Filmweb sp. z o.o.
http://www.filmweb.pl/article/WFF+2017%3A+W%C5%82%C3%B3cz%C4%99dzy+i+aktorzy-125470

WFF 2017: Włóczędzy i aktorzy

Ostatni weekend Warszawskiego Festiwalu właśnie się rozpoczął, a my rzutem na taśmę recenzujemy jeszcze kilka filmów: "Djam" Tony'ego Gatlifa, "Pomiędzy słowami" Urszuli Antoniak, "Zabicie świętego jelenia" Yorgosa Lanthimosa i "Zabić arbuza" Gao Zehao.

thumb_52918_media_image_1144x724.jpg

Śpiew peryferii ("Djam", reż. Tony Gatlif)

W "Djam" Gatlif wraca zbrojny w standardową miksturę: wciąż fascynują go pogranicza i ich mozaikowa, hybrydyczna kultura; dalej kocha wygnańców, ludzi niezakorzenionych w żadnym konkretnym "tutaj", nieuznających barier i norm – językowych, płciowych, obyczajowych – a przy tym oddychających lokalnością i mądrością ludowych porzekadeł. Zmieniło się natomiast jedno: mój stosunek do jego wrażliwości. W tym, co kiedyś brałem za romantyczne klisze, obecnie widzę próbę dowartościowania peryferii i wielką zawodową uczciwość. Nowy Gatlif jest absolutnie pozbawiony pretensji: to jednocześnie typowe kino drogi, muzyczna baśń o dziurawych jak ser granicach między kulturami i tożsamościami, dramat o przeoranej kryzysem Grecji. Kino ani wielkie, ani małe, za to bardzo żywe. Zapraszające nie do obserwacji "na chłodno" czy beznamiętnego cykania fotek, ale do doświadczania i współodczuwania.

Poczesne miejsce w tym zmysłowym "przeżywaniu" peryferii odgrywa muzyka z pogranicza Grecji i Turcji: pieśni o miłości, porażce i wykorzenieniu. Tak samo "płynne" jak główna bohaterka filmu: raz ekstatyczne, radosne, seksualne, za chwilę rzewne i melancholijne. Djam dzieciństwo spędziła w Paryżu, a teraz – po śmierci matki – mieszka z ojczymem na statku wycieczkowym zacumowanym u wybrzeży Lesbos. Trudno powiedzieć, ile ma lat i czym się w życiu zajmuje: miejscowi mają ją za pół-wariatkę, bo nie uznaje żadnych obyczajowych tabu, brata się z każdym i każdą, ufa intuicji. W Stambule ma załatwić sprawunki dla "wujka", potargować się z rzemieślnikami o cenę korbowodu do zepsutej łodzi, bo w kraju kryzys i drogo. Szlaja się więc po ulicach metropolii, tańczy i śpiewa, aż w końcu wpada na inną wagabundkę, młodą Francuzkę, której w drodze na misję humanitarną w Syrii ukradziono plecak i pieniądze. Djam zabiera dziewczynę w podróż powrotną na Lesbos – raz taksówką, raz pociągiem, ale głównie "z buta", bo w Grecji transport działa od strajku do strajku. I tak przejście z punktu A do punktu B zamienia się we frywolne snucie i tułanie, wchłanianie każdym porem skóry atmosfery europejskiej prowincji, na której kryzys gospodarczy odciska coraz bardziej niszczące piętno.

Zdziwi się jednak ten, kto spodziewa się po Gatlifie jakiejś opowieści o smutku niezakorzenionych: tułaczka jest w "Djam" przywilejem, podobnie jak możliwość życia ponad granicami państw. Rzeczywistość się zmieniła, Europa przestała być ostoją gościnności, a posiadanie odpowiedniego wyglądu i ważnego paszportu to warunek wejścia w uwielbiane przez filmowców buty snujów i podróżniczek. Ponadgraniczna mobilność ma więc swój mroczny rewers, swoje demony: dziewczyny wchodzą z Azji do Europy dokładnie tą samą trasą, którą jeszcze do niedawna przemieszczali się uchodźcy z Bliskiego Wschodu. Bohaterek nikt jednak nie niepokoi, kontrola jest rutynowa, swoboda – niemal nieograniczona. Niestety, w wątku uchodźczym Gatlif stawia o jeden krok za daleko, podobnie w sentymentalnym finale – niespodziewanie porzuca dyskrecję na rzecz okrągłych deklaracji, gry w otwarte karty (zdjęcia wyrzuconych przez morze kamizelek ratunkowych, cmentarzyska kutrów etc.). Tak jakby fakt, że akcja przenosi się ostatecznie na Lesbos, miał usprawiedliwiać gwałtowne wymachy scenariuszową łopatą.

Całą recenzję Marcina Stachowicza można przeczytać TUTAJ.


