dobry artykół, przyjemnie jeszcze usłyszeć że ktoś pamięta o kilku kiedyś dobrych, młodych twórcach. A że sprawa nie jest prosta to wiadomo nie od dzisiaj, ale czy ktoś mówił że życie jest proste...

Problem jest złożony i nie można wrzucać wszystkich do jednego worka - tych, którzy z różnych powodów zamilkli oraz tych, którzy głos w polskim kinie zabierają, ale w innej formie i estetyce. Nie widzę nic złego w tym, że ktoś reżyserię filmową zamienił na teatralną - jeśli lepiej się z tym czuje, to ok. lepiej niech ktoś zobi jeden, ale porządny film, niż tuzin gniotów z publicznych pieniędzy. Inna kwestia to siła przebicia i promocja własnych filmów. Pan Maciejewski wywołał ten temat pisząc o "rodzimym piekiełku". Za fakt, że jakiś film przeszedł bez echa w Polsce nie musi być odpowiedzialny sam twórca. Więc tym bardziej nie widzę powodu dla krytyki takiej osoby. A twórcy seriali.... no cóż, nie każdy lekarz musi być chirurgiem na ostrym dyżurze, niektórzy wolą pracę w klinice chirurgii plastycznej. Kwestia wyboru.
I na koniec: Tomasz Schuchardt w jednym ze swoich wywyiadów stwierdził, że festiwale europejskie różnią się tym od festiwali polskich, że w przypadku tych pierwszych recenzenci skupiają się na dobrych filmach, mówiąc o ich zaletach, walorach i mocnych stronach, a w przypadku polskich festiwali nacisk kładzie się na wytykanie błędów i potknięć "słabych" filmów, zamiast mówić o tych, które warte są obejrzenia.
I dlatego pewnie ciągle jestesmy rozczarowani......

Taaa, szkoda że Niewolski zniknął.

Bardzo ciekawy artykuł! Dziękuję, panie Maciejewski.

dobrze ze ktoś zadaje pytanie o nieobecnych, zapewne sami z trudem mogą teraz się samowolnie wypowiadać

a to zdjęcie gdzie?

Zgłoś nadużycie

Opisz, dlaczego uważasz, że ten wpis nie jest zgodny z regulaminem serwisu:

newsy

zobacz wszystkie newsy

gorące newsy

magazyn