Hollywoodland: Więcej, mocniej, teraz!

Filmweb   |   autor: Bartosz Staszczyszyn   |    |   Artykuł
Powrót do cyklu "Underworld" pokazuje, że filmowe serie zniewalają zarówno fanów, jak i twórców. Mają w sobie ten rodzaj magnetyzmu, który raz uwiedzionego widza czyni niewolnikiem i donatorem.

photo.title "Ten dzień musiał nadejść" – informuje w zwiastunie "Underworld: Przebudzenie" Kate Beckinsale. Skoro musiał, to nadszedł. Seleny nie było sześć lat (choć w filmowym uniwersum spała dwa razy dłużej), ale teraz wraca: wypoczęta, bojowo nastawiona i w czarnym lateksie. Grana przez Kate Beckinsale seksowna wampirzyca, która nie kłania się drewnianym kołkom, wilkołakom i zdradzieckim przedstawicielom swej krwiopijczej rasy, na parę lat zniknęła z kinowych ekranów, by zebrać siły do kolejnego starcia. I choć w międzyczasie miano wampirzycy-alfa próbowała przejąć Rhona Mitra ("Underworld: Bunt Lykanów"), dziś fani serii wiedzą to, o czym przekonuje pewna polska celebrytka: królowa jest tylko jedna!

Zagraj to jeszcze raz

Popularność nowych serii filmowych  dla kinomanów-defetystów może być dowodem (kolejnym po tymczasowym triumfie technologii 3D) uwsteczniania się sztuki filmowej. Wszak jeśli wierzyć opasłej "Encyklopedii kina" cykl filmowy to "popularny zwłaszcza w pierwszych dekadach kina zbiór oddzielnych filmów (…), nie tworzących jednak konsekwentnego ciągu fabularnego". Czyżbyśmy więc cofali się w rozwoju do czasów, w których kino było rozrywką jarmarczną? I tak, i nie. Encyklopedii wierzyć trzeba warunkowo: owszem, złote czasy filmowych cykli przypadały na okres filmowej prehistorii, a o seriach realizowanych przez studio Columbia w latach 1926-1955 Gene Blottner napisał całkiem interesującą książkę, ale miewały się one dobrze prawie zawsze. Bez filmów o Draculi i Frankensteinie nie byłoby kultowego studia Hammer, Japończycy nie mieliby się czego bać, gdyby nie wytwórnia Toho i kręcone przez nią kolejne starcia Godzilli. Gdyby nie cykl George'a Lucasa o "Gwiezdnych wojnach", hollywoodzcy producenci byliby ubożsi o przeszło 4 miliardy dolarów, bez "Doktora Kildare'a" nie byłoby "Ostrego dyżuru" i "House’a", a gdyby nie "Harry Potter", rodzimi egzorcyści musieliby skupiać całe swe duchowe moce na walce z Nergalem i księdzem Bonieckim.

Filmowe serie dobrze sobie radzą w różnych epokach kinowej historii. Zmienia się natomiast ich struktura, a im bliżej współczesności, tym ciężej znaleźć serie w encyklopedycznym stanie czystym. Dziś stanowią one amalgamat fabularnych tricków, sequel spotyka się z prequelem, reebot coraz częściej idzie ramię w ramię ze spin-offem, a filmowe serie rozrastają się w coraz to dziwniejszych kierunkach. Wszystkie przynoszą milionowe zyski, kreują gwiazdy i przywiązują do siebie społeczności fanów. Wszystkie korzystają też  z tych samych fabularnych i narracyjnych wzorców. Zawsze jest tak samo: niemożliwa miłość, śmierć bliskiej osoby, czarny charakter, na którego można zrzucić winę za wszelkie nieszczęścia. Na pierwsze odcinki historii taki zestaw w zupełności wystarcza. Potem zaczynają się schody: poznajemy brata oddzielonego w dzieciństwie, zapomnianych przyjaciół. Kiedy zaś kończą się tego typu towarzyskie warianty, producenci typują najbardziej charyzmatycznego drugoplanowego gieroja, by to on stał się bohaterem kolejnych piętnastu historii. Cykl fabularnych powtórzeń może zacząć się od nowa, a całością rządzi logika: "tak samo, tylko bardziej".

photo.title
"Harry Potter"

Tworzenie fabularnych serii z pewnością nie jest najtrudniejszą ze sztuk. Radzą sobie w tej kwestii zgrzebni rzemieślnicy i średnio zdolni artyści. Dla tych bardziej ambitnych seria jest jednak nie lada wyzwaniem. Tutaj bohaterowie bywają nieposłuszni, często wybijają się na niepodległość, a autor traci kontrolę nad opowieścią. Filmowymi sagami rządzi bowiem ten sam żywioł, co dawnymi powieściami w odcinkach, które po zdobyciu popularności wśród czytelników, traciły autorski charakter, a dalsze losy bohaterów pisane były w konsultacji z publicznością (choćby w przypadku "Tajemnic Paryża" Eugeniusza Sue). Z podobnym mechanizmem mamy do czynienia w Fabryce Snów, gdzie artystyczne plany weryfikowane są przez hollywoodzkich księgowych, którzy patrząc na rubryki przychodów, z łatwością mogą określić, czego pragną widzowie.

Epilogi i przedmowy

Na przewrotnym muralu Banksy'ego mały chłopiec przepisuje z kartki frazę Diogenesa głoszącą, iż jedna oryginalna myśl warta jest tysiąca bezmyślnych cytatów. Kino popularne przekonuje, że cytowany przez niego cyniczny Grek nie miał pojęcia o ekonomii. W świecie sequeli, prequeli, remake'ów i całej reszty fabularnych wariacji to powtórzenie sprawdza się najlepiej. Siłą filmowych serii jest wykorzystywanie wątków, toposów i schematów narracyjnych, które widz jest w stanie łatwo zidentyfikować i nadpisać. Kinowe serie korzystają więc z ograniczonego arsenału sztuczek i mechanizmów pozwalających łączyć różne opowieści i rozwijać je aż do chwili, gdy publiczność poczuje się zmęczona.

Ich twórcy działają jak sieci handlowe – najważniejsza jest marka, jej spójny wizerunek i marketingowa siła. Ekonomiczna nomenklatura jest tu zresztą na miejscu. Bohaterowie i całe uniwersa w filmowych seriach pełnią bowiem funkcję logotypu przyciągającego uwagę. Pozostają niezmienne, podczas gdy zmienia się wszystko inne: historie, okoliczności, czas. Protagoniści serii w każdym odcinku przeżywają nowe przygody ("Indiana Jones", "Szklana pułapka"), odbywają podróże w czasie ("Planeta małp", "Powrót do przyszłości") i przestrzeni ("Kac Vegas"), wreszcie – mierzą się z kolejnymi  przeciwnikami (Bond, "Rocky"). Tylko czasem zmieniają się sami bohaterowie, a spoiwem łączącym różne filmy serii staje się określony fabularny schemat ("Angielska robota", "Włoska robota").

photo.title   photo.title
"Rocky"
 
Pisząc "dalsze ciągi" przygód swych bohaterów, twórcy z Hollywood nie wahają się przekraczać granic zdrowego rozsądku. Filmowe serie nie podlegają prawidłom racjonalności i rozwijają się wedle własnej, często pokracznej logiki. Nieprzypadkowo większość spośród najbardziej znanych filmowych cyklów wpisuje się w ramy kina przygodowo-sensacyjnego oraz science-fiction. Zwłaszcza te ostatnie łatwo poddają się marketingowo-artystycznej obróbce. W fantastycznym świecie nikogo nie dziwią podróże w czasie, zaburzenia rzeczywistości i różnorodne stwory, z którymi mierzą się bohaterowie.  To właśnie science-fiction od dawien dawna przyciągała twórców skorych do tworzenia rozległych fikcyjnych światów i rozbudowywania ich wedle własnego uznania. Tutaj rządzi bowiem konwencjonalność, a wariacje, trawestacje i powtórzenia są immanentną częścią popkulturowego pejzażu. Kiedy więc H.P. Lovecraft na początku dwudziestego wieku stworzył swoją "Mitologię Cthulhu", jego fani dopisywali jej – często znakomite – kontynuacje, a gdy kilka lat temu Dmitrij Glukhovsky opublikował powieść "Metro 2033", na księgarskim rynek trafiły książki rozgrywające się w tym samym postapokaliptycznym uniwersum

Wyznawcy nadczłowieka

Choć twórcy popularnych serii filmowych zdają się wierzyć we wszystko, nie bardzo wierzą w ludzi. Zwykli śmiertelnicy nigdy nie stają się bohaterami ich opowieści. Czy ktokolwiek wyobraża sobie sagę filmową o przygodach Alvina z "Prostej historii" Lyncha albo Guido z "Osiem i pół" Felliniego? Ludzie, choć bywają poruszający i prawdziwi, w oczach filmowych gawędziarzy nie są na tyle ciekawi, by poświęcać im całe cykle. Kultura popularna, której wykwitem są filmowe serie, sięga więc po nadczłowieka i to jego czyni centrum opowieści.

W "Casino Royale" Fleming ustami Mathisa mówił do Agenta 007: "żyj wśród istot ludzkich, mój drogi Jamesie. Łatwiej walczyć za nie niż w imię zasad. Ale… nie rozczaruj mnie, sam stając się ludzki. Utracilibyśmy wspaniałą maszynę!". Sam Fleming nie opowiadał zatem o człowieku, lecz superbohaterze, sięgając przy tym do archetypów: jego Bond był rycerzem, M – królem, a przeciwnicy – dwunożnymi wcieleniami złego smoka z dawnych baśni. Angielski pisarz nie jest zresztą osamotniony w swej fascynacji nadczłowiekiem. Bohaterowie sag filmowych to jednostki przerastające przeciętnych zjadaczy chleba. Niezależnie, czy mamy do czynienia z Supermanem, Spider-Manem, Blade'em czy też z bardziej przyziemnymi reprezentantami filmowej elity – Rockym Balboą,  Johnem Rambo, Ethanem Huntem ("Mission Impossible") czy Johnem McClane'em ("Szklana pułapka") – wszyscy oni są silniejsi, odporniejsi, bardziej odważni i sprawniejsi od każdego z nas.

photo.title   photo.title
"Mission Impossible"

Protagoniści najsłynniejszych filmowych ciągów wyjęci są z normalnego porządku. Funkcjonują na uboczu, wyrzuceni na margines społeczeństwa rzadko podzielają kanon powszechnie wyznawanych zasad. W brutalnej rzeczywistości (świat serii nie może przecież być spokojny) to oni są źródłem sprawiedliwości, sędziami i wykonawcami wyroków (choć kolejność działań procesowych zazwyczaj bywa zaburzona). Superbohaterowie nie odwołują się do społecznych norm, by uzasadnić swoje działania. Przeciwnie – wyklęci przez współmieszkańców sami ustanawiają własne standardy moralne.

Mają do tego pełne prawo, bo koniec końców to oni okazują się naszymi zbawicielami. W filmowych seriach aż roi się od mesjaszy różnych płci. Jedną z żeńskich przedstawicielek zbawicielskiej socjety znajdziemy także  w nowym "Underworld: Przebudzenie". Mała dziewczynka, której ratowaniem zajmuje się dzielna Selena, jest jedną z niezliczonych mesjańskich figur występujących w kinie popularnym. "Czegokolwiek od niej chcą, warto za to umrzeć. Ona jest kluczem do wygrania tej wojny" – przekonuje lateksowa wampirzyca, a my nie mamy powodów, by jej nie wierzyć. Zwłaszcza, że kinowe sagi oswoiły nas z wątkami mesjańskimi (w "Gwiezdnych wojnach" mieliśmy nawet chłopca narodzonego z dziewicy). Bo kino popularne uwielbia sięgać do schematów na trwałe wpisanych w historię kultury, do parareligijnych narracji, dawnych opowieści o bogach i herosach.

photo.title
"Gwiezdne wojny"

Odwołują się do nich także młodzi twórcy, którzy coraz częściej dochodzą do głosu w Hollywood. Urodzeni w końcówce lat sześćdziesiątych i na początku następnej dekady reżyserzy i scenarzyści otwarcie przyznają, że wychowali się na popularnych komiksach i telewizyjnych serialach, a ich artystyczną wrażliwość i twórcze rzemiosło kształtowały lektury popularnych serii ("Star Trek", "Gwiezdne wojny").

Len Wiseman, producent i scenarzysta "Underworld" przyznawał w jednym z wywiadów, że wychowywał się na adaptacjach powieści Philipa K. Dicka. Jego współpracownik, Kevin McBride, był współautorem kultowego serialu "Po tamtej stronie" nawiązującego do produkcji telewizyjnej z lat sześćdziesiątych, a jeden z autorów scenariusza "Underworld: Przebudzenie" (reprezentant ciut starszego pokolenia), Michael J. Straczyński, w przeszłości pracował nad "Strażnikiem Teksasu" i filmowo-serialową sagą "Babylon".

Amerykańscy twórcy, którzy odpowiadają dziś za filmowe serie, to przedstawiciele generacji oswojonej z popkulturą i przez nią ukształtowanej. Rówieśnicy Wisemana (rocznik ‘73), Roberto Orci i Alex Kurtzman, którzy stali za "Legendą Zorro", "Mission Impossible III", dwoma częściami "Transformersów" i "Star Treka", dziś świetnie odnajdują się jako producenci seriali. Rok młodszy Michael Dougherty ("X-Men 2", "Ulice strachu: Krwawa Mary", "Superman: Powrót") przyznaje, że jego filmowe pasje wzięły swój początek z komiksu, a twórca mrocznych opowieści o Batmanie – Christopher Nolan – w wywiadzie udzielonym MTV przyznawał, że "Gwiezdne wojny" zmieniły jego życie i sposób myślenia o popkulturze.

photo.title   photo.title
"Transformers"

To oni stoją dziś za najważniejszymi dziś filmowymi seriami. Przedstawiciele pokolenia remake’u, wychowani na komiksie i B-klasowym kinie gatunków, stawiający pierwsze kroki w telewizyjnym serialu, znakomicie rozumieją logikę filmowych sag. Wiedzą o tym, o czym przed laty pisał Umberto Eco: że popkultura wyzwala tyle energii i daje tyle przyjemności, że "hipokryzją  byłoby negowanie satysfakcji, jaką jest w stanie dostarczyć". Zwłaszcza w ostatniej, kryzysowej dla kina dekadzie, gdy zyski wytwórni topniały, a najwięksi hollywoodzcy gracze stawali na skraju bankructwa, filmowe serie okazywały się strzałem w dziesiątkę. Nie dość, że korzystały ze sprawdzonych po wielokroć, a zatem pewnych, przepisów, to dostarczały widzom tego szczególnego rodzaju spełnienia, które bywa uzależniające.

zobacz też:

komentarze

Dodaj komentarz

Uważa, że jest dowcipny?

do tego pretekstem do artykulu jest taka nedzna seria jak underworld

@krokiet69@
ironicznie - czy w redakcji znajdują się jacyś dilerzy???? Bo czasami odczuwam czytając was że ktoś odlatuje w inny wymiar pisząc.
Autorowi chodziło pewnie że w obu filmach był schemat czegoś do wykonania w sposób precyzyjny do perfekcji (tak jak są robione seriale). Tyle jestem wytłumaczyć w sposób....logiczny???

Faktorio

Autor przecież uważa, że "Włoska Robota" i "Angielska robota" to "seria,którą łączy różny schemat fabularny", czyli nie wie o czym pisze. Anglojezyczny tytuł "Angielskiej roboty" to "The Bank Job". Nie ma nic wspólnego z "Włoską robotą" (oprócz Stathama, który jednak we włoskiej robocie niemalże statystował, a w w angielskiej był wiodącą postacią) Autor zasugerował się zapewne polskojęzycznym tytułem, wymyślonym przez rodzimego dystrybutora- pewnie by się kojarzył ze starszym hitem. Już nie wspominając, że "The Bank Job" rozgrywa się na początku lat 70 i jest na kanwie prawdziwych wydarzeń, zaś "italian job" to rozgrywająca się współczesnie bajeczka, która jest kompletnie zmyślona. Reasumując filmy nie mają ze sobą nic wspólnego, a autor się nie popisał.

O zwykłych ludziach jest cała masa tasiemców trwających nierzadko dłużej niż kilka serii filmowych razem wziętych, które bądź co bądź nie byłyby produkowane gdyby nie oglądalność. Więc dajcie sobie spokój z tymi "zwykłymi ludźmi" chociaż w takich filmach. Ile można. :/

falconeti88_2
popieram Cię ;]

Chciałem dać jakieś przykłady filmów, chodź nie do końca wiem co by się nadawało. Z książek to polecam Przestrzeń objawienia - rewelacyjny cykl hard scifi z domieszką starej dobrej szkoły Lowecrafta że zło czai się gdzieś w przestrzeni. Z gier to jednogłośnie Mass Effect. Swoją drogą kiedyś czytałem że takie oparcie fabuły o jakieś przedwieczne zło czające się w galaktyce, wpływające na całe cywilizacji, to jest osobny podgatunek scifi, ale zapomniałem jak on się nazywa.

Matrix bym nigdy nie podpisał pod cyberpunk. Gdyby film był bez elementu maszyn to by w pełni się wpisywał w ten gatunek, ale tak to przynajmniej dla mnie jest gdzieś między postapokaliptycznym a softscifi. Z Diuną też można było by się sprzeczać, nie mniej jako przykład dość znany można ją naciągnąć pod Hard, w jego takiej luźnej domieszce.

@ Mag_OZ
Ani Matrix ani Diuna nie są reprezentantami Hard Sci-Fi. Matrix jest wręcz książkowym przykładem cyberpunku, a Diuna to soft Sci-Fi. Hard Sci-Fi to np. "Kontakt" Sagana, czy inne książki i filmy, gdzie wizja przyszłości jest wysnuta na podstawie realnych naukowych przesłanek.

Matrix bardziej podchodzi pod soft sci fi, nie mniej można się w nim doszukać pewnych cech dla wersji hard. Ale inne przykłady to z książek chodźby Przestrzeń objawienia.

Artykuł naprawdę porządny, daje dużo do myślenia. Nie zgadzam się tylko z fragmentem o 'wyznawcach nadczłowieka'. Wg mnie to nie jest kwestia wyznania, a świadomość tego co oczekuje widz/czytelnik/gracz. Po ciężkim dniu, chciałby wrócić do domu, i na kanapie przed TV czy w fotelu z książką uciec w świat bądź co bądź fantasy niż czytać w zasadzie kalkę swojego życia. Tak nasza kultura jest stworzona i to nie jest znak naszych czasów a cecha naszego całego gatunku w ujęciu jego kultury (chodź by przykład Iliady i Odysei czy legend chińskich).

@filmonieznawca
sztuka jako całość od zarania dziejów w 90% była oparta na zwykłym biznesie, zresztą jak całe nasze życie. Wczoraj, dzisiaj i jutro.

@slawek1207
No offence ale dokształć się najpierw w zakresie gatunków sztuki tak książek jak i filmów a później pisz takie 'rzeczy'. Sci-fi (fantastyka(!) naukowa i fantasy to podgatunki fantastyki. Tak więc Star Wars i Władca pierścieni to przedstawiciele w szerszym spojrzeniu jednego gatunku.
Dalej science fiction (fantastykę(!) naukową) dzielimy na:
- space opery (Star Wars)
- hard scifi (Matrix, Dune)
- cyber punk (Bladerunner)
- steam punk
- historię alternatywną
- świat postapokaliptyczny (Mad Max)
Tak więc to do czego piejesz to jest tylko kawałek (hardscifi) z całego podgatunku.

z tego artykulu spokojnie mozna by zrobic kilka osobnych... za duzo watkow; nie wiadomo na czym sie skupic... prequele, sequele, remake'i, serie itd itd byly i beda, bo 90% filmu wspolczesnego to biznes: bilety w kinie, plyty dvd, wykup projekcji przez stacje TV, gadzety, zabawki, plakaty na ebay'u/allegro itd plus portale ktore udostepniaja ogladanie odplatnie, czy tez pobieranie... cala fura pieniedzy, a oni licza tylko dochod z projekcji kinowej i sprzedazy dvd czy blueray'a; odnoszac sie do seriali rownie dobrze mozna by powiedziec, ze nie byloby miodowych lat gdyby nie flip i flap - calkowicie ironicznie; tak to juz jest ze istniejace dziela sa inspiracja dla kolejnych... wiec sumarycznie, artykul tak na prawde o niczym;

@elMCmarco
"Brazilian Job" już powstało, tyle że pod nazwą "Fast Five" :)

wydaje mi się, że termin "science fiction" jest ostatnio niezwykle nadużywany i ludzie rozciągają jego znaczenie na tematy pokrewne typu fantasy, political-fiction itp. W życiu nie wrzuciłbym Lovecrafta, Tolkiena, C.S. Lewisa, Sapkowskiego czy jakiś innych autorów czerpiących z folklorystycznych legend do fantastyki naukowej. Gdzie w Cthulu i całej tej fantazji aspekt naukowy? Czy naprawdę tak trudno rozróżnić tematy związane z nauką, gdzie "bujanie w obłokach" ma pewne oparcie w nauce/technologii i istnieje większe/mniejsze prawdopodobieństwo by stały się one rzeczywistością: cyberpunk, genetyczny rasizm (Gattaca), kolonizowanie kosmosu, klonowanie człowieka, czy nawet teleportacja; od tematów opartych na wierzeniach, legendach ludowych, itp? Thriller to nie horror, choć są to gatunki zbliżone. Dlaczego więc tak trudno rozróżnić sci-fi od fantasy?

Anakin miał ojca(ów) - midichloriany. :p Jakoś "tam" wejść musiały więc dziewictwo wątpliwe - nawet jeśli tylko przeniknęły przez "zaporę strażniczą". ;)

Strasznie meczący tekst, bełkotliwa narracja i pseudo intelektualne zwroty.

To Anakin był narodzony z dziewicy, nie Luke.

a kto twierdzi, że był? obejrzyj sagę jeszcze raz, zamiast głupoty pisać :)

Nie wiedziałem, że Luke Skywalker był narodzony z dziewicy. Lecz jeśli tak było to dlaczego Darth Vader mówił że jest jego ojcem?

Ciekawy artykuł

nej'

Świetnie napisany artykuł

Artykuł jest CO NAJMNIEJ średni, nie mniej podoba/ł mi się zamysł, sama idea, pomysł na artykuł - można z tego naprawdę wyciągnąć - w dzisiejszych czasach i filmy made in Holiłud - jakieś ciekawe wnioski. Ogólnie Faktorio to nieźle ujął: "Artykuł, a właściwie tekst, niespójny[...]".

Fajny artykuł. Nikt nie interesuje się zwyczajnymi ludźmi tylko herosami, którzy z nami mają nie wiele współnego. No może poza wyglądem i słabościami.. ;)

serią do Italian Job będzie Brazilian Job ale i obsada będzie bez większych zmian... ;)

@Olexy89 na pewno oglądał i dlatego właśnie tak napisał. Oba filmy opowiadają o niemożliwym skoku i mają adekwatne do siebie tytuły. To obecność stathama jest przypadkowa.

Artykuł, a właściwie tekst, niespójny i pisany na siłę. Brak jakiejś sensownej myśli przewodniej, samo rzucanie tytułami i opisywanie co w nich się dzieje nie jest jeszcze artkułem.

Jedna sprawa, "Angielska Robota" i "Włoska Robota" to całkowicie dwa filmy, mające jedynie wspólnego Stathama... tu autor popełnił faila udowadniając że nie oglądał ich :D

Zdjęcie Harry'ego to okładka z gry :) A artykuł fajny.

Tu akurat mają rację

Zgłoś nadużycie

Opisz, dlaczego uważasz, że ten wpis nie jest zgodny z regulaminem serwisu:

zmierz Twój gust filmowy!

Oceń 50 filmów, a otrzymasz rekomendacje filmów w Twoim guście!

1977
1997-03-21
1977-05-25
2001
2002-01-18
2001-11-04
2012
2012-01-20
2012-01-19
1999
2012-02-10
1999-05-19

newsy

zobacz wszystkie newsy

gorące newsy

magazyn