Aliens ("Pomiędzy słowami", reż. Urszula Antoniak)

Urszula Antoniak wznosi się tym razem na poziom meta: zarazem daje nam najlepiej obsadzonego w historii Jakuba Gierszała, jak i opowiada o egzystencji jako roli, o próbie zmiany życiowego emploi. Wychowany za zachodnią granicą Gierszał, bezbłędnie mówiący po niemiecku, ze swoją posągową, aryjską urodą i powściągliwym sposobem bycia, jest idealnym odtwórcą postaci Michaela. Michaela, a w zasadzie: Michała, mieszkającego w Berlinie Polaka, który odciął się od korzeni, ułożył sobie życie jako bogaty prawnik i "gra" Niemca. Przechadzający się w nowoczesnych wnętrzach, gładki i wyprasowany niczym model z Billboardu, z perfekcyjnym akcentem, Michał nie pasuje do wygodnych myślowych szufladek. Nie jest ani figurą emigranta zmagającego się z własnym nieprzystosowaniem na obczyźnie, ani tym bardziej figurą emigranta-Polaka. Zamiast pielęgnować mit narodowej Arkadii, stara się przecież wymazać ze swojego imageu wszelkie ślady polskości. Co to za Polak, który chce zostać Niemcem! - zakrzyknąłby zapewne na jego widok jakiś zagorzały patriota. Zakładając oczywiście, że rozpoznałby w nim rodaka - nikłe szanse.
  
Pomiędzy-słowami-1.jpg


Jest tu trochę z Gombowiczowskiej zabawy w od-pupianie i ucieczkę od gęby, a trochę z pokoleniowego marzenia wyrażonego przez Dominikę Dymińską w książce "Danke". Młoda pisarka w swoim samozwańczym "poemacie romantycznym" postulowała przecież: "nie wieder heimat, nie wieder warschau, nie wieder polen". Niby też w języku romantyków, ważne jednak, że nie Polaków. Gierszałowski Michał, dzięki karnacji oraz perfekcyjnemu niemieckiemu, może zrealizować to marzenie - niedostępne choćby dla identyfikowalnych przez sam kolor skóry uchodźców z Afryki, których mija na ulicy i w obronie których staje w sądzie. Ale polskość i tak wypływa na wierzch. Rysa na perfekcyjnej fasadzie Michała pojawia się wraz z przybyciem ojca, Stanisława, uznanego za zmarłego, niewidzianego od lat. Wymięty, stanowiący całkowite przeciwieństwo Gierszała Andrzej Chyra jest tu trochę jak fantom z porzuconego kraju: jakiś romantyczny duch, włócząca się tu i tam artystyczna dusza. Niby obywatel świata, a jednak do szpiku kości polski.

Antoniak z premedytacją organizuje starcie dwóch tak różnych aktorskich - i życiowych - emploi. Bohaterowie Gierszała i Chyry nie tylko zmagają się z własnymi maskami, ale i przeglądają w sobie nawzajem, testując role "ojca", "syna", "emigranta", "obcego". Role w równej mierze auto-kreowane, co kształtujące się w relacji, dopowiadane przez kontekst, przez kontakt z drugą osobą. Panowie wyruszają w miasto, trochę rozmawiają, trochę mierzą się wzrokiem, testują: kto odniósł sukces, kto się sprzedał, kto przegrał, kto wygrał. A kontrapunktem dla tego męskiego wzajemnego sondowania jest pierwiastek żeński: postać mieszkającej w Berlinie Polki (Justyna Wasilewska). Majacząca gdzieś na marginesach filmu dziewczyna pokazuje inną, trzecią drogę gry w emigrację. Bliższą zabawie, luźniejszą, bez kurczowego trzymania się pisanych wielką literą Tożsamości. Manifest? Trudno powiedzieć. Można jedynie wyliczyć poszlaki: Antoniak jest kobietą i emigrantką (mieszka w Holandii), a Wasilewska nieco przypomina ją urodą. 

Całą recenzję Jakuba Popieleckiego można przeczytać TUTAJ.


Sezon na jelenia ("Zabicie świętego jelenia", reż. Yorgos Lanthimos)

Zaczyna się jak thriller, rozwija jak thriller i kończy jak thriller. Ale wbrew pozorom "Killing of a Sacred Deer" thrillerem nie jest, przynajmniej nie takim, do którego przyzwyczaiło nas Hollywood. Raczej parafrazą Księgi Hioba, wariacją mitu o Agamemnonie oraz Dostojewskim na sterydach. Słowem, połączeniem, które mogło narodzić się tylko w głowie Yorgosa Lanthimosa, twórcy "Kła" i "Lobstera". Na dobre i na złe. 

killing-of-a-sacred-deer-kidman-farrell.jpg

Steven (Colin Farrell) i Anna (Nicole Kidman) to małżeństwo lekarzy z Cincinnati. Mają przestronny dom, duży samochód i dzieciaki z lśniącymi włosami. Rysą na ideale okazuje się jednak orbitujący wokół rodziny nastolatek Martin (Barry Keoghan). Steven spotyka się z nim, obdarowuje prezentami, odwiedza w domu i zaprasza do siebie. Tymczasem chłopak coraz lepiej czuje się w towarzystwie nowych przyjaciół, zaczyna uwodzić ich córkę, zawłaszcza coraz więcej ich czasu i przestrzeni. Na początku wydaje się, że odkrycie sekretu Martina zatrzęsie w posadach związkiem bohaterów. Później – gdy reżyser częściowo odkryje karty – całość skręci w stronę opowieści o psychopacie powoli rozmontowującym poczucie bezpieczeństwa zamożnej rodziny. Nic bardziej mylnego. Snujący opowieść o grzechach przeszłości, które zostają wypalone na naszej duszy niczym piętno, Lanthimos zsyła na bohatera cierpienie o iście biblijnej skali, a następnie zmusza do pokuty. 

Reżyser buduje wokół bohaterów tajemnicę przez wielkie T. Pomagają mu w tym zarówno długie ujęcia, w których kamera śledzi Stevena w ciasnych, szpitalnych korytarzach, jak i dudniąca, operowa muzyka. Coś wisi w powietrzu, a tym czymś jest antyczna tragedia. Lanthimos stopniowo ogranicza poczucie bezpieczeństwa bohaterów i komfortu widza, a jako że jest wybitnym stylistą i świetnie prowadzi aktorów, przynosi to momentami piorunujący efekt. Farrell gra faceta na krawędzi całkowitej bezradności, tonącego w morzu frustracji, bez ostrzeżenia eksplodującego gniewem. Kidman jest równie dobra, ze swoją firmową mieszanką dystyngowanego chłodu i subtelnej empatii. Całe show kradnie jednak Keoghan w roli Martina – pod względem urody i charyzmy wyrwany jakby z kina realizmu społecznego, ale objawiający też drugą twarz – oblicze bezlitosnego fatum. Lanthimos, pełniący również funkcję współscenarzysty, ponownie każe aktorom grać na granicy autyzmu, w czym pomagają mu firmowe, lakoniczne dialogi. Nadaje to filmowi nieco surrealistyczną aurę i pracuje na korzyść dramaturgii.  

Całą recenzję Michała Walkiewicza można przeczytać TUTAJ.


Bajka o dzikich arbuzach ("Zabić arbuza", reż. Gao Zehao)

Dlaczego hodowane arbuzy dają uszkodzone owoce? Czy syn powinien słuchać swojego ojca? Czy mówienie prawdy się opłaca? I czy brutalny morderca może być dobrym człowiekiem? Refleksje nad tymi kilkoma pytaniami drastycznie przewartościują życie bohatera "Zabić arbuza" i sprawią, że zacznie on patrzeć na swój kraj z zupełnie nowej, obcej mu do tej pory perspektywy. A my jako widzowie będziemy mieli szansę za sprawą jego wewnętrznej podróży dowiedzieć się czegoś na temat realiów Chińskiej Republiki Ludowej i destrukcyjnego wpływu jej doktryny na jednostkę. 

vUaCAwj3cO_06b0262ba8eb19390d17e01e8563ba16772ce6fe.jpg

Bohaterem filmu jest prostoduszny rolnik Chan – hodowca arbuzów – który na czas zbierania plonów mieszka w niewielkiej chatce na skraju pola. Z rozmów, jakie prowadzi z żoną, a potem z sołtysem dowiadujemy się, że Chan ma złote serce i nie potrafi walczyć o swoje. W jego poddańczej postawie coś zacznie pękać, gdy odbędzie rozmowę z pewnym filozofującym przybyszem. Opowiedziane przez gościa anegdoty – jedna o dzikich arbuzach, druga o pewnej świni, która nauczyła się imitować sygnał końca pracy – zasieją w Chanie ziarenko wątpliwości we wszystko, w co do tej pory wierzył, bądź też w co kazano mu wierzyć. Prawda, którą Chan pozna o tajemniczym przybyszu, doprowadzi go do kolejnych refleksji. I dalszych znaczących zmian w życiu. 
 
"Zabić arbuza" to typowy film festiwalowy –  taki, w którym niewiele się mówi, a jeszcze mniej się dzieje; porusza jednak ważki temat i stara się to robić w możliwie wyszukany sposób. Oszczędne środki wyrazu i wymagająca tematyka to jednak nie jedyne aspekty, które sprawią, że popularność filmu nie wyjdzie prawdopodobnie poza festiwalowe kuluary. Największą słabością "Zabić arbuza" jest jego płytka i aż nazbyt czytelna metaforyka. No bo co niby symbolizuje arbuz? A taki, który jest pęknięty? A kim może być świnia? Jeśli nie domyślicie się za pierwszym bądź drugim razem, będziecie mieli jeszcze szansę za trzecim. Na wszelki wypadek – bohater powie wprost, kogo uważa za takiego uszkodzonego arbuza. 

Całą recenzję Doroty Kostrzewy można przeczytać TUTAJ.

zobacz też: