POWIĘKSZENIE Wyrobnik w operze - o kinie Schumachera

Filmweb   |   autor: Łukasz Maciejewski   |    |   Artykuł
photo.title Joel Schumacher nie ma ostatnio dobrej passy. Magazyn "Empire" uznał "Batmana i Robina" (1997) w jego reżyserii za "najgorszy film wszech czasów", a jego najnowsze produkcje wszędzie przechodzą w zasadzie bez echa. "Numer 23" (2007) z Jimem Carreyem został wydany u nas jedynie na DVD, podobny los spotkał najnowszy film reżysera – "Nienasyconego" (2009). O Schumacherze nie mówi się i nie pisze. Odnoszę przy tym wrażenie, że jego twórczością pogardzają zarówno miłośnicy kina art-house'owego, jak i popnudziarze. Może to tylko moja ignorancja, ale pomimo pewnych wysiłków, nie odnalazłem ani jednego krytycznego artykułu w naszej prasie poświęconego twórczości tego w końcu bardzo topowego reżysera. Nikt Schumachera nie ceni?

FAX OD WOODY ALLENA

Przyglądając się hollywoodzkiej karierze Joela Schumachera, nie bez pewnej złośliwości można zauważyć, że ten wyjątkowo pracowity reżyser chętnie podejmuje się każdego zlecenia. Horrory, melodramaty, musicale, obyczajówka i komiks. Kino ambitne i czysta komercja. Nic, co filmowe, nie jest Schumacherowi obce. "Podejmę każdy obstalunek" – tak chyba wygląda credo twórcy "Telefonu" (2002). Ale to hasło dobre dla szewca.

Kino Schumachera jest idealnie pozbawione stylu. Żadnych punktów wspólnych, myślowej precyzji. Ciągle nowe zadania na temat, znane nazwiska, hollywoodzki blichtr albo skrojone na miarę średnio rozgarniętego widza, kino z tak zwanymi ambicjami. Ale przecież zdarzały się Schumacherowi – i ciągle jeszcze zdarzają – filmy bardzo interesujące. Twórca "Kuzynów" (1989) jest wprawdzie niepozbawionym wrażliwości doskonałym fachowcem, potrafiącym pracować z aktorami i starannie budującym nastrój, ale zawsze schowanym za tytułem. Bez własnej pieczątki.

photo.title Biografię ma typową. Nie był pucybutem, ale na przykład zawodowo mył okna. Dzisiaj jest milionerem. Wspomina, że zawsze pociągało go kino. Wiele razy chodził na "Tramwaj zwany pożądaniem", "Buntownika bez powodu", następnie pokochał Kurosawę, Clouzota, Felliniego. Jest filmowym samoukiem, ale ukończył nowojorską Szkołę Projektowania (wzornictwo przemysłowe) i przez kilka lat działał w wyuczonym zawodzie: projektował wystawy sklepowe, kostiumy dla wielkich firm odzieżowych i telewizji. Potem były video-clipy. W 1988 roku zrealizował półgodzinny film "Kick" dla zespołu INXS, pracował też z The Smashing Pumpkins i z Sealem. Z telewizji Schumacher przeszedł płynnie do kina. Najpierw jako asystent, dyrektor castingów, współautor scenariuszy i kostiumolog. Współpracował wówczas między innymi z Woodym Allenem: przy "Śpiochu" (1973) i "Wnętrzach" (1978). Zaprzyjaźnili się. Dzisiaj Schumacher wspomina w wywiadach, że Allen, po każdej kolejnej premierze jego filmu wysyła mu fax (lub dzwoni), zawsze mówiąc to samo: Było doskonale. Ale następnym razem musisz więcej zaryzykować. Schumacher nie ryzykuje nigdy.

PODRABIANE ARCYDZIEŁA

Jako reżyser najciekawszy bywa wtedy, gdy w "zamówionym" projekcie odnajduje siebie. Prywatne doświadczenia i własne lęki – na przykład seksualną ambiwalencję. Dlatego moim ulubionym filmem Joela Schumachera pozostają ciągle "Ognie św. Elma" (1985), chronologicznie trzeci, prestiżowo – pierwszy ważny film. W Ameryce "Ognie" mają status kina kultowego. W Polsce to rzecz prawie nieznana. Szkoda, bo w tym skromnym filmie udało się Schumacherowi idealnie oddać nastrój młodych ludzi wchodzących w dorosłość w połowie lat osiemdziesiątych ubiegłego wieku.


Grupka przyjaciół. Seksowna, niestroniąca od narkotyków dziewczyna, playboy odkrywający miłość sprzed lat, chłopiec żyjący w celibacie, pozornie udana para już prawie małżeńska... Odwieczne dylematy młodości. Jaką drogę wybrać – szczęścia prywatnego czy kariery? Gdzie szukać tego szczęścia i czy ono w ogóle istnieje? Kiedy przyjaciele wspólnie czekają na tytułowe ognie św. Elma – charakterystyczne akustyczne drgania uprzedzające burzę, mają wrażenie, że to już finał wspólnoty. Czas przyszły będzie miał liczbę pojedynczą. Trzeba się zatem nacieszyć tym, co jeszcze jest, co trwa. Chwycić za ręce i spróbować zobaczyć niebo. Iskierka za chwilę zgaśnie. "Ognie św. Elma" to film pokoleniowy. Był startem dla całej grupy wówczas debiutujących, dzisiaj znanych aktorów. To był pierwszy ważny film w karierze Emilio Esteveza (Kirby Keger), Demi Moore (Jules), Roba Lowe'a (Billy Hicks), Andie MacDowell (Dale Biberman) i – najlepszego aktorsko – Andrew McCarthy'ego (Kevin Dolenz).

photo.title Sam Schumacher za najważniejszą rzecz w swoim dorobku uważa "Upadek" z 1993 roku. Trudno się dziwić, to na pewno spektakularne kino i mistrzowska, misterna robota reżyserska. Jeden dzień z życia depresji japiszona. Depresji, która zamienia się w opresję. William Foster (Michael Douglas) ma zły dzień. Właśnie stracił pracę i rozstał się z żoną. Teraz jedzie na przyjęcie urodzinowe córki. Właściwie nie jedzie, bo stoi akurat w gigantycznym korku. Jest gorąco, nie do wytrzymania. Nawala klimatyzacja, nawet szyby w samochodzie nie chcą się otworzyć. Szlag by to trafił. I Fostera trafia. Wychodzi z pojazdu, zatrzaskuje drzwi i dostaje szału. Agresja zastępuje frustrację. Wszystko go drażni, i wszystko chce zniszczyć. Intencję wciela w czyn, przy udziale kija bejsbolowego. Na końcu niszczy siebie. To bardzo wartościowe kino, chociaż nie wolne od schematyzmów i deklaratywnych, wmówionych prawd (w każdym z nas mieszka frustrat). Schumacherowi udało się w nim jednak pokazać alienację youppie i głośno zapytać o koszty sukcesu. O cenę komfortu bytowego, który nijak nie chce się przełożyć na komfort duchowy. – W USA jest ponad 200 milionów sztuk broni palnej – więcej niż wynosi liczba psów na kontynencie – opowiadał reżyser. – Amerykanie są z tego dumni. Celebrowana jest przemoc. Równocześnie piętnuje się media, które pokazują stosowanie przemocy. To tragiczne nieporozumienie.

Kilkakrotnie jeszcze autor "Upiora w operze" (2004) próbował wycieczek w stronę kina ambitnego. Ze zmiennym szczęściem. Na przykład jego niby odważny i eksplorujący ciemną stronę życia film z 1999 roku, "8MM", tylko markował nonkonformizm. Tytuł odnosi się do taśmy, którą – po śmierci męża – odnajduje jego żona w tajnym sejfie. Na kasecie jest film z sadystyczną sceną, na której zostało utrwalone morderstwo nastolatki. Załamana wdowa wynajmuje detektywa, w tej roli tradycyjnie spanielowaty Nicolas Cage, który w celu rozwikłania zagadki wyrusza na penetrację zakazanych dzielnic, w których kwitnie produkcja "hard stuff", tak zwanej ciężkiej pornografii. "8MM" jest filmem nieprzyjemnym w oglądaniu i bardzo pretensjonalnym. Nie znajdziemy w nim głębszej oceny moralnej, za to widać perwersyjną satysfakcję, jaką sprawiło twórcom (scenariusz napisał Andrew Kevin Walker, autor skryptu pamiętnego "Siedem" Finchera) mnożenie scen sadystycznej i masochistycznej przemocy.


W innym, rzekomo wywrotowym filmie Schumachera"Bez skazy" (1999), który nie przebił się na nasze ekrany, reżyser znowu pozoruje głębię. Tym razem ubiera maskę tolerancyjnego wolnomyśliciela. Walt Koontz (Robert De Niro) jest konserwatywnym policjantem na emeryturze, który dzięki zbiegowi przykrych okoliczności trafia w "sidła" Rusty (Philip Seymour Hoffman) – uroczo przegiętego transwestyty z sąsiedztwa, z którego dotąd nieuroczo się natrząsał. Happy end jest oczywiście nieuchronny. Koontz pokocha styl życia przyjaciela. I w finale padną w sobie w objęcia. To mógł być ważny film o niewspółmierności przekonań i stylów życia w wielokulturowej Ameryce, ale Schumachera – nie pierwszy i nie ostatni raz – zwiodła polityczna poprawność. Transwestyci w tym filmie to wyłącznie rozdokazywani sprośni wesołkowie, policjanci są gruboskórni (ale tylko na początku), za to prostytutka ma gołębie serce.

TRYKOCIK BATMANA

photo.title Amerykańscy krytycy często tytułują Schumachera odkrywcą i specjalistą od wynajdywania wspaniałych aktorskich talentów. Istotnie, ma na tym polu wiele sukcesów. I kilka porażek. To przecież właśnie Joel Schumacher udowodnił w "Bad Company" (2002), jak fatalny aktorsko może być Anthony Hopkins. Rola Oakesa w tym filmie to murowana Złota Malina, której Hopkins nie dostał chyba tylko ze względu na wysługę lat. Nie zapominajmy jednak, że to Schumacher objawił niegdyś dramatyczny talent Sandry Bullock ("Czas zabijania" – 1996) i Julii Roberts ("Za wcześnie umierać" – 1991), odkrył dla kina Philipa Seymoura Hoffmana (wspomniany rewelacyjny transwestyta w "Bez skazy"), Kiefera Sutherlanda i Matthew McConaugheya. W "Upadku" rolę życia zagrał Michael Douglas, a jedną z najważniejszych kreacji w karierze, tytułową "Veronicę Guerin" (2003) – Cate Blanchett. W ostatnich latach Schumacher wykreował na gwiazdę wcześniej nieznanego szerzej irlandzkiego aktora, Colina Farrella, który rok po roku zagrał w jego trzech kolejnych filmach.

Mówi: - Z pracy z Woodym Allenem zapamiętałem, że aktorzy są zawsze najważniejsi. Od nich zależy wszystko. Wymagają czułości, miłości i szacunku. Nie wyobrażam sobie, żebym na planie był w konflikcie z aktorem. To byłaby pewna klapa. Niestety, nawet przy udziale największych gwiazd i najlepszych aktorów, Schumacher niejedną taką klapę ma na koncie. Po sukcesie "Ogni św. Elma" bardzo szybko stał się w Hollywood cenionym specjalistą od kina gatunkowego. Zaczął kręcić filmy w zasadzie taśmowo. Jeden po drugim. Głównie zaprogramowane komercyjne hity na "bardzo ważne tematy". Typowym przykładem jest "Linia życia" (1990), pseudokontrowersyjny film o tym, co nas czeka po śmierci. Prasa brukowa miała wówczas swój skandal – romans na planie wchodzącej właśnie do aktorskiej ekstraligi Julii Roberts i Kiefera Sutherlanda, ale widzowie niewiele pożytku. Film budził wręcz niesmak. Schumacher, dotykając bardzo poważnego i drażliwego tematu: tęsknoty człowieka za zawłaszczeniem terytorium, które zarezerwowane jest dla wiary, czyli odkrycia jak naprawdę wygląda "życia po życiu", zamienił go w trywialny thriller. W kino akcji. Rezultaty były opłakane. Z kolei "Za wcześnie umierać" z 1991 roku, historia miłości w cieniu śmiertelnej choroby – z kolejnym gwiazdorskim udziałem Roberts, był filmem naiwnym i czułostkowatym.

To Schumacher zamienił feeryczną wyobraźnię Tima Burtona, autora dwóch pierwszych części "Batmana", w solidne i absolutnie obojętne wypracowanie na temat. Skompromitował się zarówno w "Batman Forever" (1995), jak i w "Batmanie i Robinie" (1997). Same wielkie gwiazdy na plakacie i gadżetowy zawrót głowy to za mało. A niegustowny trykocik Batmana (Val Kilmer i George Clooney – fatalni) z wyolbrzymionymi brodawkami na piersiach jest do dzisiaj synonimem filmowej żenady.

photo.title   photo.title

Tylko jeden raz – w 1987 – Schumacher znowu radośnie zabawił się w kino. "Straceni chłopcy" to camp w komercyjnym wydaniu. Film jest sumą specyficznego sznytu lat osiemdziesiątych. Horror, ale bardzo śmieszny. Hałaśliwe motory, fatalna charakteryzacja, miasto które nazywa się "Święta Klara", dużo dobrej muzyki (Doorsi), no i zupełnie niestraszne wampiry. Podobnie jak w "Ogniach św. Elma", również "Straceni chłopcy" konsekrowali w Hollywood grupę młodziutkich wówczas aktorów. Dwudziestoletni Kiefer Sutherland (David) rzeczywiście zrobił dużą karierę – zresztą będzie odtąd stale współpracował z Schumacherem, ale już Jason Patric to tylko solidna druga liga, a o największej gwieździe "Straconych", zmarłym niedawno, śpiewającym wówczas popowym idolu nastolatek, Coreyu Haimie (Sam Emerson) wszyscy zapomnieliśmy.

WYSOKI SĄDZIE

photo.title photo.title Prawdziwą piętą achillesową Joela Schumachera jest brak umiejętności zbudowania wiarygodnych postaci i wyjaśnienie pobudek, które nimi targają. Reżyser, który ma doskonale oko do szczegółu, jest niezrównany, jeśli chodzi o pokazywanie scen realistycznych, zawsze – nawet w najlepszych filmach – przegrywa jako psycholog. Zostawia widza przed faktem dokonanym, nie tłumaczy emocji, nie szuka głębiej, zadowala się tym, co na wierzchu. Czarno-biały schemat. Dlatego największe uznanie w Ameryce zdobył jako konsekwentny adaptator i popularyzator sądowniczej prozy Grishama. Autor "Firmy" jest pisarzem dużo ciekawszym, niż się wydaje. Jego "Malowany dom" wprost nawiązuje do najlepszej tradycji faulknerowskiej, a "Ominąć święta" jest wspaniałą powieścią z ducha Steinbecka. Siła popularności prawniczych thrillerów Grishama – i ich filmowych adaptacji – zawęziła jednak perspektywę interpretacyjną twórczości pisarza, dlatego w powszechnej opinii jest tylko autorem świetnych czytadeł. Dobre i to. Bestsellerowe powieści Grishama: "Klient" (1994) i "Czas zabijania", były idealnym materiałem dla Schumachera. Demoniczne zło, a w jego cieniu także lekko podrasowana szlachetność, dążenie do prawdy, wreszcie społeczna sprawiedliwość. I żadnych subtelności. Kawa na ławę, walka o ukaranie winnych i – co za niespodzianka – sprawiedliwy wyrok. Plus, znowu, kilka zapadających w pamięć kreacji. Choćby Susan Sarandon w roli bohaterskiej prawniczki z burzliwą przeszłością w "Kliencie" czy Matthew McConaugheya, który, zanim skompromitował się aktorsko w większości późniejszych filmów, w "Czasie zabijania" zagrał rolę na miarę młodego Brando.
Dwa najciekawsze filmy Schumachera z ostatnich lat – "Veronica Guerin" i ciekawa, zrealizowana pod silnym wpływem Dogmy, "Kraina tygrysów" (2000) – przeszły niemal bez echa. Umiarkowanym sukcesem był wprawdzie "Telefon", ale już "Upiorowi w operze" nie pomogła gigantyczna reklama ani naprawdę duże oczekiwania. Ten porządnie zrobiony, ale zupełnie nieodkrywczy film przepadł w kinach z kretesem, i jeżeli Schumacher udowodnił nim cokolwiek, to chyba tyle, że głośny niegdyś musical Andrew Lloyd Webbera okrutnie się zestarzał. Więcej nawet: tej muzyki nie da się dzisiaj słuchać bez przykrości. Razi bardzo kiepskim gustem muzycznym kompozytora i tanią bombastycznością.

***

Joel Schumacher – filmowiec, ma ewidentne inklinacje w stronę tandety. Tak formalnej, jak i myślowej. Operuje banałem. Sytuacyjnym, dramaturgicznym. Potrafi ten banał sprzedać w bardzo efektownym opakowaniu. Jest w końcu świetnym rzemieślnikiem. To jednak za mało, żeby zmienić filmową prozę w poezję. W najbliższym czasie Schumacher zapowiada aż trzy nowe filmy: "Twelve", "1:30 Train" i "[film=163604]Crowded Room[/film]". Może wreszcie się uda.

zobacz też:

komentarze

Dodaj komentarz

Chyba troszke za ostro pojechane.. Schumacher faktycznie zadnego arcydziela na swoim koncie nie ma, ale to "Powiekszenie" brzmi jak sad ostateczny nad rezyserem, ktory powinien sie smazyc w ogniach piekielnych za filmy, ktore popelnil. Nie chce porownywac, ale Schumacher to dla mnie gosc, ktory (gdyby chcial) spokojnie moglby zostac trzecim bratem Scottow, gdzies pomiedzy Tonym (wielce wychwalanym, choc nie wiem za co) a Ridleyem, z tym drugim rzecz jasna na przedzie. Mozna sie z tym nie zgadzac, ale nie znam chyba nikogo, kto nie wspominalby chocby jednego filmu Schumachera z dreszczem emocji - czy bylby to Upadek czy Straceni Chlopcy a nawet i Linia Zycia, ktora autor zrownal z ziemia, wiec wniosek z tego taki, ze kino bez Schumachera byloby odrobine mniej barwne.

Po tym, co pan napisał o "Upiorze w operze" odczułem ogromną potrzebę wylania na głowę szklanki zimnej wody, aby powstrzymać się przed ordynarnym pana zbluzganiem. O ile Schumacherowskie "Batmany" w istocie promieniowały kiczem, o tyle "Upiór" był i na zawsze pozostanie najwybitniejszym i najbardziej uwielbianym musicalem wszechczasów, a recenzenci piszący, że "nie da się go słuchać bez przykrości" narażą się li i wyłącznie na kompromitację. Jego ekranizacja była natomiast świetnie zrobiona, głosów dopasować się lepiej nie dało, a scenografia - cud, miód i orzeszki.
Żegnam, kończę, ten artykuł nie jest godzien dalszego nadwerężania mojej klawiatury.

Pokraczny, grafomański i bez sensu jest powyższy artykuł. Panie Maciejewski, co to w ogóle ma być?! Krytyka? Paszkwil? Czyżby Joel Schumacher dał Panu ostatnio w ryja pod sklepem, że tak się Pan nad nim pastwi?

Przypominam, że pisze Pan na portalu Filmweb, do użytkowników, którym zdarza się filmy Schumachera cenić ("Telefon" ma ocenę 7,93, "Czas zabijania" - 8,19, a "Upadek" - 8,36). Mam rozumieć, że osoby, które wystawiły tak wysokie noty zrobiły to z przypadku?

Osobom odpowiedzialnym za zatwierdzanie artykułów na Filmwebie proponuję bardziej się przykładać do swojej pracy. Tego typu tekst nie miałby szans znaleźć się w ŻADNYM poważnym drukowanym magazynie filmowym. Nie tylko z uwagi na jego poziom, ale też na liczne błędy rzeczowe.

Mam tylko, Panie Maciejewski, nadzieję, że po napisaniu tego tekstu zrobiło się Panu lżej na duszy. W przyszłości proponuję samobiczować się przy kolejnej reedycji dzieł Bergmana i Felliniego. I nie zdawać nam już relacji z tych dramatycznych zmagań.

Dla mnie to słaby reżyser z jedną perełką - "Upadkiem". Cała reszta jego twórczości to co najwyżej średniaki jak "8mm", "Klient" a reszta to gnioty.

@ Woktek40i4

Zapytasz kogoś na ulicy kto to jest Joel Schymacher, to powiedzą, że to brat Michaela ;P

Woktek40i4 zwrócił uwagę na ciekawą sprawę. Rzeczywiście dopiero po przeczytaniu tego tekstu zdajemy sobie sprawę, że to on rzeczywiście nakręcił te wszystkie - jakże różne - filmy. Od "Upadku" po kicz w rodzaju "8MM". Znamy te wszystkie tytuły, ale w żaden sposób nie łączą się z nazwiskiem reżysera. Właśnie tak jak pisze autor: Schumacher nigdy nie ryzykuje. W tym jest chyba problem. A czy ktoś wie jak można zdobyć "Ognie świętego Elma", czy to ukazało się na DVD? Zaintrygował mnie opis w artykule.

Ktoś tam by wiedział... Ale zaskoczyłby na pewno każdy, gdybyś powiedział że on robił "Upadek"... albo tym bardziej "Batman & Robin".
BTW Cameron też jakiegoś tam stylu nie ma, a dobre filmy robi. W ogóle czy ten styl to nie jest ograniczenie? Czy każdy reżyser zawsze ma się akcentować w swoich filmach? Jak Burton ciągle zapodawać groteskę, blade twarze i przez to dawać znak "to ja to robiłem"? Czasem wolę właśnie filmy Schumachera, które nie są tym samym, nie mają tego samego stylu, bo i reżyser nie ma. Nie można być wszechstronnym twórcą, którego każdy film jest inny? Co innego styl artystyczny, a co innego styl robienia filmu, któy wpływa na jego poziom.

Bardzo znane nazwisko?
Wyjdź na ulice i zapytaj kilka przypadkowych osób w różnym wieku kto to jest Joel Schumacher. Wątpię aby ktokolwiek odpowiedział bez zastanowienia na to pytanie. Już nie mówię abyś się spytał jakie filmy nakręcił. Chyba że trafisz na jakiegoś kinomaniaka.

Ma bardzo znane nazwisko i pare dobrych filmow.

Kilka filmów ma świetnych, kilka wręcz tragicznych. Nie on pierwszy, nie ostatni...

Dobry tekst, chyba pierwszy (no dobra, trzeci) raz muszę pochwalić Maciejewskiego...

Cenię sobie Telefon i Upadek. Idelanym podsumowaniem jest stwierdzenie "reżyser bez stylu".
AutorAutor przesadzasz to nie są filmy wybitne. Nawet nie bardzo dobre.

AutorAutor - To na pewno nie są wybitne filmy.

"UPADEK", "LINIA ŻYCIA", "STRACENI CHŁOPCY"...Wyrobnicy nie robią takich filmów ... filmów wybitnych.
Nie umieją.

A dla mnie tragedia tragedia tragedia.

Chyba tylko dla wywołania dyskusji i znalezienia fanów Schumachera.

"Ognie św. Elma" nieznany? Ma także u nas status kultowego (ludzie - nawet tutaj na filmwebie - wymieniają go na jednym tchu razem z filmami Johna Hughsa) i to kultowego w sensie w którym to słowo ma jeszcze prawdziwe znaczenie - bez noszenia na koszulkach, tylko ludzi (po ludzku) przyznających, że ten film coś w nich zmienił albo, że idealnie oddaje ducha ich młodości.
BTW nawet jeśli uznajemy, że główna rola Esteveza w "Repo Manie" to zbyt pokręcona produkcja żeby ją uznać za ważną (mimo, że film ma status kultowego!) to nie da się zapomnieć, że jednak przed "Ogniami..." zagrał w "Klubie winowajców". - dziwi mnie brak nawiązania do tego filmu.

Zupełnie przemilczany wątek homoseksualizmu reżysera (nie mówię, że autor musiał walić nim po oczach przy okazji "Bez skazy" czy nawet "Batmanów", ale przy takich "Lost Boysach" już powinien).
Gdzie pan słyszał w "Lost Boys" Doorsów? To była tylko ich piosenka. Ciekawe czy te same zarzuty co do "8MM" zarzuciłby filmowi "Sie7em"? Oba reprezentują wyjątkowo szlachetną intencje niezgody na przemoc, zwłaszcza wykorzystywania jej w formie rozrywki. Tych, filmów, których nie dało się czepić "Kraina tygrysów", "Veronica Guerrin", "Telefon" to nie wymienia zalet.

I dokładnie to się nazywa wszechstronność. Jeszcze nigdy nie widziałem zarzucania twórcy, tego, że zbyt lightowo podchodzi do ważnych tematów. I braku wywrotowości. Do tego też trzeba mieć talent.

Good work, Mr. Maciejewski. W pierwszej chwili zdawało mi się, że to żart. Maciejewski? O Schumacherze. Niemożliwe. Ale w trakcie lektury (jak zwykle ciekawej) niepewność minęła. Łukasz mądrze i racjonalnie punktuje zarówno zalety jak i wady tego drugoligowego reżysera. Pełen profesjonalizm.

"Dziedzic Maski" bije na mordę "batmana i Robina" w swej beznadziejności. Czy ja wiem? Wszechstronny, nie wyrobnik, utalentowany... ale zdolny jednak do gaf. "Upadek", "Telefon" były świetne, "Upiór w operze" też bardzo fajny... I coś tam jeszcze fajnego chyba miał :p

Świetny reżyser. Ma po prostu złą passe...

A mnie się podobał "Bad Kompany" - nie wiem dlaczego. Po prostu bardzo fajna rozrywka. "Telefon" też przypadł mi do gustu.
Schumacher to typowy rzemieślnik bez jakiś artystycznych ambicji, tworzy sympatyczne, ale jak już to zauważył autor mało odkrywcze kino. Za kilka lat nikt nie będzie o nim pamiętać ani o jego filmach. Pamiętać będziemy prawdopodobnie tylko to że stworzył jedne z największych kiczów w historii kina czyli "Batmana Forever" i "Batmana i Robina".

Właśnie. 'ShoeMaker' nie ryzykuje nigdy = więc nigdy nie wygra! [przegrał już wiele razy, z krytyką i publicznością]

Zgłoś nadużycie

Opisz, dlaczego uważasz, że ten wpis nie jest zgodny z regulaminem serwisu:

newsy

zobacz wszystkie newsy

gorące newsy

magazyn