Filmweb sp. z o.o.
http://www.filmweb.pl/article/Kilka+pi%C4%99ter+do+piek%C5%82a-92647
Łukasz Maciejewski
Filmoznawca, krytyk filmowy i teatralny. Współpracownik kilkunastu czasopism m.in. "Filmu", "Teatru", "Dziennika", "Magazynu Filmowego SFP". Ekspert HBO oraz PISF, członek FIPRESCI, współpracownik TVP Kultura. Moderator, juror i współorganizator kilkuset festiwali i przeglądów. Autor lub współautor kilkunastu książek. W 2012 opublikował wywiad-rzekę z Jerzym Radziwiłowiczem - "Wszystko jest lekko dziwne" oraz zbiór esejów "Aktorki. Spotkania". Laureat nagród "Uskrzydlony" (2011) oraz Złotej Róży (2012).

Kilka pięter do piekła

  • Filmweb
  • Artykuł
Wystarczyło zaledwie kilka tytułów, żeby Wojciech Smarzowski znalazł się w gronie najważniejszych twórców polskiego kina. Stał się punktem odniesienia. Jego niełatwe, naznaczone wyrazistym stylem filmy zdobywają liczne nagrody, a przy okazji gromadzą imponującą, kilkusettysięczną widownię. Z wchodzącą do kin "Drogówką" będzie podobnie.

MIASTO ZMĘCZONE JAK JA


smarzowski_wojciech4.jpg
Powiedzmy to od razu: to świetne, trzymające w napięciu kino policyjne. Kto będzie chciał, odnajdzie w filmie jedynie to, co na wierzchu. Akcja dynamicznie sunie do przodu, jest śmiesznie, czasami groźnie. Siedmioro przyjaciół z warszawskiej drogówki bierze "w łapę", umawia się na panienki, pije na umór. Zręcznie zaaranżowana sytuacja dramaturgiczna stanowi jednak pretekst do uniwersalnej opowieści o bezradności jednostki wobec zła, stanowiącej przewodni temat kina Smarzowskiego od pierwszych, samodzielnych realizacji: "Małżowiny", "Kuracji", poprzez "Wesele", "Dom zły" i "Różę".

Ze mną jest tak, że kiedy wstaję rano, świat wydaje mi się piękny, a ludzie dobrzy; popołudniami świat podoba mi się znacznie mniej, ludzie też jacyś mniej przyjemni; a wieczorami  z tą wiarą w dobro bywa słabo. Tyle tylko że w moim przypadku wieczór może trwać zarówno pięć minut jak i pięć lat. Ale poranek też może być długi, nieskończenie długi – podkreśla twórca "Drogówki"*.

W jego filmach nie wychodzimy z reguły zbyt daleko poza wąskie, sportretowane bez retuszu środowisko. Strażacka remiza, w której odbywało się wesele córki Wojnara, mieszkanie Róży Kwiatkowskiej, wreszcie "Dom zły" Dziabasów mają w "Drogówce" zmęczone i skacowane twarze funkcjonariuszy policji oraz zmęczonego i skacowanego miasta – Warszawy. Żadnych kojących widoków na Krakowskie Przedmieście czy Ogród Saski. To Warszawa z genialnej piosenki T. Love, w której każdego dnia "Grochów się budzi z przepicia / wypity alkohol uderza w tętnice / autobus tapla się w śniegu".

Właśnie na takim tle Smarzowski portretuje siedmioro bohaterów, świetnie zagranych przez sprawdzony tandem jego ulubionych aktorów (Topa, Braciak, Jakubik, Lubos, Wabich, Dorociński, Kijowska), których łączy nie tylko wspólna praca. Są kumplami, chodzą na imprezy, pożyczają od siebie pieniądze. Dookoła świat jest "odrażający, brudny i zły", im samym również daleko do świętości, niemniej koleżeńska relacja stanowi wartość samą w sobie. Ocala ten syf.

drog2.jpg
 
drog3.jpg

"Drogówka"

Konwencja gatunkowa, której reżyser trzyma się mocno, każe podejrzewać, że za chwilę nastąpi bolesna narracyjna przewrotka. Tak jest w istocie. Smarzowski obnaża rusztowania rojeń o polskim Hollywood. Jego wariacja na temat oskarżonego i ściganego nie jest tak brawurowa jak w amerykańskich filmach akcji, została bowiem dostosowana do naszych realiów, uwiarygodniona poprzez okrucieństwo psychologicznego rysunku.

"Drogówka"
ma klasyczną ramę: sierżant Ryszard Król (Bartłomiej Topa) za wszelką cenę usiłuje udowodnić niewinność, a odkrywając mroczną podszewkę przestępczych powiązań na najwyższych szczeblach władzy, budzi się z letargu. Niby tego rodzaju rozwiązania widzieliśmy w kinie wielokrotnie, ale Smarzowski, poza rzadką biegłością warsztatową, proponuje odmienny epilog. Jest nim obywatelska bezsilność: prawda nigdy nie ujrzy światła dziennego, a idealizm wierzących w praworządność młodych ludzi, wcześniej czy później zostanie zastąpiony  rozczarowaniem lub cynizmem. Nie ma innej drogi.

drog1.jpg

"Drogówka"

Czy zatem prowokacją są zdania reżysera wyjęte z eksplikacji "Drogówki" ("najważniejsza dla mnie jest opowieść o ludziach, o człowieku, o wartościach")? Nie, ponieważ po seansie zostajemy mimo wszystko z obrazem budzącym nadzieję. Smarzowskiemu obce jest sentymentalizowanie, ale powtarza nam po raz kolejny, że nie ma takiej emocjonalnej nędzy, której nie można pokonać siłą osobowości. I że prawda, jakkolwiek byłaby bolesna i jak wielkich wymagałaby poświęceń, może się jednak obronić. Z podobnym uczuciem żegnaliśmy bohaterów "Róży", "Kuracji" czy telewizyjnego spektaklu "Cztery kawałki tortu".

QUENTIN SMARZOWSKI

Wojciech Smarzowski jest rówieśnikiem Quentina Tarantino. Obaj urodzili się w tym samym 1963 roku. Nie chciałbym ryzykować zbyt daleko posuniętych analogii między tymi twórcami, ale o kilku sprawach warto napisać. Obaj są filmowymi erudytami, biegle korzystają ze sprawdzonych, niekiedy zużytych  filmowych matryc, klisz gatunkowych, żeby nadać im zupełnie nowy wymiar. Odkryli nowe aktorskie gwiazdy lub przywrócili świetność kilku zapomnianym  nazwiskom. Są poważnymi autorytetami, którzy, zdaje się, naprawdę kochają to, co robią. Kino cieszy ich i fascynuje. Tarantino jest znany na całym świecie, Smarzowski głównie u nas. To żadna ujma. Jako kinoman jestem szczęśliwy, że mamy go (prawie) na wyłączność.

rózna.jpg
 
3735b887-4543-4e44-b065-ed2242cba7d0.file.jpg

"Róża"

Przyszłego twórcę "Róży" fascynowała fotografia, krótko studiował filmoznawstwo na Uniwersytecie Jagiellońskim, w połowie lat osiemdziesiątych rozpoczął studia na Wydziale Operatorskim Szkoły Filmowej w Łodzi. Krótka etiuda szkolna Smarzowskiego z 1991 roku, "Fire Inside", wykorzystująca nagrania popularnego wówczas rockowego zespołu Blietzkrieg, sprawia wrażenie nieudolnie inscenizowanego, przypadkowego montażu sztucznie powiązanych ze sobą scen. Kompletna klapa.

Nie sprawdził się również jako autor zdjęć etiud Andrzeja Deca czy Piotra Kuzińskiego, razem z Łukaszem Karwowskim, przyszłym twórcą "Kac Wawy", współpracowali nad "Pożądaniem" Ireneusza Musiałowicza. Wszystko bez znaczenia – zapomniane tytuły, zapomniane nazwiska. Jednak Smarzowski przetrwał.

Najpierw realizował reportaże, kręcił teledyski, między innymi dla Golden Life i zespołu Rezerwat. Jeden z jego wideoklipów, "To nie był film" zespołu Myslovitz (promujący "Młode wilki ½" Jarosława Żamojdy), przyniósł mu statuetkę Fryderyka. Smarzowski zrobił także making of do "Gier ulicznych" Krzysztofa Krauzego, w końcu nakręcił hybrydalną "Małżowinę" i wyrafinowany Teatr Telewizji – "Kurację" według prozy Jacka Głębskiego.

114185872_640.jpg

kadr z teledysku "To nie był film"

Już na studiach pisałem scenariusze, już wtedy przeczuwałem, że tak naprawdę interesuje mnie opowiadanie swoich historii, a nie filmowanie cudzych – podkreśla reżyser – Mam pewność, że każde z moich doświadczeń było cenne, coś mi dało, w czymś pomogło. Na planie "Gier ulicznych" nie zrobiłem dobrego making of, ale po pierwsze poznałem Mariana Dziędziela, a po drugie nauczyłem się od Krzyśka Krauzego, jak montować dźwięk. Znałem tajemnice montażu obrazu, ale Krzysztof pokazał mi kilka zabiegów realizacyjnych, które uruchomiły coś nowego w mojej głowie, równolegle pojawiła się "Małżowina". Miałem marzenie, żeby zrobić ten film w jednym kadrze – chyba jeszcze przed Jarmuschem. Nie udało się, zabrakło zaufania decydentów i producentów do debiutanta; z perspektywy czasu myślę, że może i dobrze się stało. Film nakręciliśmy w dziesięciu kadrach. Kolejny etap – "Kuracja". Szkoła pracy z wieloma aktorami. "Kuracja" dostała ważne nagrody, ktoś uznał, że można mi już powierzyć pieniądze na dłuższą wypowiedź filmową. Nakręciłem "Wesele", a w głowie cały czas kiełkował "Dom zły". I tak to się toczyło.

Mało znany, zapomniany debiut Wojciecha Smarzowskiego, był oryginalnym eksperymentem. "Małżowina" jest portretem szarpiącego się z rzeczywistością pisarza (zagrał go poeta, Marcin Świetlicki), cierpiącego na zanik twórczej weny. "M." wynajmuje mieszkanie mające przywrócić mu wewnętrzny ład i sprowokować literacką wyobraźnię.

Smarzowski: Kiedy kręciłem "Małżowinę", mieliśmy zaledwie osiem dni zdjęciowych. Mniej więcej w połowie zdjęć zdałem sobie sprawę, że to jednak ja jestem dla Marcina Świetlickiego, a nie odwrotnie. Przestałem myśleć operatorsko. Przez pierwsze dni po prostu kadrowałem Świetlickiego, potem nastąpił przełom. Zacząłem z nim rozmawiać. Tak wyglądała moja prawdziwa szkoła filmowa, przyśpieszony kurs reżyserii.

images.jpg

"Małżowina"

W "Małżowinie" po raz pierwszy u Smarzowskiego pojawili się aktorzy, którzy odtąd będą stanowili podstawę "teamu Smarzola": Elżbieta Jarosik, Marian Dziędziel, Krystyna Rutkowska-Ulewicz, Arkadiusz Jakubik. Obok Marcina Świetlickiego, drugą ważną rolę zagrał w tym filmie Maciej Maleńczuk, który mówił później: Reżyser Wojciech Smarzowski jest ciekawym typem. Ciekawe, co on teraz porabia? Pewnie kręci reklamówki i klipy dla jakiegoś gównianego britpopu.

Maleńczuk niewiele minął się z prawdą. Smarzowski rzeczywiście kręcił reklamówki i seriale (najpierw telenowelę "Na Wspólnej", potem "Brzydulę" i drugi sezon "Londyńczyków"), jednak sześć lat po zrealizowaniu "Małżowiny" na festiwalu w Gdyni pokazał "Wesele". I to był przełom.

A TO POLSKA WŁAŚNIE

Obejrzałem "Wesele" kilka miesięcy przed pokazem na festiwalu w Gdyni. Usłyszałem wówczas od dystrybutora, że to naprawdę nic specjalnego, kolejna nieudana polska komedia i że zostanie wprowadzona do kin chyłkiem, z pewnym zawstydzeniem. Podchodziłem zatem do "Wesela" sceptycznie, ale już po kilkunastu minutach seansu nie miałem żadnych wątpliwości. Z sentymentem wspominałem "Małżowinę", ale "Wesele" startowało w innej, o wiele ważniejszej kategorii. Nie miałem wątpliwości, że oglądam film, który przejdzie do historii.

wesele3.jpg
 
wesele7.jpg

"Wesele"

Od pierwszych scen wchodzimy w posępny świat, w którym konkordatowe małżeństwa szczerze się nienawidzą, ojciec kocha przede wszystkim pieniądze, a matka wspomnienie o sobie – młodszej o kilkadziesiąt kilogramów. Lokalne podfruwajki marzą o zrobieniu "loda" komuś nieco bardziej światowemu, wszyscy pozostali marzą, żeby wreszcie się napić, żeby zapomnieć. Za chwilę wszyscy są pijani, wrzeszczą jedni przez drugich, są równie niewiarygodni w tym, co mówią, czynią i co czują. Portret Polski, jaki wyłania się z filmu Smarzowskiego, to przekłuty balon pychy osobistej, narodowej i chorobliwego zakłamania.

Akcja filmu Smarzowskiego, podobnie jak akcja dramatu Wyspiańskiego, rozgrywała się w ciągu jednego dnia w ponurej, pstrokato przystrojonej remizie. Do opisanych przez Stanisława Wyspiańskiego przywar polskiego charakteru Smarzowski dodał fetysz posiadania. To nic, że na biesiadnym stole wódka jest raczej z tych najtańszych, sprowadzona ze Słowacji, bez akcyzy; nieważne, że szynka ma, jakby napisał Słonimski, "zielonkawy kolor marengo w czerwony rzucik", ważne to, co na wierzchu – zastaw się, a postaw się. Figurki w polskiej szopce wciąż miarowo podskakują, rozmowy przypominają chaotyczne dialogi z "Wesela", wszyscy mówią, nikt nie słucha, bo naprawdę każdy mówi o sobie do siebie. A kiedy po weselnej przyśpiewce o "Białym Misiu" nieoczekiwanie kapela uderza w tonację patriotyczną, inicjując wspólne odśpiewanie "Roty", nikt nie ma złudzeń, że polskie wesele nigdy się nie skończy.

wesele5.jpg
 
wesele4.jpg

"Wesele"

Na przykładzie tego tytułu widać, że Smarzowski pozostaje wierny nie tylko aktorom, ale także formalnym konceptom. W "Weselu", podobnie jak w "Domu złym" czy w "Drogówce", mieszają się sceny nieodparcie śmieszne i dojmująco smutne. Użycie wszędobylskiej kamery ręcznej zostało powtórzone w "Drogówce", zaś kilka nakładających się warstw dramaturgicznych i czasowych stanowiło atut "Róży" i "Domu złego".

Odtwórca roli Wojnara, Marian Dziędziel, wspomina: "Wesele" to był napęd. Uwierzyłem w siebie. Dowiedziałem się, że stać mnie na więcej, niż mi się zdawało. Aktor, nawet najlepszy, może całe zawodowe życie dryfować z pięknym marzeniem, że wkrótce spotka go niezwykła szansa, udowodni, co potrafi. Tylko że często taka szansa w ogóle się nie pojawia. Mnie się udało. Na planie "Wesela" czułem się jak pacjent, który spotykał się z lekarzem mającym w rękach precyzyjne zdjęcie rentgenowskie.

Arkadiusz Jakubik, filmowy notariusz Janocha, dodaje: Nie ma się co oszukiwać, przed "Weselem" byłem kojarzony przede wszystkim jako "debil z Polsatu". Aktor ma tylko jedną twarz. Naprawdę nie sądziłem, że "13 posterunek" będzie miał aż taką siłę rażenia, że będę kojarzony wyłącznie z rolą wariata z rozwianymi kudłami i metalową ręką. Wpadłem do szuflady z napisem "Rysio", z której nikt nie chciał mnie wyciągnąć. Kiedy na horyzoncie pojawił się Smarzowski, ja już prawie pogodziłem się z tym, że będę zawsze błaznem z sitcomu.

53429.1.jpg

"Wesele"

Pracując ze Smarzowskim, aktor ma poczucie, że jest twórcą – twierdzi Agata Kulesza, odtwórczyni tytułowej roli w "Róży"Kiedy po premierze spotykałam się z dziennikarkami, kilka razy przydarzyła mi się identyczna historia. Płakałam ja, płakały one. To prawdziwe emocje.

NOC DO INNYCH NIEPODOBNA

O ile w "Weselu" nerwowy chichot widowni znieważał portretowane przez reżysera bez litości prawidła ludzkie i weselne, które rozbebeszały się w upiornym, chocholim tańcu z arcydramatu Wyspiańskiego, o tyle w "Domu złym" z 2009 roku, nie było już żadnego oddechu. Zamiast wesołego weselnego bigosu – gorzki, pędzony spirytus. Schodzimy coraz niżej, zostało już tylko kilka pięter do piekła.

Reżyser miesza dwa plany czasowe. W 1978 roku Środoń (Arkadiusz Jakubik) zainstalował się na jedną noc u małżeństwa Dziabasów (Marian Dziędziel i Kinga Preis). Bieszczady, gnojówa, błocko. Najpierw między bohaterami góruje nieufność, potem – kiedy do akcji dołącza alkohol – mrzonki o wspólnym biznesie, w końcu rozbudzone, i podwojone wódką, namiętności. Seks, przemoc i smutek. Jak w szlagierze Maanamu: "ta noc do innych była niepodobna". Ale co wtedy tak naprawdę się wydarzyło, kto podniósł siekierę, kto zabił?

z8122085Q,Marian-Dziedziel-w-filmie--Dom-zly-.jpg
 
dom.jpg

"Dom zły"

Po kilku latach, tuż po wprowadzeniu stanu wojennego, do bieszczadzkiej miejscowości i niezamieszkałego domu Dziabasów, przyjeżdżają milicjanci z oskarżonym Środoniem. Śledztwo zostaje wznowione. Pojawiają się nowi świadkowie, coraz bardziej niewygodne wątki i fakty, wszyscy, łącznie z funkcjonariuszami MO, żłopią wódkę. Pijani, zamroczeni alkoholem, usiłują dociec, co rozegrało się wtedy, pomiędzy wódką a zakąską, desperacją i mrokiem popędów. Nie odkryjemy prawdy. Nawet pozornie oczywiste fakty zapisane w kronikach policyjnych (milicyjnych) mają zawsze drugie, z reguły ciemne, ambiwalentne dno.

Wydarzeniem był również przedostatni film Smarzowskiego, "Róża", pokazana na festiwalu w Gdyni w 2011, ale wyświetlana w kinach dopiero w ubiegłym roku. Zdaniem większości widzów i krytyków to dotychczas najbardziej spełnione dzieło reżysera. Wzruszający i okrutny melodramat o uczuciu dwojga okaleczonych przez wojnę ludzi. W ukazanej przez reżysera filmowej rzeczywistości nic nie dzieje się na pewno. Brakuje jasnych, klarownych podziałów. Nie ma złych Niemców i dobrych Polaków, a dawny AK-owiec, przyjaciel głównego bohatera, staje się sadystycznym ubekiem. Niegdyś poniżeni, wysoko podnoszą głowę i sami zaczynają poniżać: znęcają się, gwałtownie ferują wyroki. Chodzi przede wszystkim o władzę nad cudzym ciałem, które można zdeprawować, zbrukać, a w efekcie zabić. Zgwałcone ciało kobiety staje się metaforą "gwałconej" historii.

30412a238d7b12ae4517dba9138aacc3,14,1.jpg

"Róża"

To najciekawszy, również z genderowego punktu widzenia, motyw filmu. Inaczej niż w większości wojennych obrazów przemoc w "Róży" nie przejawia się w fetyszyzacji wojennych akcesoriów, ma charakter cielesnego zbezczeszczenia, splugawionego ciała. To właśnie ciało, kobieca intymność, staje się areną najbrutalniejszych walk, frontem zniewolenia. Wojna w filmie Smarzowskiego staje się zatem wielokrotnie zbrukanym, pozbawionym godności, maltretowanym  ciałem. Ale jest także ciałem zwycięskim, niezwyciężonym.

Poniewierana, gwałcona Mazurka, Róża Kwiatkowska, w mistrzowskiej kreacji Agaty Kuleszy, wychodzi z tego starcia niewinna i czysta. To ona triumfuje, nie jej sadystyczni oprawcy.

***

Zło jest potężną i agresywną siłą, która dziwnym trafem jest zawsze na wyciągnięcie ręki. Pojawia się znienacka. Trzeba być czujnym – powtarza reżyser. Smarzowski egzystencjalnym mrokom przeciwstawia jednak tajemniczą jasność. Nieprzypadkowo jego filmy zamyka bliźniacze ujęcie. W ostatniej scenie kamera z wolna unosi się nad miejscem brutalnych wypadków. Patrzymy z góry na rozjeżdżających się biesiadników w "Weselu", śnieżne odmęty w "Domu złym", wreszcie na rozświetlone Mazury w "Róży". Po serii dotkliwych scen, po rozpaczliwej, często skazanej na przegraną walce z najgorszymi instynktami, w finale niebo się rozjaśnia, następuje symboliczne odkupienie win. Prześwit.



* Wszystkie wypowiedzi twórców pochodzą z wywiadów przeprowadzonych przez Łukasza Maciejewskiego.

zobacz też: