Filmweb sp. z o.o.
http://www.filmweb.pl/article/Modelki+z+Fabryki+Sn%C3%B3w-79366
Marcin Pietrzyk
Rocznik '76. Absolwent Uniwersytetu Warszawskiego na wydziale psychologii, gdzie ukończył specjalizację z zakresu psychoterapii. Z Filmweb.pl związany niemalże od narodzin portalu, początkowo jako zwyczajny użytkownik. W redakcji od 2007 roku. Obecnie zajmuje stanowisko zastępcy redaktora naczelnego.

Modelki z Fabryki Snów

  • Filmweb
  • Artykuł
Choć bez modelek świat X Muzy po prostu nie mógłby się obejść, większość z nich traktowana jest jak zło konieczne.

Kino jest z samej  natury sztuką wizualną. Związane jest to z pięknem formy, w tym także formy ludzkiego ciała. Na przestrzeni epok definicja piękna ulegała zmianie, ale leżące u podstaw kanonów urody psychologiczne zasady pozostały niezmienne. Ludzie po prostu lubią patrzeć na pięknych ludzi.

Przyzna się do tego większość przedstawicieli klas niższych. Ich potrzeby są "proste": w kinie chcą oglądać męskich facetów czynu, seksowne babki oraz trochę akcji. Podobnie patrzą na sprawę ci najbogatsi. Piękno jest przecież synonimem dobrobytu. Tylko w klasie średniej sprawa jest bardziej skomplikowana. W kręgach pretendujących do intelektualnej elity przyznanie się do czysto estetycznych potrzeb kinowych jest największym faux pas, jakie można popełnić. Nikt z nich nie przyzna się, że "Błękitną lagunę" obejrzał dla prawie nagiej Brooke Shields. O nie! Zamiast tego rozprawiać będą o podobieństwie filmu do "Romea i Julii" i "Przypadków Robinsona Kruzoe" i o tym, na ile twórcom udało się ukazać byt człowieczy w warunkach cywilizacyjnej deprywacji.

blu22.jpg
 
blue33.jpg

"Błękitna laguna"

Większość producentów wie, gdzie są pieniądze i jak je wydobyć. Dlatego też wypełniają swoje filmy pięknymi ciałami, licząc, że przyciągną one szerszą widownię. Na świecie istnieje wiele agencji specjalizujących się w wynajdywaniu modelek do występów w filmach. Są to role epizodyczne bądź całkowicie nieme. Modelki zapełniają imprezy basenowe, plaże, kluby, dyskoteki i kawiarnie. W większości przypadków pozostają anonimowe. Ich zadanie jest proste: mają tworzyć estetyczne tło, które choć często przez widzów niedostrzegane, przekłada się na pozytywną ocenę całości.

Oczywiście kiedy rola modelek sprowadza się do bycia "żywymi akcesoriami", talent aktorski czy inteligencja schodzi na dalszy plan. W ten sposób jednak zamyka się błędne koło niskiej oceny ich aktorskiego potencjału. Jak jednak widać, znaczną część winy ponoszą w tej kwestii producenci i specjaliści od obsadzania ról. Nie zdejmuje to rzecz jasna odpowiedzialności z samych modelek, które w pogoni za pieniędzmi często rezygnują z nauki. Nie będzie przesadą, jeśli  powiem, że modelka z maturą jest tym, kim w świecie nauki jest osoba z dyplomem Harvardu bądź MIT.

To tylko rozrywka

Bycie anonimową statystką na planie nie jest oczywiście szczytem marzeń. Większość modelek liczy, że zostanie zauważona, że otrzyma ofertę "poważnej" roli. Części z nich się to udaje. Prawie zawsze są to jednak osoby, który wyróżniły się w świecie mody. A i wtedy "poważna rola" jest pojęciem względnym.

naomi.jpg

Naomi Campbell

Podręcznikowym przykładem jest Naomi Campbell, jedna z sześciu supermodelek swojego pokolenia. W kinie pojawia się regularnie od początku lat 90. Konia z rzędem temu, kto bez zaglądania na jej profil jest w stanie podać tytuł choćby jednego filmu z jej udziałem. Jeśli już coś przychodzi na myśl, to pewnie jest to "Dziewczyna nr 6" – rzecz pamiętana raczej dlatego, że jej reżyserem był Spike Lee. Campbell wielką aktorką nigdy nie została. Osobiście za jej największy aktorski wyczyn uważam udział w teledysku Michaela Jacksona "In the Closet". O 10 lat za stara jak na upodobania piosenkarza (i nie tej płci co trzeba) mimo wszystko potrafiła wiarygodnie odegrać rolę uwodzicielki.

Gorszy los spotkał Elle MacPherson. Piękna Australijka zawojowała świat mody. Oczarowała też grupę trzymającą władzę w Hollywood, która na widok jej zdjęć trzymała się za co innego. MacPherson dostała swoją "poważną" rolę. I po premierze nikt nie miał się za co trzymać, tak bardzo oklapł entuzjazm, a jej dopiero co rodząca się aktorska kariera została żywcem pogrzebana. Cóż to za film? Oczywiście niesławny "Batman & Robin", w którym zagrała Julie Madison, miłość Batmana.

Elle_Macpherson_jak_Barbie_3304.jpg
 
batman.jpg

Elle MacPherson / "Batman i Robin"

Są jednak takie modelki, które mimo nieprzychylności mediów i widzów uparcie próbowały udowodnić, że są prawdziwymi artystkami. Ich aktorskich talentów nie sposób dziś ocenić. Nie ulega jednak wątpliwości, że publika nie zaakceptowała ich jako aktorek.

Czołową przedstawicielką tej grupy, wręcz jej nieformalną liderką jest Brooke Shields. W pewnych kręgach kontrowersje wzbudził jej udział w filmie "Ślicznotka", jednak w świadomości widzów pojawiła się dopiero wraz "Błękitną laguną". Wszyscy poszli obejrzeć film. Każdy mężczyzna pragnął mieć jej plakat. Nie przeszkodziło to jednak w wyśmiewaniu jej jako artystki, czego zwieńczeniem była nominacja do Złotej Maliny. Pierwsza, lecz nie ostatnia. Rok później ponownie dostała nominację za rolę w filmie "Niekończąca się miłość". W 1985 roku otrzymała dwie kolejne nominacje, z których jedną zamieniła na "nagrodę", a wszystko za rolę w filmie "Sahara". W 1990 roku dostała kolejną Złotą Malinę za "Wyścig Armatniej Kuli 3" oraz nominację dla najgorszej aktorki dekady. Jej późniejsze wyczyny aktorskie (poza rolą w sitcomie "A teraz Susan") zna raczej bardzo mała garstka widzów. Dopiero w "Nocnym pociągu z mięsem" dostała szansę powrotu do drugiej ligi, na razie trudno ocenić, czy z niej skorzystała.

brook22.jpg
 
brr.jpg

Brooke Shields

Wiceprzewodniczącą tej grupy mogłaby zostać Milla Jovovich. Zabawne, ale swoją pierwszą nominację do Złotej Maliny dostała za rolę w filmie... "Powrót do błękitnej laguny". Później jeszcze dwukrotnie miała szansę zdobyć nagrodę: za "Piąty element" i "Joannę d'Arc". Jovovich ma jednak szczęście, że wyszła za mąż za reżysera, który za punkt honoru postawił sobie zatrudnianie jej w każdej swojej produkcji. Dlatego też na dobre i na złe stała się częścią popkultury za sprawą serii "Resident Evil".

lima.jpg

Milla Jovovich

Kilka modelek miało jednak więcej szczęścia i zostały zaakceptowane jako aktorki. Oczywiście z zastrzeżeniem, że są to aktorki kina rozrywkowego. Dobra prezencja i przynajmniej przeciętny talent pomogły, jednak o wszystkim zdecydowała ta jedna rola, która podbiła serca widzów.

Tak było z Famke Janssen. Choć w jej przypadku można mówić o dwóch rolach. Przełomem był występ u boku Pierce'a Brosnana w "GoldenEye". Jednak rola w "Bondzie" nie gwarantuje jeszcze sławy. Wystarczy spojrzeć na naszą rodaczkę Izabellę Skorupko, która w "GoldenEye" też wystąpiła. Po tym filmie obie panie przez chwilę szły tą samą drogą. Ku zapomnieniu. I wtedy Janssen dostała propozycję zagrania Jean Grey w "X-Men". Fani ją pokochali. W przypadku jej koleżanki z drużyny fani nie  byli już tak łaskawi. Niebieski strój Mystique wyglądał powabnie, ale nie obronił jej przed nominacją do Złotej Maliny za film "Rollerball".

golden.jpg

"Golden Eye"

Jeszcze lepiej niż Janssen radzi sobie w Hollywood Freida Pinto. Trudno sobie wyobrazić lepszy start. Pierwszą rolę kinową zagrała w "Slumdogu. Milionerze z ulicy". Widzowie i krytycy na całym świecie padli z wrażenia. Aktorka, być może trochę na wyrost, otrzymała nawet nominację do nagrody BAFTA. Pinto oczarowała wszystkich, łącznie z Woodym Allenem, który natychmiast obsadził ją w swoim filmie ("Poznasz przystojnego bruneta"). Wystąpiła też u Schnabela ("Miral") oraz w dwóch komercyjnych produkcjach – "Geneza planety małp" i "Immortals. Bogowie i herosi 3D".

Prawdziwe aktorki

Przypadek Pinto jest zbyt świeży, by już dziś oceniać jej artystyczny potencjał. Nie można wykluczyć, że jej popularność to kwestia krótkotrwałej mody, po której pozostanie tylko wspomnienie.

Zjawiskowo piękna Andie MacDowell, podobnie jak Pinto, była twarzą Elite Model Management. Zaczęła dobrze, choć nie tak rewelacyjnie jak jej młodsza koleżanka, rolą w "Greystoke: Legendzie Tarzana". W zasadzie należy to uznać za falstart, ponieważ jej kwestie zostały później zdubbingowane przez Glenn Close. Potem był epizod w "Ogniach św. Elma" i w końcu rola w "Seksie, kłamstwach i kasetach wideo", która przyniosła jej pierwszą nominację do Złotego Globu. Rok później została nominowana ponownie za "Zieloną kartę". Dwa lata później uznano ją najlepszą aktorką festiwalu w Wenecji (za film "Na skróty"). W tym samym roku zagrała w jednym ze swoich największych kasowych przebojów – "Dzień Świstaka". I w końcu rok 1994 i wielki sukces komedii "Cztery wesela i pogrzeb". Potem było już niestety z górki. Co prawda zagrała jeszcze u Wima Wendersa, lecz widzowie woleli oglądać ją w reklamach L'Oreal niż w filmach. MacDowell wciąż gra, ale mało kto o tym wie. Może remake "Footloose" to zmieni, choć osobiście bardzo w to wątpię.

aaaa.jpg
 
charli3.jpg

Andie Mac Dowell / Charlize Theron

Obecnie modelką, która wybiła się najwyżej, jest Charlize Theron. To prawdziwy ewenement, ponieważ Theron nie podążała drogą typową dla dziewczyn z wybiegów. Przełom w jej nieciekawej karierze nastąpił dopiero, gdy zrezygnowała ze swego pięknego wizerunku, postawiła wszystko na jedną kartę i wystąpiła w "Monster". Ryzyko opłaciło się. Zdobyła nagrodę dla najlepszej aktorki na festiwalu w Berlinie, a potem Złoty Glob i Oscara. Dwa lata później była nominowana do Oscara i Globu ponownie za film "Daleka północ". Zachowuje równowagę, wspierając artystyczne dokonania kasowymi sukcesami ("Hancock").

Do grona "prawdziwych aktorek" zaliczyć też trzeba Cameron Diaz i Halle Berry, choć obie panie mają oddane grono przeciwników. Diaz jest jednak jedną z najlepiej zarabiających aktorek na świecie, a to oznacza, że filmy z jej udziałem przynoszą zyski. Do tego, będąc czterokrotnie nominowana do Złotych Globów (m.in. za "Gangi Nowego Jorku"), udowodniła, że ma talent. Berry także ma cztery nominacje do Globów, jednak jedną – tę pierwszą za "Wschodzącą gwiazdę" – zamieniła na statuetkę. Ma też na swoim koncie Oscara, którego dostała za rolę w filmie "Czekając na wyrok".

cam.jpg
 
ghhhh.png

Cameron Diaz / Halle Berry

Jest taka scena w "Czarnej Wenus" Abdellatifa Kechiche'a, w której główna bohaterka staje przed sądem w Londynie. Jej partner biznesowy oskarżony jest o to, że traktuje ją w sposób uwłaczający ludzkiej naturze. Bohaterka występuje bowiem w tanim show, gdzie udaje dzikuskę z afrykańskiej dżungli. Kiedy przed sądem kobieta stanowczo stwierdza, że jest artystką, nikt jej nie chce uwierzyć. Ludzie wolą widzieć w niej ofiarę, obiekt przedmiotowego traktowania. Gdy upiera się przy swoim, ci, którzy jeszcze minutę wcześniej gotowi byli jej współczuć, teraz zajadle ją atakują i wyzywają.

Scena ta doskonale ukazuje stosunek publiczności do modelek próbujących swych sił w kinie. Choć bez nich świat X Muzy po prostu nie mógłby się obejść, większość z nich traktowana jest jak zło konieczne. Jest obiektem drwin, wyśmiewania i mocno przedmiotowego traktowania; wychwalane są jedynie ich fizyczne walory. Rzadko kiedy widzowie godzą się nazywać je aktorkami. Jeśli już to czynią, zazwyczaj opatrują ten termin cudzysłowem, podkreślając tym samym, że nie uważają ich za prawdziwe artystki. Czy zasłużyły sobie na takie traktowanie?

zobacz też: