• A
  • A
  • A

Powiększenie: Brzezińska o podwójnym życiu agenta Stasi
[Artykuł] (2008-10-24 12:14)

photo.title W dziale Powiększenie prezentujemy interesujący tekst pióra Marty Brzezińskiej - absolwentki kulturoznawstwa na Uniwersytecie Warszawskim. Autorka jest laureatką trzeciej nagrody w tegorocznym konkursie im. Krzysztofa Mętraka. Esej dotyczy filmów, które opowiadają o niemieckich rozliczeniach z socjalizmem - "Aus Liebe zum Volk" i "Życie na podsłuchu". Miłej lektury!


PODWÓJNE ŻYCIE AGENTA STASI ALBO O MIŁOŚCI NIEMOŻLIWEJ

Kamera obracająca się płynnie na stalowym ramieniu, podążająca w ślad za upatrzoną ofiarą niczym oko drapieżnika to bohater pierwszego z kadrów filmu dokumentalnego "Aus Liebe zum Volk" (I love you all) z roku 2003 autorstwa Eyal Sivan i Audrey Maurion. Trudno wyobrazić sobie lepszą wizualną metaforę rozpoczynającą film o człowieku, którego zadaniem było uważnie obserwować. W budynku przy Normannenstraße w Berlinie, gdzie pracował przez ostatnie dwadzieścia lat, powstanie niedługo muzeum i być może jego własny gabinet będą zwiedzać turyści, lecz na razie nie ma tu nikogo. Tego lutowego dnia roku 1990, funkcjonariusz tajnej policji NRD Stasi – bo to on jest bohaterem "Aus Liebe zum Volk" – jest w pracy ostatni dzień i próbuje zastanowić się nad tym wszystkim, co się wydarzyło, dokonać podsumowań, spojrzeć wstecz. Zaczyna opowiadać historię swojego życia. Jego filmowy monolog na początku budzi litość – oto człowiek złamany przez system totalitarny – zwerbowany, wykorzystany i porzucony jak przedmiot zdaje swój ostatni raport, meldunek z życia poświęconego złej sprawie.

Poruszający raport z życia w służbie Stasi

Spowiedź funkcjonariusza dokonuje się pośród stosów akt i dokumentów porozrzucanych bezładnie, zalegających labiryntowe korytarze, wśród szczątków systemu, w którym o biurokratycznym porządku przypominają szafy na akta i wszechobecne numery  niczym znaki jakiegoś zapomnianego języka. Oficer opowiada o sobie z rozbrajającą szczerością i otwartością, ale też nieco z bezwstydną dumą przegranego, który nie ma już nic do stracenia. Mówi o swojej rodzinie, przekonaniach, o pracy. Dzieli się swoimi upodobaniami, spostrzeżeniami, ale i upokorzeniami. Odsłania wszystko, oprócz swej twarzy – tej widz nigdy nie zobaczy. Twórcy filmu starają się uczynić swego bohatera jak najbardziej anonimowym, tak by jego osobowość nie przysłoniła celu filmu, jakim jest próba odpowiedzi na pytanie o biografię szeregowego tajniaka enerdowskiej policji, próba nakreślenia portretu agenta w tonie socjologicznej refleksji.

Punkt widzenia kamery jest wielokrotnie punktem widzenia bohatera – udaje go, symuluje – widz zatem patrzy oczami postaci, wodzi wzrokiem kamery po pustych korytarzach, rozgląda się w zdumieniu po bezładzie porzuconej dokumentacji. Dzięki temu zabiegowi relacja między funkcjonariuszem a widzem staje się niemal intymna, opowieść wciąga, pojawia się napięcie i skupienie. Jednak dzięki ironicznemu skontrastowaniu komentarza zza kadru z prezentowanym materiałem filmowym, w który wpleciono obszerne fragmenty nagrań z przesłuchań i innych materiałów operacyjnych Stasi, twórcy konsekwentnie przełamują tę relację identyfikacji. Wykorzystują zainteresowanie oglądającego, kredyt zaufania, jakim obdarza bohatera, i obnażają bez litości mechanizm działania Stasi, ślepe zaangażowanie jej funkcjonariuszy, wygrywając morał filmowej historii, poniekąd na uczuciach widza. Pozbawiają złudzeń. Ten film jest nie tylko wiwisekcją jednostki, ale przede wszystkim niezwykle zręczną analizą systemu, którego nieszczęsny funkcjonariusz jest produktem. Widz stopniowo, choć jak sądzę nie bez pewnej dozy rozczarowania i żalu, porzuca wcześniejsze założenia – duma z pracy, lojalność i wiara w socjalizm pomimo rozczarowań i trudności; poświęcenie dla kraju i dla innych, sumienność, powaga – to tylko fasada, puste frazesy. Bohater w pewnym momencie mówi: „Trzeba zmusić niektórych, by byli szczęśliwi”. Myślę, że można pozostawić to stwierdzenie bez komentarza.

Okrucieństwo, brutalność prawdy obrazu wobec narracji chełpiącej się rutyną i obowiązkiem rodzi niezwykłe napięcie, angażuje, powoduje, że im bliżej napisów końcowych, tym widzowi trudniej znieść tę spowiedź służbisty. W pewnym momencie (jakby na szczęście) już nie ma o czym mówić, zapada zmierzch. Można go odczuć jako ukojenie, choć nie ma w nim ulgi i radości. To fascynujące, jak ten film powoli wygasa, jak niknie, niczym światła blokowiska w ostatnim ujęciu i głos narratora, który dobrnął do końca swojej przerażająco szczerej opowieści.

"Aus Liebe zum Volk" to film wstrząsający, lecz należy przyjąć, że niestety w Polsce nieznany (jest dostępny w Internecie, ma swoją stronę w sieci, to jednak nie znaczy wiele w porównaniu do wagi regularnej dystrybucji). Sam temat Stasi i rozliczenia z działalnością służby bezpieczeństwa NRD zaistniał na ekranach naszych kin bardzo wyraźnie za sprawą innego filmu, fabularnego debiutu Floriana Henckela von Donnersmarcka pod tytułem "Życie na podsłuchu". Lista zdobytych nagród świadczy jednak dobitnie o sprawności realizatorów. Duża widownia, uznanie krytyki, dyskusje i kontrowersje wokół filmu sprawiły, że jest już obrazem właściwie klasycznym w kontekście poruszanej tematyki, w ogóle jest bodaj jednym z najlepszych filmów niemieckich ostatnich lat.

Fabularna historia pewnej inwigilacji i jej konteksty

W Polsce film ten był szeroko omawiany, stanowiąc swego rodzaju komentarz do aktualnych dyskusji politycznych, szczególnie do kwestii polskiego rozliczenia z czasami komunistycznymi. Te aktualne odniesienia powodowały, że niemiecki obraz ujmowano najczęściej poprzez pryzmat podejmowanej tematyki, tak że sposób realizacji i konstrukcji oraz kontekst, w jakim powstało Życie na podsłuchu, zeszły na dalszy plan. Warto zatem podkreślić, że film ten jest pierwszym poważnym (niekomediowym) niemieckim obrazem fabularnym, poruszającym problem inwigilacji w NRD, a ponadto pierwszym, w którym postaci agenta reżyser nadał funkcję kluczową. Co więcej, problem współpracy z komunistyczną służbą bezpieczeństwa lub motyw działania służb nie pojawiał się dotąd na gruncie fabularnym w sposób tak kompleksowy i ambitny.

Dotąd jedynie niemieckie kino dokumentalne powracało do kwestii działalności służby bezpieczeństwa NRD, i to wielokrotnie, w dodatku robiło to wprost, w większości przypadków za bohaterów biorąc sobie ofiary a nie funkcjonariuszy systemu. Wykluczając filmy o charakterze edukacyjnym czy typowo historycznym, kino dokumentalne skoncentrowało się na portretach ludzi skrzywdzonych, skupiło się na indywidualnych tragediach, osobistych relacjach, z których powstaje swoista mozaika rozpamiętywanych krzywd i przeżywanego katharsis. Być może dzięki tym obrazom "Życie na podsłuchu" było filmem w jakimś stopniu oczekiwanym, przepowiedzianym, niezbędnym w kinematograficznej polifonii o niemieckiej niedawnej historii i być może będzie to jeden z ostatnich akordów filmowego rozliczenia krzywd.

W takim ujęciu "Aus Liebe zum Volk" można potraktować jako rodzaj preludium, swoistej zapowiedzi fabularnego ujęcia tematyki. Pozycja tego obrazu na tle innych filmów dokumentalnych poruszających kwestię Stasi też jest nieco inna, szczególna. Twórcy stosują ciekawą, paradokumentalną narrację, próbując uczynić z historii agenta przypowieść o charakterze uniwersalnym, opowiadając nie tylko o totalitarnej inwigilacji, ale też o obsesji obserwowania, o władzy, jaką daje informacja, o bezrefleksyjnym zaangażowaniu, ślepej wierze w ideały, a w końcu po prostu o relacji do drugiego człowieka. Podobny model stosuje Florian Henckel von Donnersmarck w "Życiu na podsłuchu". Jego film ma w zamierzeniu stać się równie uniwersalną wizją funkcjonowania systemu inwigilacji w NRD, jednak tak, by z jednej strony pokazać niezawodność i nieludzkość tego systemu, a jednocześnie zasygnalizować możliwość wyjścia z zaklętego kręgu, pokazać, że system tworzony był przez ludzi popełniających błędy, co czyniło go podatnym na nieczęste lecz jednak – usterki. Ów ułomny czynnik ludzki wydaje się być kluczem do opowieści.

Ten, który słucha i patrzy uważnie

Funkcjonariusz Stasi w filmie młodego niemieckiego reżysera ma za zadanie inwigilowanie pary artystów – dramatopisarza (co ciekawe, lojalnego wobec systemu) i jego partnerki, znanej aktorki teatralnej. Agent jednak zamiast wykonywać swoją pracę jak dotychczas, czyli z mechaniczną rutyną, zaczyna coraz bardziej angażować się w życie obserwowanych ludzi. Ich świat zaczyna go interesować, fascynować, w końcu zaczyna skrycie pomagać inwigilowanym i chronić ich, narażając przy tym siebie. Relacja między obserwowanymi a obserwowanym jest głównym wątkiem filmu, bazą do pokazania innych relacji, tak wewnątrz inwigilowanego środowiska artystów, jak i wewnątrz grupy obserwatorów, żołnierzy systemu. Równie ważny jest, jak sądzę, w tym przedstawieniu widz, który ma okazję obserwować każdą ze stron, przyglądać się historii niczym swoistemu studium przypadku. Przypadek to rzecz jasna fikcyjny, jednak odmalowany z zachowaniem realiów, fascynujący z powodu oddanie wschodnioniemieckiej rzeczywistości, a przy tym do pewnego stopnia umowny, symboliczny, niczym wykreowany na deskach teatru, z którego sceny wplecione są w fabułę filmu i które delikatnie kontrapunktują film. Metafory - widz, aktor czy reżyser mający władzę nad życiem swoich bohaterów są w filmie zaznaczone szczególnie, już na poziomie samej opowieści. W końcu jej głównymi aktorami są artyści, ale także ludzie władzy, od których zależy przebieg błahego teatralnego spektaklu a także los człowieka.

Mechanizm władzy miażdżący każdego odmawiającego posłuszeństwa systemowi i jedyni wolni ludzie, czyli artyści, uzbrojeni tylko w słowa – te dwie strony ścierają się ze sobą, obie zdeterminowane i zdecydowane na wszystko. Tę walkę między dwoma światami śledzi funkcjonariusz Stasi, pilnie obserwowany z kolei przez widzów tego filmowego spektaklu. Egzystujący w ukryciu na pograniczu dwóch światów w pewnym momencie decyduje się wziąć udział w grze, decyduje się zaryzykować opowiedzenie się po którejś ze stron i wybiera, co dziwne, stronę słabszą, jakby z góry skazaną na porażkę. I choć przegrywa karierę, odnosi moralne zwycięstwo, ratując resztki godności i zyskując wdzięczność pisarza, który po latach dowiaduje się o poświęceniu agenta. Funkcjonariusz zyskuje też wzruszenie widzów, a może raczej zyskuje je kreacja Ulricha Mühe, dzięki któremu postać szpicla służbisty urasta do rangi symbolu.

Pamiętając jednak o całej serii filmów dokumentalnych, wypowiedziach prześladowanych utrwalonych na taśmie filmowej i w relacjach reportażowych, o niezliczonych kilogramach dokumentacji, które zgromadziła Stasi, można zadać sobie pytanie, czy taka historia, jak ta opowiedziana w "Życiu na podsłuchu", mogłaby się wydarzyć? Czy można (czy należy) uwierzyć w historię o dobrym (jak pisali, być może z niewielką domieszką ironii, recenzenci) agencie?  

Opowieść debiutującego niemieckiego reżysera historia budzi zaufanie, wciąga, dzięki sprawnej realizacji, dzięki znakomitej grze aktorów, dzięki równomiernemu rozłożeniu akcentów i proponowanemu morałowi. No właśnie, morałowi. Tam, gdzie bliźniaczy niemal film dokumentalny podkreślał niezmienność postaw (choć ukazywał rozczarowanie i rezygnację), film fabularny oferuje nadzieję i pocieszenie. Pocieszenie dla filmowych bohaterów i pocieszenie dla widzów. Jaki gatunek filmowy oferuje podobne wzmocnienie ducha, pocieszenie przez łzy? Taki gatunek to melodramat. Ośmielam się proponować to hasło z dużą ostrożnością, bo etykietkę melodramatyzmu we współczesnym zmąceniu gatunkowym można dolepić wielu filmom, zresztą nie ma w niej nic zdrożnego. Ot, filmowy gatunek, tradycja i historia kina. Jednak posługiwanie się konwencją, filmowe abecadło opanowane zostało przez młodego niemieckiego reżysera (terminującego przecież u najlepszych) do perfekcji, stąd podejrzewam, że w jego filmie zobaczyć można nieco więcej niż tylko historię o dobrym agencie.

Przekorna historia o miłości

Trudno mi uwierzyć, że po wielu doświadczeniach kina niemieckiego po 1989 roku "Życie na podsłuchu" odpowiada prosto na trudne pytania. Zastanawiam się, czy młody reżyser nie narzucił swemu filmowi tonu pewnej konwencji, by stworzyć na ekranie jakby dwie opowieści, z których druga wyłania się przy dokładnej lekturze filmu, wolnej od emocji, próbującej rozstrzygnąć, czy pewne filmowe niedoskonałości – dosłowności, są przypadkowe czy też przeciwnie, dokładnie przemyślane.

To wyjątkowo kuszące, by opowieść Henckela von Donnersmarcka potraktować z większą dociekliwością, by dać się uwieść sugestii jak ekranowemu dramatowi. Bo poniekąd chodzi tu właśnie o uwiedzenie, iluzję, zaślepienie. "Życie na podsłuchu" wydaje się mówić o miłości w różnych jej odmianach, różnych odcieniach: od tej będącej jedynie fizycznym, brutalnym wyrazem udowodnienia swojej przewagi nad innym, po uczucie najbardziej czyste i pełne poświęcenia, na granicy religijnej ofiary i oddania. Film ogląda się z zaangażowaniem, z emocjami, a w wewnętrzną przemianę agenta wierzy się, choć tak naprawdę można powątpiewać, czy ona ma miejsce. Może tak naprawdę jest nieco inaczej? Może owa przemiana, jeżeli istotnie zachodzi, to jest podyktowana instynktem raczej niż rozsądkiem i wewnętrznym świadomym przekonaniem. Czyż funkcjonariusz nie poszukuje wyzwania, zadania, które by mu dostarczyło satysfakcji, nowych podniet, które wyrwałyby go z rutyny? On tylko czeka na propozycję obserwacji nieszczęsnej pary artystów, na nowe, jakże trudniejsze przecież zadanie.

Warto wspomnieć scenę w teatrze, jedną z pierwszych w filmie, w której oficer Stasi obserwuje pisarza i aktorkę. Przecież on patrzy jak drapieżnik na ofiarę, którą podziwia i której pragnie. Chce ją poznać na wskroś, aż po unicestwienie, wszak funkcjonariusz tajnej policji żywi się tym życiem innych, na co wskazuje oryginalny tytuł filmu. Poniekąd ten agent przypomina wampira, który żeruje na swoich ofiarach, ich życie jest po części jego życiem. Wpada więc właściwie we własne sidła, pada ofiarą własnej chciwości, żądzy doświadczania cudzego losu, poczucia władzy i kontroli. W efekcie niespodziewanie zakochuje się w swoich ofiarach. To uczucie tłumaczyłoby irracjonalną zmianę w zachowaniu, to byłby motyw postępowania.

Miłość, która zagraża porządkowi, systemowi, konwenansom, wyznawana wbrew okolicznościom (w okolicznościach ryzykownych, a nawet śmiertelnie niebezpiecznych), ukrywana, skazana na niepowodzenie znakomicie pasuje do sytuacji przedstawionego w filmie inwigilatora uzależnionego emocjonalnie od swych ofiar. Potrzeba uczucia maskowana bylejakością życia, zaangażowaniem w pracę wydaje się zaskakiwać samego funkcjonariusza, nie zaskakuje jednak widza, który przeczuwa niespełniony, acz emocjonalnie intensywny koniec filmowej historii, lecz z zainteresowaniem daje się porwać opowieści, która wydaje się znajoma i czytelna.

"Życie na podsłuchu" odczytane jako melodramat pociąga za sobą wiele dwuznaczności, być może taki zabieg, o którego zastosowanie podejrzewam (może niesłusznie i naiwnie) niemieckiego twórcę, pomaga uniknąć prostoty wypowiedzi, pozwala ukryć coś między kadrami. Coś, jakby wątpliwości, brak zdecydowania między próbą nakreślenia opowieści dosłownej, realistycznej, może brutalnej a potrzebą ukojenia, zapomnienia, zakończenia, zamknięcia filmowego dyskursu o winie i odpowiedzialności za historię i jej ofiary. Być może, jak przypuszczam, zaproponowanie właśnie takiej historii o agencie Stasi, który pomaga inwigilowanym, jest wyrazem również jakiejś bezsilności w interpretacji historii, potrzebie ucieczki w fikcję od ciężaru historii. Czyż świadomość słabości wszelkiej sztuki,  w tym również filmu, ich kruchości wobec zła, okrucieństwa nie wywołuje potrzeby ukrycia tej prawdy w niejednoznaczności? To trochę tak, jakby reżyser chciał zachować młodzieńczy idealizm, optymizm, pogodzić go z krytycznym, wątpiącym podejściem. Konwencja może spełniać tu rolę swego rodzaju narzędzia, kostiumu.

Myślę, że takie ujęcie, próba interpretacji w duchu melodramatyzmu tłumaczyć może również stosowanie przez reżysera pewnych chwytów, efektów dramatycznych, niekiedy tak dosłownych, naiwnych i niewiarygodnych, że wręcz na granicy śmieszności. Jak sądzę, chyba tylko melodramatyzm jest w stanie usprawiedliwić i płacz wzruszonego muzyką agenta Stasi, i nagłe przypominające ratunek w ostatniej chwili rozwiązania fabularne. Niektóre sceny wydają się celowo rozegrane na granicy groteski, przypominając reżyserską wprawkę, popis filmowego wyrobienia i wyczucia. Również postać partnerki pisarza, właściwie jedynej kobiecej figury w tym męskim, nieprzyjaznym świecie prowokuje do zastanowienia. Na początek samo imię, które nosi: Christa, nie zostało, jak sądzę, wybrane przypadkowo. Wyraźnie odsyła do wschodnioniemieckiej pisarki, Christy Wolf, uwikłanej we współpracę ze służbą bezpieczeństwa.

Filmowa aktorka Christa jest do pewnego stopnia enigmą, a jednocześnie spełnia rolę katalizatora wydarzeń, jej zachowanie wielokrotnie bardziej niż zachowania innych postaci wydaje się konwencjonalne, spełniając funkcję - stosuję ostrożnie określenie – melodramatycznego MacGuffina. Być może dlatego, że wzrok wszystkich skierowany jest właśnie na nią, to ona wyzwala emocje, prowokuje, staje się mimowolnym sprawcą nieszczęścia poniekąd z powodu swojej kobiecości właśnie. Jest udręczona, wplątana nieszczęśliwie w grę z potężniejszym przeciwnikiem, przegrana, mimo pomocy ze strony swego cichego adoratora, współczesnego wcielenia Quasimoda – szpetnego moralnie i zawodowo agenta Stasi.

Miłość, która budzi strach i nie wybacza

"Życie na podsłuchu" w kontekście historycznym, politycznym w skontrastowaniu z realizmem "Aus Liebe zum Volk", dojmującą autentycznością archiwów i teczek wydaje się  opowieścią kłamliwą, oferującą fałszywy spokój sumienia i wiarę w ludzką dobroć nieco zbyt naiwną. Potraktowane jako opowieść melodramatyczna jest dla mnie historią, którą akceptuję ze względu na konwencję, automatycznie zrozumiałą strukturę, którą jako widz lubię i którą reżyser również z upodobaniem dla mnie prezentuje na kinowym ekranie, korzystając z filmowej tradycji konstruowania znaczeń.  

Uczucie (i to każde, również uczucie żalu, przyjaźni, strachu) w obrazie niemieckiego, debiutującego reżysera jest jakby wyolbrzymione, przerysowane, w konwencji romantycznej, melodramatycznej, jakby nie było – filmowej. To stara konwencja i sprawdzona, dlatego, jak wspomniałam, wierzy się tej historii, ufa się niemieckiej opowieści. Szuka się pocieszenia i wsparcia, niczym filmowy dramatopisarz, którego tragiczne doświadczenia wzmacniają, wzbogacają, które po latach ujmuje w literacką formę.

Uwierzyłam opowieści niemieckiego reżysera, w tę na pierwszym planie, w tę o dobrym agencie, ujętą według mnie dla niepoznaki i jakby w asekuracji w filmową konwencję.

Jednak nie aż tak bezgranicznie, by po wyjściu z kina nie pobrzmiewały mi w uszach słowa z filmu Sivan i Maurion "Aus Liebe zum Volk", słowa, których nie mogę zapomnieć. Te dwa właściwie bliźniacze filmy o tajemnicach duszy agenta Stasi, wzmacniające się wzajemnie, przenikające, w tych słowach znajdują swoje okrutne podsumowanie. To słowa Ericha Mielkego, szefa Ministerstwa Bezpieczeństwa Państwowego NRD: „Ale ja kocham, kocham wszystkich ludzi!”. A potem jeszcze słychać śmiech audytorium, przed którym Mielke słynne zdanie wygłosił. Śmiech, za który wtedy już notabene nie groziła żadna sankcja. To nieszczęsne, żałosne wyznanie jest według mnie swego rodzaju pointą, dobrym komentarzem przede wszystkim do filmu "Życie na podsłuchu".


MARTA BRZEZIŃSKA


"Aus Liebe zum Volk" (I love you all), reż. Eyal Sivan, Audrey Maurion, Niemcy/Francja 2003

"Życie na podsłuchu" (Das Leben der Andersen), reż. Florian Henckel von Donnersmarck, Niemcy 2006




Podziel się z innymi:
źródło:
  • Filmweb

komentarze

Dodaj komentarz
dorotak17 dorotak17

Spoko tekst koleżanko!

mikolaj887 mikolaj887

Świetny artykuł

Pudel_4 Pudel_4

Gratuluję Pani Brzezińskiej niezwykle interesującego tekstu. Miałem już przyjemność czytać jej inny esej o niemieckim kinie w Gazecie Filmowej.

"Aus Liebe zum Volk" nie widziałem, ale po tym, co tu o nim przeczytałem, z chęcią się zapoznam.

Pozdrawiam i życzę dalszych sukcesów!

Zgłoś nadużycie

Opisz, dlaczego uważasz, że ten wpis nie jest zgodny z regulaminem serwisu: