Filmweb sp. z o.o.
http://www.filmweb.pl/article/Pasikowski%3A+W+imi%C4%99+zasad-74183
Łukasz Muszyński
Rocznik '87. W Filmwebie od 2007 roku. Stały współpracownik Polskiego Radia i "Playboya", laureat III nagrody w konkursie im. Krzysztofa Mętraka. Po godzinach stawia pierwsze kroki w zawodzie scenarzysty. Jego ulubieni reżyserzy to Kieślowski (sprzed "Dekalogu"), Pasikowski i Apatow. Nigdy nie zmienia kanału, jeśli uda mu się trafić w telewizji na "Ojca chrzestnego". Wraz z żoną Joanną mieszka na Muranowie, więc ma blisko do jednego z najfajniejszych kin w stolicy.

Pasikowski: W imię zasad

  • Filmweb
  • Artykuł
Dopóki kręcił obrazy zaszufladkowane przez krytyków jako "zamerykanizowane kino akcji", dopóty udawało mu się znajdywać pieniądze na następne projekty. Gdy postanowił pójść po bandzie i opowiedzieć o mordowaniu Żydów przez Polaków,  został dyskretnie zepchnięty na margines.

Pierwsze, co przychodzi mi na myśl, gdy myślę o Władysławie Pasikowskim, to knajpa Corso. Położony przy stołecznym Placu Zbawiciela lokal zagrał w jednej z ostatnich scen "Operacji Samum" (1999) – to tutaj ostatecznie godzą się ze sobą ojciec-szpieg i jego syn. Za każdym razem, kiedy odwiedzam Corso, widzę tę samą klientelę po czterech piwach, każdy z papierosem w dłoni. Wyglądają na zmęczonych i rozczarowanych życiem. Dokładnie to samo można by pewnie powiedzieć o twórcy "Psów".

pasiko.jpg

"Psy"

Pasikowski nie nakręcił nic dla dużego ekranu od dekady, choć w latach 90. był przecież najpłodniejszym i najbardziej kasowym polskim reżyserem. Miał wierną publiczność, która karnie stawiała się w kinach, by oglądać, jak wymyśleni przez niego szlachetni twardziele wymierzają sprawiedliwość "w imię zasad". Wszystko zmieniło się po "Reichu" (2001) – jednym z najciekawszych tytułów w filmografii Pasikowskiego, który nie przypadł do gustu ani widzom, ani krytykom. Kolejne scenariusze łódzkiego reżysera, choć spotykały się z entuzjastyczną opinią ekspertów, nie otrzymały dofinansowania od Polskiego Instytutu Sztuki Filmowej.

Sprawy wyglądałyby może inaczej, gdyby "Reich" –  żart opowiedziany z kamienną miną – został zrozumiany. A przecież już od pierwszej sceny, w której paru groźnych dżentelmenów dyskutuje o "Losie człowieka" Siergieja Bondarczuka, Pasikowski mruga do nas okiem. "Reich" przedstawia historię dwóch zabójców na zlecenie  spędzających przymusowe wakacje w Sopocie. Jeden nazywa się Alex, drugi – Andre, wożą się mercedesem z odkrytym dachem i noszą dobrze skrojone garnitury. Światowy image bohaterów nie pasuje do polskiego siermiężnego podwórka, którym trzęsą gangsterzy o ksywach Wiesiek, Seler, Cygan albo Pajac. I o to właśnie Pasikowskiemu chodzi: o humor powstający przy zderzeniu rzeczywistości z  pozą rodem z tandetnych kryminałów. Tak jak w scenie w restauracji, gdy Andre próbuje wyznać uczucie głupawej modelce, w której się zakochał: Jestem sam. Dużo podróżuję, spotykam sporo dziewczyn.  Są piękne. Niektóre są miłe, inteligentne, ale ja wiem, że to nie to. Kiedyś to miałem i straciłem, więc wiem, czego szukam. Możesz to nazwać energią, chemią,  to jest coś takiego, co się zdarza tylko wtedy, gdy trafisz na tę właściwą osobą, jedyną na całym świecie. Wczoraj trafiłem na ciebie. Wiem, że to ty.  Modelka słusznie zauważa: Ale pan mnie przecież nie zna. Skonfundowany Andre spuszcza na chwilę wzrok, a potem prosi: No właśnie, daj mi swoje namiary: nazwisko, adres i telefon.

reich2.jpg
 
reich1.jpg

"Reich"

Pasikowski celowo naśmiewa się w "Reichu" z uniwersum, który konsekwentnie budował już od czasu swego pamiętnego debiutu ("Kroll", 1991). Nieco upraszczając, można napisać, że zaludniają je: cynicy romantyczni, cynicy właściwi, idealiści oraz złe kobiety. Ci pierwsi obowiązkowo noszą obco brzmiące nazwisko (Kroll, Maurer, Keller, Mayer) i pomimo pesymistycznego poglądu na ludzkość oraz świat zdolni są do heroicznych czynów. Cynikom właściwym zawsze chodzi o pieniądze i cudze kochanki, za co w finale ponoszą zasłużoną karę. Idealiści pełnią rolę sumienia romantycznych cyników, wyrażając głośno obawę o moralne konsekwencje ich  czynów. Nie pozwolę ich pozabijać! Co z wami jest?! K..., oprzytomniejcie! – krzyczy w "Psach 2" Waldek Morawiec, gdy Maurer i Wolf masakrują złodziei samochodu.

Pozostają jeszcze złe kobiety, które regularnie knują, oszukują i zdradzają romantycznych cyników.  Pasikowski musi być masochistą, bo każda z pań w ostatecznym rozrachunku najwięcej zyskuje ze wszystkich bohaterów: Andżela z "Psów" (1992) zostaje modelką w Paryżu, Paulina ("Słodko-gorzki", 1996) znajduje bogatego męża, zaś Nadii ("Psy 2", 1994) i Iwonie ("Reich") zdrada zostaje wybaczona. Polskie feministki na czele z Kazimierą Szczuką od lat zarzucają Pasikowskiemu zahaczający wręcz o absurd szowinizm. Nie będę polemizował z tym oskarżeniem. Warto jednak zauważyć, że w twórczości Pasikowskiego jedynie kobiety wykazują się zdrowym rozsądkiem. Jeśli dopuszczają się czynów "haniebnych" z punktu widzenia twórcy, robią to po to, aby odmienić swoje życie na lepsze. Faceci zajęci są wyłącznie bajdurzeniem o honorze i zasadach, w rezultacie czego regularnie obrywają  po tyłkach.

W filmach Pasikowskiego kluczową rolę odgrywa mundur. To on decyduje o tym, komu ufają bohaterowie. W obu częściach "Psów" chodzi o mundur policyjny, w "Krollu" i "Demonach wojny" (1998) – wojskowy, a w "Słodko-gorzkim" – mundurek szkolny. Największym wrogiem ekranowych twardzieli jest władza reprezentowana przez polityków, skorumpowanych przełożonych oraz... nauczycieli.

pazura. słodko.jpg
 
słodko2.jpg

"Słodko-gorzki"

Niechęć Pasikowskiego do wszelkiej maści instytucji widać dobrze nie tylko w jego filmach. Wystarczy rzucić okiem na jeden z niewielu wywiadów, jakie zdarzyło mu się udzielić w trakcie trwającej dwadzieścia lat kariery. W rozmowie z dziennikarką "Wysokich obcasów" w 2008 roku  reżyser atakuje szefową PISF-u, Agnieszkę Odorowicz. Zarzuca jej, że z pobudek politycznych odrzuciła scenariusz "Kadiszu" nawiązującego do zbrodni w Jedwabnem. Dowiedziałem się, że jest to film antypolski, szkodliwy dla wizerunku narodu –  jakby mordowanie nie szkodziło wizerunkowi, tylko publiczne mówienie o tym – stwierdził Pasikowski i po chwili dodał – Na starość zostałem żywym dowodem na istnienie, 19 lat po 1989 roku, cenzury politycznej stosowanej przez agendy poprzedniego i obecnego rządu RP. Dalej więc, jeśli chcemy sądzić cenzurę, to się spieszmy, zanim umrę. Chyba że nie. Chyba że cenzura jest dobra, a wolna wypowiedź zła.

Pasikowski miał też w zanadrzu scenariusz "Stankiewicza" oparty na wybitnej minipowieści Eustachego Rylskiego. To był wymarzony materiał dla autora "Demonów wojny" – opowieść o służącym w armii cara Polaku, który postanawia pomścić śmierć ojca, uczestnika powstania styczniowego. Reżyser wnioskował w PISF-ie o 5 milionów złotych dofinansowania. Zaproponowano mu dwa i pół. Gdyby je przyjął, musiałby zrezygnować ze scen batalistycznych i kręcenia w ukraińskich plenerach. Pasikowski zachował się tak, jak zachowaliby się bohaterowie jego filmów:  odrzucił uwłaczającą ofertę. Gdyby jednak udało mu się zabrać cały budżet, mogłoby powstać dzieło mówiące o historii Polski i różnych odcieniach patriotyzmu więcej niż wszystkie bogoojczyźniane knoty razem wzięte. PISF wolał jednak wesprzeć produkcję tragicznego "Popiełuszki", "Ślubów panieńskich", a ostatnio "Bitwy warszawskiej 3D". Ostatni projekt otrzymał aż 10 milionów złotych!

psy2.jpg

"Psy"

W ten sposób wracamy do Corso, gdzie w rogu sali siedzi jeden z najlepszych polskich filmowców, obdarzony stylem i wyobraźnią, jakiej brak większości jego kolegów z kamerą. Ma na koncie trzy nagrody za reżyserię na festiwalu w Gdyni i co najmniej dwa filmy, które doczekały się statusu kultowych. Dopóki kręcił obrazy zaszufladkowane przez krytyków jako "zamerykanizowane kino akcji", dopóty udawało mu się znajdywać pieniądze na następne projekty. Gdy postanowił pójść po bandzie i opowiedzieć o mordowaniu Żydów przez Polaków,  został dyskretnie zepchnięty na margines.

O tym, że Pasikowski wciąż jest w wielkiej formie, świadczą nakręcone dla telewizji publicznej dwie serie kryminału "Glina" (2003). Reżyser wraz z producentem Dariuszem Jabłońskim musiał stoczyć na Woronicza długie boje, aby przepchnąć decyzję o nakręceniu serialu na taśmie 16 mm, a nie prostackiej cyfrówce. Efekty ich starań widać jednak od razu – "Glina" przypomina raczej film w kilkunastu częściach, a nie kolejnych "Kryminalnych". W dodatku stanowi dowód na to, że w Polsce da się zrobić czarny kryminał z prawdziwego zdarzenia. Czy gdyby było inaczej, główną rolę w serialu zgodziłby się zagrać sam Jerzy Radziwiłowicz? Niestety, z jakichś absurdalnych powodów druga seria została umieszczona w ramówce w piątek w późnych godzinach wieczornych, co przełożyło się na niską oglądalność. Nie słyszałem, żeby planowano realizację trzeciej odsłony "Gliny". W TVP też chyba Pasikowskiego nie lubią.

Tak to już jest, gdy znający własną wartość reżyser chce zrobić film na poziomie: bez cięcia wydatków, zmian w scenariuszu i chałturzenia. Marzę o tym, aby znalazł się prywatny producent, który zaufa Pasikowskiemu i da mu nakręcić kino na miarę jego ambicji. Zasługuje na to jak mało kto.

zobacz też: