Spielberg: wojna jak malowana

Filmweb   |   autor: Agnieszka Jakimiak   |    |   Artykuł
Steven Spielberg nie podejmuje w kinie wycieczek ku temu, co się widzowi w głowie nie mieści. Najmocniejszą stroną jego kina nie jest ryzyko, rzucanie wyzwań czy przecieranie szlaków. Spielberg polega na mechanizmie oswajania.  Zamiast rewolucji proponuje stabilizację. Siła oddziaływania jego filmów rodzi się w kontakcie z widzem, a raczej z wielomilionowym audytorium.

photo.title Mistrz kina, ikona reżyserii, żyjący pomnik – Steven Spielberg stał się na przestrzeni lat kreatorem masowej wyobraźni. Miliony widzów patrzyło jego oczyma na największe wojny XX wieku, wyobrażało sobie niewyobrażalne, wybiegało w przyszłość, zagłębiało się w procesy sądowe, wnikało w przyczyny największych tragedii ludzkości. Spielberg bez wątpienia kształtuje postrzeganie rzeczywistości i spełnia w ten sposób misję założoną przez kinematografię. Ale w tym wypadku można uznać tę umiejętność zarówno za talent, jak i przekleństwo.
    
Steven Spielberg nie podejmuje w kinie wycieczek ku temu, co się widzowi w głowie nie mieści. Najmocniejszą stroną jego kina nie jest ryzyko, rzucanie wyzwań czy przecieranie szlaków. Spielberg polega na mechanizmie oswajania. Przybliża obrazy, które zdążyły wyryć się w naszych głowach, budzi wizje, czekające od dłuższego czasu na reanimację. Zamiast rewolucji proponuje stabilizację, w miejsce ewolucji wprowadza stagnację.

Dotyczy to zwłaszcza filmów wojennych, które stanowią jeden z filarów twórczości Spielberga. "Szeregowiec Ryan", "Imperium słońca" czy "Lista Schindlera" stały się kamieniami milowymi w kinie wojennym – nie wynika to z ich nowatorstwa, ale właśnie z siły przyciągania tłumów, autorskiej umiejętności wzbudzania zaufania w widzach i dramaturgii, która natychmiastowo umożliwia proces projekcji i identyfikacji. Nawet przedstawiając odległe w czasie konflikty, Spielberg unika wycieczek do stylu retro; wprost przeciwnie, posługuje się współczesnym obrazowaniem, nowoczesnym montażem, bliską widzowi kreacją bohaterów. Bez względu na to, czy akcja toczy się w Japonii, Auschwitz czy Normandii, mamy do czynienia z amerykańskim oglądem dziejów. Nie ma większego znaczenia, skąd wywodzą się postaci – osobiste opowieści wpisane w tło wielkiej historii zawsze nabierają znamion uniwersalnych.
    
Trudno analizować fenomen filmów Stevena Spielberga pod względem ich struktury, narracji, tematyki czy wykorzystanych środków.  Siła oddziaływania jego filmów rodzi się w kontakcie z widzem, a raczej z wielomilionowym audytorium. Masą, która oczekuje zaszczepienia obrazu i wyręczenia jej w pracy wyobraźni.

photo.title
"Imperium słońca"
    
Prawdziwym początkiem przygody Spielberga z kinem poruszającym tematy wojenne było "Imperium słońca" z 1987 roku. Widowiskowy obraz opowiadający historię syna brytyjskiego ambasadora, który próbuje przetrwać w Szanghaju zaatakowanym przez Japonię, został oparty o wspomnienia Jamesa G. Ballarda i ujęty w scenariusz przez Toma Stopparda. Ten background oraz wybitna obsada sprawiły, że każda z pojawiających się na ekranie postaci jest naznaczona własnym charakterem pisma. Jednak o ile można to powiedzieć o bohaterach, trudno powiedzieć to samo o opowieści lub raczej sposobie prowadzenia jej przez Spielberga.
    
Problem tkwi głównie w wyborze narracji – z pozoru mamy do czynienia z opowieścią o wojnie widzianą oczyma małego chłopca (i prawdopodobnie nie udałoby się uzyskać żadnego efektu, gdyby pozbawić film przewrotnej obecności trzynastoletniego Christiana Bale’a, który jest anarchistycznym ładunkiem wybuchowym w ustrukturyzowanym dorosłym świecie). Ale w istocie oglądamy obraz wojny stylizowany na coś obiektywnego, uniwersalny portret fragmentu rzeczywistości. Dziecko służy w tym wypadku za uzasadnienie przeprowadzenia linearnej i składnej fabuły o wojennych realiach posiadających charakter najbardziej realistyczny z możliwych.

photo.title
"Imperium słońca"

Zewnętrzny obserwator, odgrywający w filmie Spielberga funkcję Innego, ma wprowadzić zawirowanie w przedstawioną rzeczywistość. W "Imperium słońca" mały chłopiec tak naprawdę potwierdza reguły rządzące wojennym porządkiem. Aklimatyzuje się bez pytań i wątpliwości, uczy się języka, wdraża w środowisko. Spielberg błyskawicznie oswaja Innego – tak samo postąpił w "E.T.", gdzie bohater z kosmosu wprawdzie ciężko znosi ziemskie warunki atmosferyczne, ale nie ma problemu z przyswojeniem sobie poszczególnych sylab, wypowiedzeniem własnego imienia i przyzwyczajeniem się do telewizora. Wszystkie klocki pasują do układanki, nic nie jest w stanie rozsadzić ram rzeczywistości.

To droga skrajnie odmienna od tej, którą wybrał Ang Lee w "Ostrożnie, pożądanie" – opowiadając o wojnie przez pryzmat destrukcyjnej namiętności i żądzy, która zawładnęła opowieścią. I nie posiadająca tej siły, co inne historie o dzieciach wplątanych w tryby wojny – jak "Zerwać pąki, zabić dzieci" Kenzaburo Oe, gdzie osamotnieni chłopcy przeradzają się  w bezwzględnych oprawców. Ale widzowi łatwiej i wygodniej podążać za młodym, pomocnym i energetycznym Brytyjczykiem, który kocha ojczyznę i na terror patrzy z szeroko otwartymi ze zdumienia oczyma. Szczególnie kiedy te oczy należą tak naprawdę do Spielberga.
    
photo.title Sprawa wygląda podobnie w "Szeregowcu Ryanie". Amerykańscy żołnierze na brzegu Normandii, niekończące się sceny walk, wojenny harmider, rany postrzałowe, rzeki krwi – na pierwszy rzut oka ten film sprawia widzowi większą trudność, a na pewno wywołuje w nim dyskomfort. Jednak także w tym wypadku niepodważalne wartości honoru i poświęcenia, wiara w walkę mimo wszystko i wbrew wszystkiemu, nie pozostawiają miejsca na narodziny jakichkolwiek wątpliwości. Spielberg operuje prostą metaforyką, symbolami odczytywanymi w mig – już  w jednej z pierwszych scen widzimy kapitana Johna Millera (Tom Hanks), wylewającego z hełmu morze krwi. Hełm za chwilę znajdzie się na jego głowie, stając się bolesnym chrztem bojowym. Szeregowcy będą odchodzić na jego oczach, ale żadna ze śmierci nie będzie, rzecz jasna, śmiercią na marne. Absurdalna misja ściągnięcia z frontu szeregowca szybko traci znamiona absurdu – stanowi kolejne zadanie do wykonania, idealne dla dowiedzenia bohaterstwa, bezkompromisowości na polu bitwy i honoru.
    
Wizje wojny, prezentowane przez Spielberga, nie dotykają kwestii moralnej ambiwalencji, współwiny, nie stanowią oskarżenia kraju czy rządzących, nie podważają walki jako takiej. Mają za to wiele wspólnego z wojną taką, jaką chcielibyśmy widzieć. Stanowią wprost sformułowaną odpowiedź na społeczne oczekiwania i powszechne wyobrażenia o wojennym etosie. Przypominają pod tym względem albumy Madonny, które również nie wyznaczają nowych szlaków, ale doskonale wpasowują się  w obowiązujące trendy. Nie przewidują zapotrzebowań widzów, lecz je diagnozują.
    
Być może największym odstępstwem od tego stylu w filmografii Spielberga jest "Monachium" – film, w którym kryzys wojenny pozostaje w tle, na pierwszy plan natomiast wysuwa się zamach terrorystyczny w czasie Igrzysk Olimpijskich w 1972 roku. Zamiast kreślić hiperrealistyczną wersję wydarzeń, Spielberg zbliżył się w tym wypadku do konwencji kina z lat siedemdziesiątych. Widać w tym filmie echa dzieł Sydneya Pollacka, Coppoli, Williama Friedkina. Scenariusz Tony'ego Kushnera i Erica Rotha pozwolił na subtelne pomieszanie małych i wielkich narracji, niejednoznaczne oświetlenie poszczególnych wątków, wprowadzenie misternych relacji między postaciami – czyli elementy nowatorskie w kinie Spielberga. Nietypowym akcentem okazała się także kwestia ideologicznego rozdarcia Avnera, granego przez Erica Banę (przeprowadzona już nie tak delikatnie, ale wywołująca ferment w narracji).

photo.title   photo.title
"Monachium"

Kolejny film w dorobku Spielberga, "Czas wojny", wchodzi właśnie na ekrany. Przeprowadza widza przez fronty pierwszej wojny światowej, ale tym razem epicka historia koncentruje się na zwierzęcym bohaterze – koniu Joeyu. Rumak przechodzi z rąk do rąk, wbrew swojemu powołaniu pracuje na roli, walczy na linii ognia, staje się milczącym bohaterem wojny. Spielberg znów postawił akcent na perspektywę jednostkowego obserwatora. I bez względu na to, czy zwyciężył w tej rozgrywce, film trzeba zobaczyć. Chociażby po to, żeby dowiedzieć się, jak chcemy wyobrażać sobie pierwszą wojnę światową. I jaką odpowiedź na nasze zapotrzebowania wystosował Steven Spielberg.

zobacz też:

komentarze

Dodaj komentarz

Nudnawy film o koniu. Jak to zwykle bywa na sile doczepia sie bohaterska latke ludziom ktorzy mordowali innych w imie rozkazow politykow pijacych kawke... Nie dajcie sie nabrac na kolejny film z serii "dobro vs zlo" i dobrych konikach.

Najlepiej wspominam tytuł Szeregowiec Rayan oraz Kompanię Braci, Pacyfik też jest dobry... ale trochę nudnawy

"War horse" Film wspaniały, bardzo poruszający i w dużej mierze dający do myślenia. Oczywiście zdaje sobię z tego sprawę że sporo ludzi oceni ten film źle, powie że jest słaby, ale osoby które umieją skupić się na przekazie filmu na pewno go docenią. Jeszcze nigdy żaden film, a na wielu byłam nie wzruszył mnie tak bardzo i nie dostarczył tylu emocji co ten. Film rewelacja! Gorąco polecam! Szczególnie osobą króre kochają konie i ludzi.

Piszecie o ludzkich momentach i obliczach wojny? Jesli ktos chcialby POCZYTAC jak to bylo w sumie naprawde polecam serie ksiazek SVENa HASSELa tom mozna przeczytac naprawde sokujace rzeczy, ktorych w 4 pancernych nie bylo nam dane zobaczyc - picie i pedzenie non stop alkoholum dziwki, brutalne walki na saperki i bagnety ale wlasnie i te ludzkie momentu gdzie zolnierze poprostu wychodzili z okopow i rgali wzajemnie w karty oraz wymeniali sie pisemkami i zdjeciami erotycznymi :)
http://pl.wikipedia.org/wiki/Sven_Hassel

War Horse - Behind the Scenes

http://www.youtube.com/watch?v=vBTAr2LVwHM&feature=relat...

Familijne tak, ale scena egzekucji tych dzieciaków raczej nie dla dzieci......film bardzo poruszający.

@portal1000
Faktycznie, cywilizowane społeczeństwo to takie, które wyrzyna się wzajemnie a zabicie konia jest już karygodne.

Ja mam czasami wrażenie, że w jego kinie wojennym jest duch dawnego świata. Klimat jego filmów kojarzy mi się z rozejmem świątecznym w czasie pierwszej wojny na froncie zachodnim, kiedy to żołnierze, którzy na co dzień do siebie strzelali wyszli z okopów i razem śpiewali kolędy. Taka łagodność, której bardzo potrzebujemy, a której dzisiejsza cywilizacja nie daje. A tak z innej beczki "Imperium słońca" jest po prostu genialne.

zmartwilem sie ze ten Murdoch zdefraudowal duza kase Spielberga ale widac ze to nie wplynelo na Stevena film WAR HORSE masakruje wewnetrznie dawno nie chodzily mi ciarki po plecach ogladajac ten rewelacyjny film ... kocham Cie steven :) dzieki

Bardzo fajny artykol ! najbardziej spodobalo mi sie stwierdzene ze Spielberg POKAZUJE NAM WOJNE TAKA JAKA CHCIELIBYSMY WIDZIEC. Zgadzam sie w tym w pelni – bylem na wojnie 2 razy, na bliskim wschodzie i w Afganistanie no i dzisiejsza wojna to... rutyna, czekanie w ekscytacji na poczatku a potem odliczanie dni do powrotu do kraju, i ot czasem cos sie zdarzy – ale nie spektakularne strzelanki jak w kinie akcji tylko jakies BU gdzes tam z boku... To jest dzisiejsza wojna. Tak naprawde to wzglednie realnie jest to pokazane tylko w JARHEAD i troche w HURT LOCKER –W PULAPCE WOJNY. Jestem ciekaw czy Stevie zrobi kiedys jakis konkretny film o dzisiejszych konfliktach wlasnie i czy pokarze o co w nich tak naprawde chodzi – o pieniadze, rope, miejsce zbytu broni dla korporacji zbrojeniowych i o nabijanie kabzy najwiekszych >aliantow< i jakie amerykanscy zolnierze maja idiotyczne procedury postepowania, ale raczej watpie czy taka wizja moze wyjsc spod reki Sielberga a szkoda...

WAR HORSE to film skierowany na pewno do inego (młodszego) odbiorcy niż Lista Schindlera i Szeregowiec Ryan, nie mniej jest to kino bardzo sugestywne, chwilami brutalne i surowe, a momentami wzruszające i dydakyczne.


Jak dla mnie kolejna pozycja must-see w filmografii Stevena Spielberga.

niezły tekst, właściwie bardzo dobry tekst, nareszcie wypowiada się ktoś kto ma jakiekolwiek pojęcie w temacie, oby nie okazało się że to zrzynka bo artykuł jest naprawdę godny uwagi, pełen celnych obserwacji, słowem interesujący

Ten film jest dobry pokazuje, że ludzie którzy są w stanie wojny potrafią przełamać pewne bariery.
I wojna Światowa, Ludzie którzy tam walczyli potrafili porzucić broń i np: 24 Grudnia uczynić z tego dniem wolnym od Codziennosci jaka narzucili im panowie w Garniturach. i Pożartować porozmawiać. By oderwać się od wojny Biurokratów.

miał wzloty i upadki , ale wielkich klap, jak np. Scott czy Zemeckis nie zaliczył

http://srecenzje.blox.pl/html

@LeoMessi86
Polecam film "Boże narodzenie", lecący obecnie na Ale kino. Zobaczysz tam jakie cuda się zdarzały na tej wojnie. A owa rozmowa to jedna z najlepszych scen tego bardzo przeciętnego w gruncie rzeczy filmu.

LeoMessi86 - świadkiem ilu rozmów Anglików z Niemcami podczas I wojny byłeś, że jesteś takim znawcą? Na wojnie dzieją się rzeczy, których nie byłbyś w stanie sobie nawet wyobrazić.

Obejrzałam film i początek był trochę nudny ale końcówka bardzo wzruszająca. Polecam.

Po pierwsze kto przetlumaczyl orginalny tytul na jezyk polski gratuluje analfabecie.Po drugie jak ktos chce sie meczyc ponad dwie godziny ogladajac taki nudny film o koniu to powodzenia.To chyba najgorszy film Stevena Spielberga!POLECAM Niezwyciezony Sekretariat.

War horse! ARCYDZIEŁO!

AutorAutor - dobrze prawisz :)

Chyba celowo i pod tezę pominięto w tekście "Listę Schindlera".

LeoMessi86

Niedawno na angielskim kanale opowiadano jak traktowano konie podczas I wojny światowej. Na wojnę wysłano 1mln koni , powróciło około 10 000. Jesteśmy cywilizowanym społeczeństwem,a zwierzęta traktujemy jak karaluchy.

o Liscie Schindlera zabrakło akapitu

Dobry materiał, Spielberg jest Wielki, ale Czas wojny mnie osobiście nie zachwyca, nie lubię naiwnego kina familijnego a za taki uważam ten film.

Artykuł jednostronny, z tego też względu niesprawiedliwy:
"Steven Spielberg nie podejmuje w kinie wycieczek ku temu, co się widzowi w głowie nie mieści. Najmocniejszą stroną jego kina nie jest ryzyko, rzucanie wyzwań czy przecieranie szlaków. Spielberg polega na mechanizmie oswajania. Przybliża obrazy, które zdążyły wyryć się w naszych głowach, budzi wizje, czekające od dłuższego czasu na reanimację. Zamiast rewolucji proponuje stabilizację, w miejsce ewolucji wprowadza stagnację".

Zdanie to nie znajduje potwierdzenia choćby pierwszym z brzegu "KOLORZE PURPURY".
Filmie o zniewolonej murzyńskiej społeczności w tzw. wolnym kraju. Spielberg rozlicza tym filmem własny kraj z historii, z przesłości, z niewolnictwa i segregacji rasowej. Bodaj jako pierwszy reżyser z takim impetem oddał w pełni głos społeczności afroamerykańskiej. A czyniąc główną bohaterką (wiernie, za książką Alice Walker) dziewczynkę Celie, gwałconą przez swego ojca, a następnie męża, któremu została sprzedana jak towar nikogo nie oswaja. Z pewnością nie widza. Wrecz przeciwnie. To film rozdzierający i bolesny do samego końca. Film jest obrazem gehenny jaką bohaterka musiała przejść, by wybić się na niepodległość (także seksualną, bardzo późno zdaje sobie sprawę, że jest lesbijką, zakochuje się w śpiewaczce Sug Avery).

Podobnym przykładem jest "Pojedynek na szosie" , metaforyczny pojedynek Dawida z Goliatem, okupiony ogromem trudu, wysiłku, upokorzenia bohatera filmu.

"Lista Schindlera" zaś była pierwszym (od czasu "Wyroku w Norymberdze" Kramera) filmem amerykańskim tak bezpośrednio przedstawiającym holokaust. Nie znajduję innego reżysera, który miał wówczas odwagę w ogóle poruszać temat nazizmu i eksterminacji Żydów i nie tylko.

W "Szeregowcu Ryanie" zaś Spielberg nie zapomina, że misja ratowania Ryana przez 8 żołnierzy jest absurdalna i bezsensowna. Nie nadaje jej sensu. Sens nadaje samej ofierze, którą tych 8 złożyło. Takie akty herozimu są składową każdej wojny. Kwestionowanie aktów odwagi jest głupotą.

Gdyby Spielberg nie ryzykował, do dziś traktowany byłby jako reżyser Indiany Jonesa, Parku Jurajskiego, ET.
Tymczasem "Kolor purpury", "Imperium słońca", "Lista Schindlera", "Amistad", "Szeregowiec Ryan", Monachium" nie pozwalają tak sądzić. Bez względu na artystyczną wartość jego obrazów, odwaga podejmowania różnych tematów nie podlega dyskusji.

Szkicował konia, aby następnie wysłać ten obrazek jego prawowitemu panu.

w trailerze on szkicuje swojego konia...normalny facet na wojnie pewnie szkicuje swoja dzieczyne (nago), kto co lubi ;-)

Jedno co mi się w tej "wojnie" podobało, to że w końcu Niemcy nie zostali ukazani gorzej od rywala (Anglików).
Ogólnie jednak, to nie jest żaden film wojenny tylko kino familijne, a rozmowa szkopa i angola przy zaplątanym koniu, to kompromitacja Spielberga...
Ja dałem 7, choć chyba zmienię ocenę na 6.

Zgłoś nadużycie

Opisz, dlaczego uważasz, że ten wpis nie jest zgodny z regulaminem serwisu:

zmierz Twój gust filmowy!

Oceń 50 filmów, a otrzymasz rekomendacje filmów w Twoim guście!

1998
1998-09-11
1998-07-24
2011
2012-01-13
2011-12-04
1987
1987-12-31
1987-12-09
2005
2006-01-27
2005-12-23

newsy

zobacz wszystkie newsy

gorące newsy

magazyn