NETIA OFF CAMERA: Licealne niedole

  • autor: Jakub Popielecki
  • Relacja
Kino niezależne licealnymi dramatami stoi, nic zatem dziwnego, że w programie Międzynarodowego Festiwalu Kina Niezależnego Netia Off Camera oglądamy kolejne portrety neurotycznych licealistów. W Krakowie zobaczyliśmy "The Edge of Seventeen" z Hailee Steinfeld i Woodym Harrelsonem oraz "Palo Alto" z Emmą Roberts i Jamesem Franco.

***

Mając 17 lat ("The Edge of Seventeen", reż. Kelly Fremon)

Liceum – fundament amerykańskiej tożsamości? Tak sugeruje szereg filmów, od "Klubu winowajców" przez "Supersamca" po "The DUFF", których bohaterowie walczą o pozycję w szkolnej hierarchii, mającej raz na zawsze zdecydować o ich przyszłości. Tak sugeruje również moda na konwencję "young adult", która – żeby odwrócić uwagę od traumy szkolnego korytarza – chwytać się musi jeszcze bardziej traumatycznych doświadczeń: wampiryzmu, totalitarnych dystopii, śmiertelnych chorób. "The Edge of Seventeen" gładko wpisuje się w schemat à la "spowiedź licealisty". Ale pakuje weń wystarczająco aktorskiego mięcha, psychologicznej wiarygodności i zwykłego uroku osobistego, byśmy niemal do końca seansu nie zwracali uwagi na to, że reżyserka Kelly Fremon gra wysłużonymi tropami.

the-edge-of-seventeen-woody-harrelson-hailee-steinfeld.jpg

Jednym z nich jest konwencja "konfesyjna". Zgodnie z nią historię opowiada nam sama bohaterka, jakby pisała pamiętnik albo spowiadała się komuś ze swoich grzechów. Standardowo rozpoczyna więc ona swoją opowieść w najbardziej dramatycznym punkcie, by chwycić naszą uwagę, a następnie cofnąć się w czasie i pokazać, jak się tutaj znalazła. Ale Fremon już na starcie daje pokaz dystansu do gatunku, intrygując nas nie tyle skalą dramatu życiowego bohaterki, co jej nieoczywistą relacją z drugą osobą. Oto 17-letnia Nadine (Hailee Steinfeld) przybiega do nauczyciela historii, pana Brunera (Woody Harrelson), i oznajmia, że zamierza się zabić. Ten jednak – zamiast stanąć na wysokości zadania i okazać pedagogiczne wsparcie – wdaje się z nią w słowną przekomarzankę. Tak jakby wiedział lepiej; jakby słyszał już za dużo historii o licealistkach planujących podróż na tamten świat. Jakby wiedział, że gra w filmie.
 
Cynizm Brunera nie jest jednak wyłącznie jakimś metakomentarzem reżyserki. W tej nadwiedzy jest rodzaj mądrości. Kiedy nauczyciel wygłasza jakiś pokrzepiający komunał, zaraz potem przyznaje z rozbrajająca szczerością, że co prawda nie był szczery, ale czuł, że wypadało powiedzieć coś miłego. Bruner jest typem błazna, pana Miyagiego, Pinokiowego świerszcza. Jego intencje pokrywają się z intencją całego filmu: rozbić bańkę nastoletniego egoizmu Nadine. Nauczyciel nie wykona jednak za nią pracy dojrzewania. Może jedynie podszczypywać dziewczynę w nadziei, że ta dojrzy wreszcie ściany szufladki, w której sama się zamknęła.  
 
Tu leży siła filmu: niby bierze nastoletni bunt za dobrą monetę, ale powoli – razem z bohaterką – pozwala nam się do niego zdystansować. Co zaczyna się jak gówniarsko czarno-biała opowieść "ja kontra świat", z czasem pięknie się komplikuje. 

Całą recenzję można przeczytać TUTAJ
 
***

Między żywopłotami ("Palo Alto", reż Gia Coppola)
 
Można by na starcie zdyskredytować "Palo Alto" jako próżny – i fałszywy – projekt bogatych dzieciaków, które odgrywają przed nami "prawdziwe życie", jakiego same nigdy nie zaznały. Potomkowie gwiazd filmowych nakręcili bowiem film o zwyczajnych nastolatkach z typowych amerykańskich przedmieść, opowieść o spleenie szarej egzystencji u progu niewiadomej dorosłości. Za kamerą stoi Gia Coppola, wnuczka Francisa Forda, a przed kamerą między innymi Emma Roberts (córka Erica i bratanica Julii), Jack Kilmer (syn Vala) czy Margaret Qualley (córka Andie MacDowell). Na dodatek scenariusz oparty jest na książce Jamesa Franco, o którym wciąż do końca nie wiadomo, czy ma duży talent czy tylko duże ego. Ale nawet jeśli "Palo Alto" jest niczym więcej jak celebryckim kaprysem, to jednak całkiem udanym.

maxresdefault.jpg

Książka Franco była zbiorem połączonych fabularnie opowiadań i film odzwierciedla tę luźną, epizodyczną strukturę. Nie ma tu jednego głównego bohatera, to raczej portret zbiorowości z kilkoma wyraźniejszymi postaciami. Teddy (Jack Kilmer) i Fred (Nat Wolff) snują się po okolicy, przekomarzają i palą trawę. Fred jest nieco nadpobudliwy, do głowy wpadają mu raz za razem jakieś szalone pomysły. Lubuje się też w przepytywaniu Teddy'ego z hipotetycznych scenariuszy "co by było, gdyby". Teddy jest bardziej wycofany, obdarzony duszą artysty. Spowodowawszy pod wpływem alkoholu wypadek samochodowy, musi spędzać wolne chwile, wykonując prace publiczne – w bibliotece czy domu opieki. Bardzo podoba mu się April (Emma Roberts), która udziela się w szkolnej drużynie piłkarskiej kierowanej przez Pana B (Franco). Dziewczyna od czasu do czasu opiekuje się jego synem, wdzięczność trenera wydaje się mieć jednak cokolwiek dwuznaczny podtekst. 

Coppola podąża śladem swojej ciotki, Sofii, i wyrasta na kolejną portrecistkę cichej chandry. Podobny styl (niespieszna narracja, duża rola muzyki), podobne tematy i bohaterowie. 

Całą recenzję można przeczytać TUTAJ

zobacz też:

o