POWRÓT DO PRZESZŁOŚCI: Ja Van Damme popalić!

Filmweb   |   autor: Łukasz Muszyński   |    |   Artykuł
Facet, o którym piszę, najlepsze lata ma już dawno za sobą. Od ponad dekady gra w produkcjach klasy C, które trafiają bezpośrednio na rynek kina domowego. Ostatni raz zrobiło się o nim głośno w 2006 roku, gdy pokazał kamerze telewizyjnej swoją erekcję. Nietrudno zrozumieć, że wolę raczej pamiętać czasy, gdy jego plakat wisiał nad łóżkiem każdego szanującego się nastolatka.

photo.title Były to czasy, gdy filmy z nim oglądało się na przegrywanych kasetach wideo, a takie słowa jak "piractwo" i "prawa autorskie" były raczej nieznane. Chcę pamiętać, jak mając siedem czy osiem lat, prosiłem rodziców, by kupili mi vandamkę – taką samą, jaką nosili starsi koledzy z sanatorium. Chodziło, oczywiście, o bandamkę, ale z racji kultu, jakim otoczony był wówczas bohater tego tekstu, ubrdałem sobie, że chusta została tak nazwana na jego cześć.

Nie ma co udawać, Jean-Claude Van Damme zostawił trwały ślad w mojej psychice. Jeśli dzisiaj  rozczulam się w recenzjach nad jakimiś głupawymi "akcyjniakami", to wszystko jego wina. To przez niego tak długo wydawało mi się, że szczytem dobrego aktorstwa jest zrobienie przed kamerą pełnego szpagatu, a potem przywalenie przeciwnikowi pięścią w krocze. Van Damme zepsuł mój gust filmowy. Jednocześnie jednak zaraził mnie sympatią do kina. "Krwawy sport", "Kickboxer", "Lwie serce" i "Podwójne uderzenie" tworzyły za małolata podwaliny mojego alfabetu filmowego. Za to też lubię dział "Powrót do przeszłości" – pisząc tekst do tego działu, nie trzeba się jedynie wymądrzać i oceniać. Dozwolone są egzaltacja i ronienie sentymentalnych łez. Taka jest przecież natura wspomnień – gdy wyciągamy je z zakamarków pamięci, automatycznie zostają oczyszczone z wszelkich brudów. Nabierają szlachetnego połysku. Czas odkurzyć i wypolerować legendę muskułów z Brukseli.

Jeszcze w połowie lat 90. belgijski gwiazdor był żywym ucieleśnieniem powiedzenia "od pucybuta do milionera". Do Stanów Zjednoczonych przyjechał z czterdziestoma dolarami w kieszeni. Zostawił za sobą wspaniałą karierę karateki i przynoszącą kokosy siłownię w rodzinnym mieście.  Od dzieciństwa wierzył bowiem, że może odnieść sukces w show-biznesie.  Hollywood nie przywitało go jednak z otwartymi ramionami. Przez sześć lat imał się różnych zajęć z lepszym lub gorszym skutkiem. Później w jednym z wywiadów wspominał, że jako kierowca limuzyny omal nie stał się ofiarą seksualnej napaści ze strony dwóch "paskudnych" mieszkanek Teksasu, które wpadły   do Hollywood na operację powiększenia piersi. Kiedy indziej, pracując jako posłaniec, uciekał przed nagim i napalonym jegomościem. Trudno się dziwić napastnikom – Van Damme był (i chyba nadal jest) niezwykle przystojny. W dodatku reprezentował klasyczny typ urody, jakiego nie powstydziliby się najwięksi łamacze serc z Fabryki Snów.  Gdy sam stał się gwiazdą, ubóstwiali go zarówno mężczyźni, jak i kobiety. Van Damme lał się bowiem na ekranie równie dobrze co Schwarzenegger, Stallone czy Seagal, ale był z nich wszystkich najbardziej urodziwy.

photo.title   photo.title
"Krwawy sport"

Belg tłumaczy swój sukces w następujący sposób: Byłem bardzo metodyczny. Trenowałem cztery razy w tygodniu. Pracowałem co najmniej po dziesięć godzin dziennie, potem szedłem na casting, rozmawiałem z ludźmi. Ciągle parłem do przodu, do przodu, do przodu. Gdy udało mu się spotkać wpływowego producenta Menahema Golana, bez zastanowienia wypalił: Nie mam nic, ale wierzę, że pewnego dnia będę kimś. Jestem tu od sześciu lat, w moim życiu nic się nie układa, więc skończmy to pieprzenie. Wiem, że mam w sobie coś specjalnego. Jestem niedrogi i bardzo dobry. Możesz ze mną zarobić mnóstwo forsy, możesz mnie uczynić gwiazdą. A potem Van Damme dał popis znajomości karate.

Golan był wówczas szefem wytwórni Cannon specjalizującej się w realizacji filmów akcji z elementami sztuk walk. Do zainwestowania w ten gatunek zachęcił go kasowy sukces "Wejścia smoka". Jak pisze Sławomir Zygmunt w leksykonie "Bruce Lee i inni": amerykańskie filmy różnią się dość znacząco od filmów wyprodukowanych w Hong Kongu. Eksploatują kilka wątków. Najczęściej bohaterem jest kickbokser, który zostaje zmuszony przez sprytnego (nieuczciwego) organizatora do walki na "krwawym ringu". Często motorem jego działania jest zemsta. Kickbokser podejmuje się zdemaskowania organizatorów walk na śmierć i życie, którzy przyczynili się do śmierci jego przyjaciela, brata, mistrza. Jeśli przyjrzycie się filmografii Van Damme'a, zobaczycie, że fabuły większości znajdujących się w niej tytułów idealnie pasują do przedstawionego powyżej schematu. Van Damme ciągle się mścił! Zaczynam się wręcz zastanawiać, dlaczego Park Chan Wook nie zaangażował go do którejś z części trylogii zemsty.


W końcówce lat 80. i na początku 90. Belg należał do grupy tak zwanych "Panów Muskułów", czyli umięśnionych gwiazd kina akcji. Gdy oglądało się sceny mordobicia z ich udziałem, miało się pewność, że ci faceci naprawdę potrafią przyfasolić. Van Damme twierdził wówczas: Jeśli kogoś uderzę – niekoniecznie kobietę,  raczej mężczyznę – to go zabiję. Nie były to czcze przechwałki. Gwiazdor  miał czarny  pas w shotokanie – jednym z najbardziej wymagających stylów karate. Na planie zdjęciowym reżyser mógł włączyć kamerę, a potem iść na obiad. Van Damme sam tworzył choreografię walk, a potem bezbłędnie odgrywał ją w jednym ujęciu. Nie potrzebował montażowych cięć i tricków, które maskowałyby jego błędy.

Czasy zaczęły się jednak zmieniać. Publiczność powoli odwracała się od brutalnych, przypakowanych maczo. Bohaterem ostatniej akcji równie dobrze mógł stać się metroseksualny mężczyzna, który częściej niż pięści używał mózgu i uroku osobistego. Tak jak w "Speed: Niebezpieczna prędkość" (1994), gdzie chuchrowaty Keanu Reeves radził sobie z terrorystą-psychopatą. Kolega i konkurent Van Damme'a, Arnold Schwarzenegger, umiał "wąchać czas". Dlatego coraz częściej angażował się w komedie, które okazywały się dużymi przebojami komercyjnymi ("Gliniarz w przedszkolu", "Bliźniacy", "Junior"). Swoich sił w lżejszym gatunku próbował również Sylvester Stallone, ale akurat jego błaznowania ("Stój, bo mamuśka strzela", "Oscar") widownia nie chciała oglądać.

photo.title   photo.title
"Uliczny wojownik"

Van Damme nie próbował się zmieniać. Przyjął za to rolę za ponad siedem milionów dolarów (rekordowa gaża w jego karierze) w "Ulicznym wojowniku". Było to w czasach, gdy Hollywood uważało ekranizacje gier wideo za jeszcze mniej ambitne od ekranizacji komiksów. W opinii producentów te drugie były przeznaczone dla dziesięciolatków, te pierwsze – dla dziesięciolatków z porażeniem mózgowym. Nie pomogły ani pośladki Kylie Minogue, ani scenarzysta "Szklanej pułapki", Steven E. de Souza, ani znakomity aktor Raul Julia. Oglądając "Ulicznego wojownika", odnosi się wrażenie, że wszyscy na planie otrzymali po serii kopniaków z półobrotu w głowę.

Jeden z szefów wytwórni powiedział kiedyś o Van Dammie następujące słowa: Urok osobisty Jean-Claude'a nigdy nie przeniósł się na ekran. Przed kamerą jest dużo bardziej spięty niż w życiu prywatnym. Nie wydaje mi się, by kiedykolwiek jego osobowość odprężyła się na tyle, by mógł stać się gwiazdą. Brak dystansu zaczął powoli przenosić się do domu aktora – kolejne rozwody w połączeniu z rodzinnymi bijatykami i uzależnieniem od narkotyków uczyniły z Van Damme'a wrak człowieka. Choć wyszedł z nałogu, na szczyt już nie powrócił. Muskuły z Brukseli sflaczały.


Jest w filmografii Belga jeden tytuł burzący aktualny wizerunek upadłej gwiazdy grającej dla (małej) kasy w półamatorskich produkcjach. To "JCVD" z 2008 roku. W zrealizowanym w rodzinnej Belgii filmie Van Damme gra samego siebie – przeoranego życiowymi porażkami aktora w średnim wieku, który znalazł się na samym dnie. Pierwszy raz w karierze europejski mistrz mierzy się z własną legendą. Bez make-upu, glamouru i bezsensownej łupaniny.  "JCVD" jest jak zdjęcie rentgenowskie, prześwietlające mechanizmy show-biznesu, który w jednej sekundzie potrafi wynieść kogoś na szczyt, a w drugiej wyrzuć go na śmietnik niepamięci. Nie Van Damme pierwszy, nie ostatni.  

Niech żywi nie tracą jednak nadziei. Po epizodzie z dubbingiem do "Kung Fu Pandy 2" Van Damme zgodził się zagrać w kontynuacji "Niezniszczalnych" – przebojowego hołdu dla "Panów Muskułów". Belg pojawi się przed kamerą u boku Sylvestra Stallone'a, Dolpha Lundgrena, Stevena Seagala i (podobno) Chucka Norrisa. Wykluczeni z kina głównego nurtu gwiazdorzy powrócą do gry na własnych warunkach i pokażą, jak się dzisiaj uprawia krwawy sport. 

zobacz też:

komentarze

Dodaj komentarz

Z podawanych newsów to on raczej ćwiczy dyscyplinę 'Barowo Pudrową' :)
Natomiast co do aktorów od 'bijatyk' to w obecnych czasach, o wiele lepszą poezje prezentuje w nie których produkcjach Jet Li.

Van Damme jest najlepszym aktorem "do bijatyk". To się nigdy nie zmieni, to prawdziwy sportowy geniusz, pokazuję też kawał niezłej aktorskiej klasy.
Nadal trzyma formę, regularnie ćwicząc w przeciwieństwie do innych weteranów akcji.


Artykuł trochę ssie.

A ja tam lubię tego aktora. Jest po prostu wyjątkowy choć nie grał najlepiej.

Van Damme,swoje 5 min ma już dawno za sobą,na początku owszem mógł stanowić przykład dla nie jednego chłopaka,ale w tym co występuję od gdzieś ponad 10 lat,to nic innego jak 'syf Stał się taką filmową prostytutką,sprzeda się każdemu,i za każdą cenę,byle wyrobić normę,bez względu na jakość,i zaangażowanie.

Wspomnień czar.....? U mnie Van Damme,w tamtym okresie 80' był już raczej przejściowy,tzn jako nastolatek też mnie w jakiś sposób fascynował,ale jakoś bardziej tkwił we mnie kult Schwarzeneggera,Stallone,i to ich plakaty wisiały na moich ścianach,w tamtym okresie trudno było o fotosy,ja czasami wygrywałem czarno-białe zdjęcia Rambo na strzelnicy,w prowizorycznych budach na kółkach,które stawały okazjonalnie na ulicach.Dziś jak wspomniał autor,Van Damme,czy też Seagal,lata swojej świetności mają już dawno i bezpowrotnie za sobą.a jeszcze występują właściwie tylko dlatego żeby się mieć z czego się utrzymać,robiąc filmy przez wielkie 'C' i to najczęściej w krajach byłego bloku wschodniego.

Ehh, trudno mi gościa krytycznie oceniać, w końcu kto z chłopaków nie oglądał za młodu "Kickboksera", "Podwójnego uderzenia" "Bloodsport" czy "Quest" ? Legenda filmów kopanych "podskok, szpagat i kop z obrotu 360 stopni". To między innymi jego filmy skłoniły mnie do ćwiczenia sportów walki. Złego słowa nie dam powiedzieć.

Pomimo, że jego obecne filmy to nie to co Lwie Serce lub Krwawy Sport, to ten facet jest wielki!!!

Van Damme i jego najlepszy film "Quest" i tak oparł się nie na jego roli (Roger Moore)

jak to nie sprawdzał się w komediach ? a podwójne uderzenie ?
dobry artykuł.

dobry aktor .lubie go

Bardzo do dupy artykuł. Gratuluję.

Bardzo dobry artykuł. Gratuluję.

Czekam z niecierpliwoscia na Niezniszczalnych :)

LWIE SERCE, to jest film:)

O proszę w "Ulicznym Pie...lniku" gra Kylie Minogue. Muszę zobaczyć ten film, ze względu na te pośladki właśnie i nic więcej. Lubię Kylie Minogue, ona jest fajna. Myślę, że mógłbym stworzyć fajny film z jej udziałem, za 200 mln. dolarów

Wpis został zablokowany z uwagi na jego niezgodność z regulaminem

"Oskar" z Van Damme lepszy niż oryginał.

miło :) Jean-Claude był moją pierwszą "platoniczną" miłością :) i z przyjemnością obejrzę z nim kolejny film :)

dzięki ogromne za te wspominki :) Cokolwiek kto powie o Sławach lat minionych, dla mnie i zapewne dla wielu, będzie to wspaniały czas utkwiony w pamięci! Krwawy Sport mogę oglądać bez końca... ta muzyka, te ujęcia Hong Kongu...

Dobry artykuł. Pozdrawiam.

Stare dobre czasy :D
Van Damme jest moim idolem, to dzięki niemu zrobiłem szpagat oglądając Kickboxer, do dziś nadal umiem zrobić szpagat na stołkach to jest dopiero sztuka, więc szanuje tego aktora i zawsze sztuki walki kojarzą mi się z tym Aktorem
Mam nadzieje że trafi on kiedyś do dużego kina i na to sie chyba zapowiada, spełni swoje długo oczekiwane marzenie, tego mu życzę.
Pozdrawiam fanów

Dobrze. Niech zagra w Niezniszczalnych.
Podzielam artykuł, bo aktualnie aktor jest w dołku. Krytykują go najbardziej Ci którzy kiedyś po sto razy oglądali krwawy sport, albo kickboxera.
Segal również jest w tej samej sytuacji.
Schwarzenegger również.
Jedyny który mimo wieku który ma pomysł to Sylwek który jest w stanie pociągnąć chłopaków za sobą... Oby w dobrą stronę.

Street Fighter nie jest taki zły. Jako ekranizacja gry, która fabuły nie miała wcale, jest całkiem wporządku. Nie dało się tego lepiej nakęcić! Dlatego nie rozumiem tego ogólnoprzyjętego krytykowania tego filmu.

FREEMAN:
Nie wiedziałem, że Poznań leży na Śląsku - ty to rzeczywiście jesteś mondry, kurde bele!!!:P
Powiedz coś jeszcze ciekawego - podziel się swoją wiedzą o świecie...!xD

Wpis został zablokowany z uwagi na jego niezgodność z regulaminem

Pffff.... Spójrz w lustro.

Dobra tyle tyle tego, bo zaraz tu buła wpadnie i rozgoni towarzystwo :P

Zniszczę cię teraz na gadaczu :P

"Do Stanów Zjednoczonych przyjechał z czterdziestoma dolarami w kieszeni. Zostawił za sobą wspaniałą karierę karateki i przynoszącą kokosy siłownię w rodzinnym mieśc"

To w końcu miał tylko 40$ czy siłownię przynoszącą kokosy?

Wpis został zablokowany z uwagi na jego niezgodność z regulaminem

Wpis został zablokowany z uwagi na jego niezgodność z regulaminem

Wpis został zablokowany z uwagi na jego niezgodność z regulaminem

Zgłoś nadużycie

Opisz, dlaczego uważasz, że ten wpis nie jest zgodny z regulaminem serwisu:

newsy

zobacz wszystkie newsy

gorące newsy

magazyn