ZŁE WYCHOWANIE ROBERTA RODRIGUEZA
Wyzwaniem jest pisanie "na poważnie" o Robercie Rodriguezie; zupełnie jak jest nim wyczerpujące zdefiniowanie jego filmowej filozofii bez analizy dokonań Quentina Tarantino. Reżyser "Pulp Fiction" uzyskał status sztukmistrza kinowej gry konwencją i rodzaj "licencji na zabijanie" – pozwolenia na stylistyczne wycieczki daleko poza granice kiczu i przeestetyzowanej przemocy; Robert nigdy nie miał takiego szczęścia – jemu przypadła rola przewidywalnego brutala-komedianta, rozkochanego w filmach klasy B, kobietach, krwi, pastiszu bez jakichkolwiek półśrodków.
Zaczynali podobnie – bez jakiegokolwiek zaplecza i znajomości w świecie filmu, włamując się do niego tylnymi drzwiami. Gdy
Quentin zmagał się z trudami towarzyszącymi produkcji swojego pierwszego amatorskiego obrazu,
"My Best Friend’s Birthday", nastoletni jeszcze
Robert, od lat zafascynowany medium taśmy celuloidowej, jako uczeń katolickiego liceum im. Św. Antoniego w teksańskim San Antonio, zgłosił się do rejestrowania na wideo meczów lokalnej drużyny futbolowej. I podszedł do swojego zadania niezwykle ambitnie – używając niekonwencjonalnych jak na tego typu nagrania technik (gwałtowne zbliżenia, filmowanie publiczności), co w końcu zakończyło się odsunięciem go od tej funkcji. Nieudane podejście do uczestnictwa w programie filmowym podczas nauki na Uniwersytecie w Teksasie nadrobił z kolei pracą nad komiksami dla studenckiej gazety. Na łut szczęścia nie musiał jednak długo czekać i dzięki nagrodom na pomniejszych, lokalnych konkursach za amatorskie horrory i komedie udało mu się w końcu załapać na uczelniany program filmowy. Dzieckiem tego romansu była niewinna komedia
"Bedhead" z 1990 roku.
To jednak wypuszczony dopiero dwa lata później
"El Mariachi" utorował
Robertowi drogę do szerszej publiczności, przede wszystkim uwarunkowując podstawowe elementy stylu
Rodrigueza i przesądzając o dalszym kierunku rozwoju jego twórczości. Brawurowy, pełnokrwisty film akcji na tyle spodobał się szefom Columbia Pictures, że plany wyłącznej dystrybucji na terenie Meksyku, i to wyłącznie na kasetach wideo, zastąpił pomysł zaznajomienia z obrazem amerykańskiej publiczności. Budżet
"El Mariachi" musiał więc w takiej sytuacji ulec kilkukrotnemu zwiększeniu, co jednak nie było żadnym problemem, zważywszy na to, że produkcja filmu pochłonęła śmieszne 7 tysięcy dolarów. Operacja okazała się warta zachodu – obraz okazał się ogromnym sukcesem i do dziś zainkasował ponad 2 miliony dolarów.
"El Mariachi" było pierwszą odsłoną meksykańskiej trylogii
Rodrigueza. Śladem tytułowego bohatera,
Robert rozwijał tę opowieść – od pełnokrwistego pastiszu stylowego kina akcji, aż po pełen flirtów z konwencją spaghetti westernu w duchu
Sergio Leone finał –
"Pewnego razu w Meksyku: Desperado 2". Z lepszym bądź gorszym skutkiem, trudno było nie odnaleźć w tych filmach charakterystycznej dla reżysera bezwstydności w realizacji szczeniackich fascynacji, oprawionych w pstrokaciznę, sparodiowanych. To – już na etapie
"Desperado" – odróżniało go od przyjaciela
Quentina Tarantino. Gdy tamten chwytał krytyków za gardło subtelnymi operacjami na gatunkowych kliszach (często sprowadzającymi się do obecności odpowiedniego kontekstu, jednego dialogu, niecodziennego ujęcia kamery),
Robert w popkulturowym tyglu zachowywał się jak dziecko spuszczone spod czujnego oka opiekuna.
O ile w
"Desperado" manieryzmy
Rodrigueza maskowały kampowość utworu, o tyle to już następny duży projekt reżysera (nie licząc humorystycznego segmentu w
"Czterech Pokojach") był jego prawdziwym stylistycznym coming outem.
"Od Zmierzchu do świtu" udowodniło ówczesnej publiczności, że
Rodriguez jest kimś więcej niż hałaśliwym błaznem kina lat dziewięćdziesiątych – żonglerka dwoma różnymi konwencjami, w jakich prowadzona jest historia, jest na tyle wiarygodna, że nietrudno uwierzyć, iż dwie połowy obrazu wyreżyserowały dwie różne osoby o zupełnie innych gustach, temperamencie, fascynacjach. Nic z tego – dramat rodziny zmuszonej do współpracy z dwójką przestępców zmienia się w krwawy, przekraczający wielokrotnie normy absurdu festiwal z wampirami w rolach głównych. Nieświadomy widz otworzy szeroko usta ze zdziwienia – i właściwie tyle. Drugą połowę wieczoru spędzi w piaskownicy
Roberta Rodrigueza, gdzie głównym trybem spiętrzającego się pastiszu jest niewyszukana, choć efektowna jarmarczność.
"Od zmierzchu do świtu" było także kolejnym przypieczętowaniem współpracy
Roberta z
Quentinem Tarantino. Kolaboracja przy
"Od Zmierzchu do świtu" pozostawiała reżysera
"Pulp Fiction" nieco w cieniu, choć to jego nazwisko było w tamtym czasie na ustach wszystkich. Oprócz wcielenia się w jedną z głównych ról,
Tarantino był autorem scenariusza, nie pozostał również bez głosu w sprawach artystycznych na samym planie, choć było to raczej spowodowane ciepłymi stosunkami pomiędzy przyjaciółmi, niż jakimikolwiek formalnymi zobowiązaniami. W każdym razie dobre rady, jakich
Tarantino udzielał
Rodriguezowi, na pewno nie pozostały bez wpływu na ostateczny kształt obrazu – do dziś pozostaje on pod względem formalnym najciekawszym dziełem twórcy
"Desperado" i chyba najodważniejszą grą konwencją.
"Oni", którzy pojawili się na ekranach dwa lata później, zawiedli więc oczekiwania wszystkich, którzy spodziewali się powtórki z rozrywki. Trudno uznać ten miks
"Inwazji porywaczy ciał" i pastiszu licealnego horroru za coś więcej niż – igrającą nieco ze schematami, bawiącą się motywem bohaterów "popkulturowo" świadomych sytuacji, w jakiej się znaleźli, ale wciąż przewidywalną – komedię. Oprócz odchowania kolejnej generacji hollywoodzkich gwiazd (
Josh Hartnett,
Elijah Wood) trudno przypisać jej inne zasługi; jest to jeden z najmniej "rodriguezowskich" filmów; daleki od wariackiej estetyzacji brutalności czy przerysowanego humoru, nawet na moment nie opuszczający wyznaczonych przez konwencję bezpiecznych rewirów.
Tym większym rozczarowaniem była rozpoczęta w 2001 roku trylogia (która wraz z premierą przygotowywanej właśnie części czwartej zmieni się w – co najmniej – tetralogię)
"Małych agentów". Do dziś tajemnicą pozostaje, dlaczego
Rodriguez – niewątpliwie pasjonat – zdecydował się poświęcić tak dużą część swojej kariery na tak stylistycznie dalekie od wszystkiego innego, co robił, kino dla dzieci. Obsadowe atrakcje (
Antonio Banderas,
Salma Hayek,
George Clooney i
Sylvester Stallone) były raczej efektem bliskich znajomości reżysera z aktorami i nie zdołały skompensować miałkości opowieści o utrapieniach szpiegowskiej rodziny Cortezów. Film-żart, próba transplantacji rodriguezowskiego żywiołu na grunt kina familijnego, przestał bawić, kiedy zaczął służyć okazywaniu wdzięczności studiom za finansowanie kolejnych, już wyjątkowo dziwacznych projektów
Roberta. Nie okazało się to jednak skuteczne w przypadku drugiego podejścia do podobnej tematyki – nawet młodsza widownia nie dostrzegła grama wdzięku w przesadnie efekciarskim
"Rekinie i Lavie: Przygodzie w 3D".
Zanim posoka znów zaczęła beztrosko zalewać filmy
Rodrigueza, postanowił on ocucić się realizacją obrazu z jednej strony dość poważnego, a z drugiej wciąż stylistycznie niekonwencjonalnego i zajął się ekranizacją komiksu
"Sin City". Charakterystyczna kreska oryginału została wręcz z obsesyjną wiernością przeniesiona na srebrny ekran, w czym zapewne dopomogła ścisła współpraca z autorem oryginału,
Frankiem Millerem, który zresztą formalnie zasiadł na fotelu współreżysera. Był to również ostatni jak do tej pory tak bezwzględny powrót
Rodrigueza do łask krytyków, jak najbardziej zasłużony – temperament reżysera zręcznie wpasował się w estetykę kipiącej afirmacją brudu i przemocy historii noir, odbitej w pulpowym lustrze.
Film jest dodatkowo jednym z najjaskrawszych przykładów charakterystycznego dla
Rodrigueza "stylu Mariachi", czyli niemal totalnej kontroli kluczowych artystycznych elementów dzieła – dość powiedzieć, że twórca
"Desperado" w
"Sin City" zajął się oprócz reżyserii także scenariuszem, produkcją, zdjęciami, komponowaniem muzyki i montażem. Jeśliby dać wiarę tezie, że treść obrazów określonych twórców daje nam dobre podstawy do wyrokowania o ich osobowości, nie byłoby lepszego przykładu na jej poparcie niż aktywność
Rodrigueza. Podobnym pracoholizmem regularnie wykazuje się on już od czasów
"El Mariachi"; efekty takiego podejścia będziemy mogli także podziwiać podczas oglądania
"Maczety".
Ponowna kolaboracja z
Quentinem Tarantino dała okazję do powrotu w rejony śmieciowego kina. Żaden z panów nie próżnował przy "Grindhousie". Gdy
Tarantino misternie konstruował swój feministyczno-samochodowy thriller
"Death Proof", Rodriguez w
"Planet Terror" poszedł na całość i wykreował jeden z najbardziej ekscentrycznych przekrojów niemal wszystkich kiepskich konwencji kina lat 70.
Krytycy i publiczność nie przestraszyli się tymi fanaberiami, więc po kolejnej, krótkiej przygodzie z kinem familijnym (
"Kamień życzeń - magiczne przygody" z 2009 roku)
Rodriguez postawił na jeszcze drastyczniejszy, jeszcze odważniej igrający ze stylistycznymi ekstremami film. Maczeta, bohater powstały gdzieś we wczesnych latach twórczości reżysera, to cicha fantazja fanatyka kina klasy B. Gdzieś po trochu zarysowany w całej plejadzie ról, w jakie wcielał się
Danny Trejo na przestrzeni lat, po trochu, na zasadzie żartu, obecny w
"Małych agentach", w końcu nie tylko w pełnej krasie objawił się przed widzem w reklamówce przed
"Grindhouse", ale wreszcie dostał swój własny film.
Nie ma wątpliwości, że debiutujący u nas 26. listopada
"Maczeta" będzie osobistym opus magnum dla
Roberta Rodrigueza, rodzajem urzeczywistnienia swoich kampowych fetyszów po latach wplatania ich do wahającej się od ekstremum do ekstremów twórczości. To także moment, w którym kończy się rozróżnienie pomiędzy powagą a żartem w kinie
Rodrigueza, pomiędzy błahym pastiszem a błyskotliwą żonglerką w popkulturowym tyglu. Gdy
Robert De Niro wraz ze
Stevenem Seagalem ramię w ramię parodiują samych siebie z przeszłości, na tle takiej ilości tryskającej posoki, jakiej nie powstydziłyby się nawet prawdziwe
exploitation movies z lat siedemdziesiątych, wybór staje się prosty – zaakceptować lub odrzucić.
Rodriguez zapewne pozostanie na zawsze wyklętym, zmarnowanym nieco dzieckiem współczesnego kina, ale niesforności mu odmówić nie sposób.