Walkiewicz: Wszyscy kochają Pixara

Filmweb   |   autor: Michał Walkiewicz   |    |   Artykuł
INIEMAMOCNI

Już w ten piątek wielki finał trylogii "Toy Story". Dzieci traktować jak dorosłych, zaś dorosłych nie zmuszać do ponownej wędrówki po krainach dzieciństwa - oto strategia studia Pixar, które dzieli i rządzi w mainstreamowej animacji.  


Siedziba firmy Disney Pixar, Emeryville, Kalifornia. Przestronny gabinet, w środku akwarium, pod ścianą pluszowy niedźwiadek, w szklanej gablocie odnaleziony Nemo,  Potwory i spółka, Pan Iniemamocny, Oscar pierwszy, drugi i dwudziesty piąty. "Dawaj, Jimmy, co tam dla mnie masz?" – pyta Decydent, facet w okularach i hawajskiej koszuli. "Będziesz zachwycony" – odpowiada Pomysłodawca, facet w okularach i t-shircie z logo firmy, spocony, podekscytowany. "Ustaliliśmy z chłopakami, że teraz najlepiej pójść w sci-fi. Mamy już świat, mamy bohatera. To będzie bomba! Skrzyżowanie "Krótkiego spięcia" z "Odyseją kosmiczną", a na dokładkę "Dzielny mały toster". Bohaterem będzie robot. Mały robot. Robocik. Został na Ziemi, bo wszyscy już tę Ziemię zaśmiecili i wyjechali. No i on został, żeby posprzątać. Mały, zabawny koleżka: duże oczka, śmieszne mechaniczne łapki. Sprząta ten robocik i sprząta, a w wolnych chwilach ogląda Hello, Dolly! i opiekuje się karaluchem. Raczej nie mówi, więc oszczędzimy na dubbingu. Potem przylatuje do niego taki iPod, wiesz, ukłon w stronę Steve’a. I ten iPod też nie mówi. Ale się w sobie zakochują, pomimo tego milczenia, bo ten iPod jest raczej dziewczyną, a ten robocik raczej chłopcem. Tylko że ona, ono… no ten iPod zostaje porwany i robocik rusza mu, jej… temu na ratunek. W gwiazdy. A na orbicie znajduje wielki statek pełen grubasów. No sam rozumiesz, te grubasy to my! Ludzie. Tak sobie żremy, żremy i jesteśmy grubi. To taka wizja, że za kilkaset lat nasza planeta będzie zaśmiecona, a my będziemy tłuści na tej orbicie siedzieć. A bazą będzie sterował zły komputer-matka. Niech mówi głosem Sigourney Weaver. Wiesz, takie mrugnięcie oczkiem. Dzieciaki będą zachwycone!

photo.title Taka scena prawdopodobnie nigdy nie miała miejsca, ale gdyby miał kiedyś powstać utwór fabularny o studiu filmów animowanych Pixar, powinna się w nim znaleźć. Przypadałaby mniej więcej na punkt kulminacyjny – oto zatwierdzony zostaje pomysł, którego żaden producent kierujący się racjonalnymi przesłankami zatwierdzić nie powinien. Robocik dostaje na imię Wall-E (Wysypiskowy Automat Likwidująco-Lewarujący klasa E), a obraz zostaje skierowany do realizacji. 180-milionowy budżet na świecie zwraca się trzykrotnie, film wygrywa m.in. Złoty Glob i Oscara dla najlepszej animacji. Na stronie rottentomatoes.com zgarnia ocenę rzędu 96 procent, zaś magazyn "Time" umieszcza go na prestiżowej liście najważniejszych dzieł dekady. Dla jego twórców to małe piwo. Już wkrótce, wraz z premierą "Odlotu", po raz kolejny rozbiją bank. Ich następne dziecko otworzy festiwal w Cannes, z kolei John Lasseter, współzałożyciel studia oraz szef produkcji Disney Animation i Pixar Animation Studios, odbierze w Wenecji nagrodę za całokształt twórczości. "Odlot" zostanie nominowany do Oscara w kategorii Najlepszy film, powtarzając tym samym sukces "Pięknej i Bestii" z 1991 roku. Nikt się nie dziwi, w narodzie panuje zgoda – to czas Pixara. Jeśli nie oni, to kto? Jeśli nie teraz, to kiedy?


Rodeo na gigancie

photo.title Prahistoria studia sięga czasów rozkwitu Kina Nowej Przygody i związana jest bezpośrednio z ojcem chrzestnym tegoż nurtu – George’em Lucasem. To on utworzył w swoim Lucasfilmie dział Computer Division, a w nim pododdział Graphics Group (ostatecznie: Pixar Computer Animation Group), zajmujący się badaniami nad raczkującą trójwymiarową animacją. Zanim firmę w 1986 roku odkupił od Lucasa sam Steve Jobs, ikona branży komputerowej, współzałożyciel i prezes koncernu Apple, specjaliści z Graphics Group, w tym zatrudniony w 1984 roku Lasseter, zdążyli zaprojektować dla potomności drugą Gwiazdę Śmierci ("Powrót Jedi"), symulację "efektu Genesis" ("Star Trek 2: Gniew Khana") oraz witrażowego rycerzyka ("Piramida strachu"). Jobs odkupił studio za śmieszną z dzisiejszej perspektywy kwotę 10 milionów dolarów. Jeszcze w tym samym roku światło dzienne ujrzała pierwsza animacja, sygnowana znakiem firmowym Pixara – "Luxo Jr". Biurowa lampka z nominowanej do nagrody Akademii krótkometrażówki stała się maskotką studia. Od tamtej pory przed każdym seansem uparcie maltretuje literkę "i" z logo firmy.   

Po przenosinach do nowej siedziby w Richmond w Kalifornii (ostatecznie zmienionej na kalifornijskie Emeryville) firma zaczęła zajmować się realizacją krótkometrażówek, jednocześnie działając w branży reklamowej. Kolejne technologiczne nowości (m.in. zaawansowany program do animacji CAPS i narzędzie do renderingu Photorealistic RenderMan) zapewniły jej status jaskółki cyfrowej rewolucji. Po podpisaniu umowy z Walt Disney Pictures na trzy pełnometrażowe filmy w 1991 roku Pixar przystąpił do realizacji nowego projektu, pierwszego w całości generowanego przez komputer filmu animowanego. Pięć lat później, jedną z oscarowych kategorii zapowiadali specjalnie dla telewidzów bohaterowie tejże animacji – dziecięce zabawki, kowboj Chudy oraz astronauta Buzz Astral. Kinematografia miała za sobą kolejny przełom.
 
photo.title "Toy Story" (1995) w reżyserii Lassetera oraz jego sequel (1999, również Lasseter), który ostatecznie nie został objęty kontraktem z Disneyem, zapewniły twórcom nieprawdopodobny sukces kasowy i frekwencyjny. Pomiędzy dwiema odsłonami trylogii twórcy zrealizowali  pierwszy film dla giganta z Burbank – "Dawno temu w trawie" (1998) Lassetera. Symbolicznie zainicjowali tym samym rywalizację z DreamWorks, podbijającym rynek swoją "Mrówką Z". Lecz dopiero u progu nowego wieku doszło do kluczowych zmian w strukturach Pixara. Ed Catmull, pierwszy szef Graphics Group, został mianowany na prezesa studia, zaś Lasseter podpisał z wytwórnią dziesięcioletni kontrakt. Na efekty nie trzeba było długo czekać. Następne filmy – "Potwory i spółka" (2001) Pete’a Doctera, "Gdzie jest Nemo" (2003) Andrew Stantona oraz "Iniemamocni" (2004) Brada Birda – wzięły szturmem amerykańskie kina.

Po wielu konfliktach na linii Pixar-Disney za panowania w Burbank Michaela Eisnera, nadeszły kolejne zmiany. Eisnera zastąpił dążący do ocieplenia stosunków ze studiem Robert Iger. Na początku 2006 roku Disney ostatecznie wykupił Pixara, płacąc za spółkę 7,4 miliarda dolarów. Rywalizacja z Dreamworks przybrała tymczasem niespodziewany obrót. Wbrew oczekiwaniom prasy, wieszczącej koniunkturalne rządy Disneya, studio zwróciło się w stronę dojrzalszego kina i dojrzalszego widza. Bardzo szybko cyferki potwierdziły słuszność takiej polityki. Dziś eksploatujące shrekową franczyzę DreamWorks nawiązuje z Pixarem równorzędną walkę o wpływy z kin, ale pod względem artystycznym pozostaje bladym tłem dla chłopców z Emeryville.

Cyfrowy smutek i żal z komputera

Kiedy w 2008 roku Wall-E zaczynał wielkie sprzątanie świata, po ekranach szalała "Kung Fu Panda". Niewybredne dzieciaki wolały zaciągnąć rodziców na produkcję DreamWorks, i trudno im się dziwić. Poetyka "Wall-E'ego" oddaje w dużej mierze strategię artystyczną Pixara: skłonność do ryzyka, rozmywanie kategorii projektowanego odbiorcy, niechęć do "powierzchownej" intertekstualności, sprowadzającej cytat do roli gagu, i przede wszystkim – pragnienie zabawy paradoksami kina. "Wall-E" jest filmem pełnym sprzeczności: efektownym i surowym, kameralnym i epickim, ckliwym, ale nie kiczowatym. Przygody robocika uzmysławiają skalę zamierzeń Pixara: dzieci traktować jak dorosłych, zaś dorosłych nie zmuszać do ponownej wędrówki po krainach swojego dzieciństwa.   


Na przełomie ostatnich piętnastu lat wyraźnym trendem w mainstreamowej animacji stało się kokietowanie starszego widza. Zarówno DreamWorks, jak i Pixar podążyli za tą modą, przyjęli jednak różne taktyki. Podczas gdy studio z Glendale w Kalifornii próbowało ze zmiennym szczęściem kontynuować spopularyzowaną przez "Shreka" "grę w skojarzenia" (zgadnij, jaki to film), Pixar nie zrezygnował z klasycznej tradycji narracyjnej. Postawił na "towar" deficytowy – szczerość i bezpretensjonalność. Humor i forma przestały być woalem, przesłaniającym myślową pustkę. Żadna metafora nie była odpuszczona, a fabuły zostały wyjęte z wszelkich "ironicznych nawiasów". Świat zabawek z "Toy Story" odbijał relacje zachodzące w świecie ludzkim, związek między ojcem-szczurem a synem-szczurkiem z "Ratatuja" (2007) Brada Birda był odzwierciedleniem znanych z naszej codzienności międzypokoleniowych starć, z kolei superbohaterska rodzinka z "Iniemamocnych" miała problemy z dobraniem odpowiedniego skafandra na misję, ale i ze wspólnym życiem pod jednym dachem. Nawet w nie do końca udanych "Autach" (2006) Lassetera twórcy nie  uciekli w kpinę i nie przerwali sentymentalnego przeglądu mitów amerykańskich bezdroży.

photo.title Twarze mają w filmach Pixara ryby, auta, maszyny, zabawki. Malujące się na nich emocje nie są tylko głupawymi minami, komediowymi zapalnikami. Widać tu wpływ klasycznego Disneya – aby przesłanie wybrzmiało, musi być podane całkiem serio. Spełnienie tego warunku owocuje niezwykłym napięciem między bohaterami. Są oni angażowani w skomplikowane relacje, mają swoją przeszłość, która determinuje ich losy i przyszłość, na którą czekają wraz z widzem. Emblematyczne jest tu pierwsze dwadzieścia minut "Odlotu", podczas których poznajemy koleje losu Carla Fredricksena – jego młodość, pierwszą miłość, szczęśliwe chwile spędzone z żoną, potem jej śmierć. Wracamy do teraźniejszości, gdzie 78-letni Fredricksen pielęgnuje wspomnienie po najdroższej. Żal i smutek wpisane są w animowaną przestrzeń, wypełniają cyfrowy domek, cyfrową główkę bohatera i wyobraźnię widza. Wciąż oglądamy zabawną "bajkę", ale śmiech więźnie nam w gardle.  


"Ty druha we mnie masz"

Wielkim tematem Pixara wydaje się samotność, rozumiana wielorako. Tożsama ze starością, społecznym wykluczeniem, nieprzystawalnością do grupy. Kowboj Chudy zostaje usunięty z grupy zabawek, gdy w akcie desperacji przeprowadza nieudany "zamach" na swojego konkurenta, Buzza Astrala. Ambitny samochodzik rajdowy Zyzgak McQueen trafia na prowincję, gdzie jego gwiazdorstwo nikomu nie imponuje. Wspominany Fredricksen mocuje do swojego domu tysiące balonów i odfruwa do Ameryki Południowej, by jeszcze mocniej zatopić się we wspomnieniu o nieżyjącej ukochanej. Obdarzony czuciem i sumieniem Wall-E snuje się po apokaliptycznych krajobrazach, a zaradny Remy z "Ratatuja" jest podwójnie wykluczony – z własnego, szczurzego klanu oraz ze świata ludzi, w którym, ze względu na kulinarne fascynacje, chciałby przebywać. Wszyscy startują więc z pewnym "kapitałem rozczarowania", który na swoje szczęście po drodze roztrwonią.


Remedium na samotność może być tylko przyjaźń. Znękanym bohaterom scenarzyści podrzucają w końcu bratnią duszę, która pomoże im wrócić do pionu. Przyjaźń i miłość nie są jednak w świecie Pixara ocaleniem, które przychodzi na zawołanie. To nieustanna praca, zwłaszcza nad sobą. Minie sporo czasu zanim Fredricksen pogrzebie przeszłość i przekieruje swoją czułość na nieporadnego harcerza, którego przez przypadek zabrał w wielką podróż. Będzie potrzebny niejeden kowbojski akt odwagi, by Chudy i Astral zakopali topór wojenny. Żeby zdobyć szacunek, Zygzak będzie musiał nauczyć się pokory i zapomnieć o wielkomiejskich nawykach. Przyjaźń nie tylko rodzi się w biedzie, ale trzeba sobie na nią zasłużyć. Kiedy się pojawia, jest bezinteresowna i wzniosła. Uszlachetnia bohaterów, daje im siłę, by wymijać kłody rzucane przez wredny los i pchać fabułę w stronę szczęśliwego finału.   


A jak będzie w zbliżającym się "Toy Story 3"? Niezawodne "zgniłe pomidorki" przekonują, że będzie na 100 procent. Cóż, dla faceta w hawajskiej koszuli to tylko kolejny dzień w biurze.

zobacz też:

komentarze

Dodaj komentarz

świetny artykuł. Pixar rlz ;)

Oj, Kazioo - to niemal herezja. Wiadomo, że wczesne filmy animowane Disneya nie mogły grać z konwencją animowanych filmów - bo nie było z czym grać - były pierwsze na świecie. Ale poza tym najlepsze filmy Disneya miały wszystko to, co mają najlepsze filmy Pixara: świetną technikę (rysunku, nie CGI, ale to w tej chwili bez różnicy), humor, przekaz, napięcie i wzruszenia, a przy tym lekkość i urok. Czasem nawet dziś udaje się Disneyowi zrobić filmy na konkurencyjnym poziomie ("Lilo i Stich", "Księżniczka i żaba"), choć coraz rzadziej, przyznaję. Zresztą - dziś Pixar to Disney, o czym warto pamiętać. Jeszcze w czasach "Toy Story" Disney był tylko finansowym "wspomagaczem" Pixara - i dystrybutorem jego filmów - ale dzisiaj jest właścicielem wytwórni, więc jak dla mnie "Ratatuj", "Wall-E", "Odlot", czy "Toy Story 3" to filmy w takim samym stopniu Pixara, jak Disneya.

racja:)

acha, zapomniałam świetny artykuł

Czy nie zauważyłeż panieWalkiewicz, jak znajomo i pieszczotliwie brzmi pańskie nazwizko w pixarowskim tytule Wal-E??? A jeżeli chodzi o wytwórnie to - remis, ale ostatnio oglądany "Jak wytresować smoka" bardzo polecam - zwłaszcza rodzinym wyjściom do kina.

I zanim ktoś mnie oskarży o pisanie, że w 79 roku mieli animacje 3D, to chodziło mi o całą sagę Alien a nie tylko o pierwszy film.

Do Diabła z Pixarem i animacją komputreową 3D! To się przydaje tylko w filmach typu Alien, Figth Club, Dark Knight - czyli takich gdzie nie zajmuje pierwszego miejsca, a poboczne.

niecierpię Pixara

Pixar od zawsze miał w swoich produkcjach więcej prawdziwego i nie wymuszonego humoru, za to go uwielbiam.

Shrek i Happy Feet to moim zdaniem jedyne bajki mogace konkurowac z Pixarem

Świetny artykuł. Oba studia mają lepsze i gorsze filmy. Ale z racji Toy Story wolę Pixara.... :)
A tak a propo: to już nie mogę się doczekać Toy Story 3!!

Disney NIGDY, nawet w czasach swej świetności, nie prezentował takiego poziomu artystycznego, co Pixar.

@Davus
Chodzi chyba o to, że "płaskie" te uczucia są, tak jak postacie zresztą - przynajmniej w porównaniu z dziełami Miyazakiego.

U Disneya nie ma prawdziwych uczuć? Czuję się urażony!!!

Pixar zwykle góruje nad Dreamworks, ale... z jednym jedynym wyjątkiem. W moim odczuciu "Jak wytresować smoka" bije na głowę wszystko, co dotąd stworzył Pixar.
I nie, nie zgodzę się, że to "najbardziej pixarowski film DW", jak pisze Manni. Raczej najbardziej disnejowski - bardziej niż filmy Pixara, które przeważnie są ciekawe, zabawne i z przesłaniem, ale brak im typowo disnejowskiego, baśniowego klimatu - czyli tego, co ma najnowszy film Dreamworks. Oby od tej pory powstawało w tym studiu mniej animacji typu "Madagaskar" czy "Rybki z ferajny" a więcej w stylu filmu Sandersa, a wówczas (przynajmniej artystycznie) Dreamworks może przerosnąć dokonania Pixara.

@tomactro
Co do relacji Lasseter - Miyazaki to działa ona w dwie strony ;-) Miyazaki również jest fanem Pixara. Nie przepada jednak za Disney'em, twierdzi że nie ma tam prawdziwych uczuć.

Mnie drugi "Shrek" podobał się równie mocno jak pierwszy, właściwie jego jedyna wadą jest brak świeżości, co sequelowi można (albo i należy) wybaczyć. Część trzecia za to była wyraźnie słabsza, to chyba "zmęczenie materiału".

Jeśli zaś chodzi o filmy Pixara to moimi ulubionymi są "Iniemamocni" (za klimat starych filmów sf) i "WALL-E" (za klimat filozoficznego sf ;-)). Ale dlaczego nikt dotąd nie wspomniał o krótkometrażówkach, które nie odbiegają poziomem od filmów pełnometrażowych. Taki "Geri's game" to IMO arcydzieło gatunku.

Fajny artykuł, ja tylko dodam tak na marginesie, że do zasług Lassetera można jeszcze przypisać fakt, że to ponoć jego decyzją Disney, który na początku nowego wieku zdecydował się zrezygnować z tradycyjnej animacji, wrócił niedawno do realizacji filmów starą techniką ("Księżniczka i Żaba"), jest on ponadto wielkim fanem i promotorem twórczości Hayao Miyazakiego na terytorium USA.
@folkien22 - kwestia gustu, ale nie mogę zgodzić się z opinią jakoby Ratatuj był słabszy od Odlotu. Historia Remy,'ego to moja ulubiona pixarowska animacja i IMHO bije Odlot na głowę:)
A żeby nie było tak cukierkowato - to na koniec wyznam szczerze, że moim ulubionym studiem z branży kina animowanego i tak jest Aardman...

Nie widziałem "Jak wytresować smoka", Manni - i stwierdzam to z przykrością.
"Ratatuj" to IMO najlepszy film PIXARA - zabawny, wzruszający, a na dodatek szczur Remy to najsympatyczniejszy bohater z wszystkich filmów wytwórni.
Jeśli chodzi o "Mustanga..." to IMO to straszna kupa - nudna, z przesłaniem wyłożonym łopatologicznie, kiesko (w porównaniu z równolegle powstającymi animacjami Disneya) narysowana, a na dodatek mająca swych widzów - zarówno tych młodych, jak i tych starych - za kompletnych imbecyli -> po cholerę tytułowy mustang komentuje wszystko, co robi i czuje, skoro ja i tak się tego domyślam, a i pewnie mali widzowie nie mają z tym problemów, skoro nie mają ich, kiedy oglądają bardziej skomplikowane fabularnie filmy Disneya, w których nie ma równie dennych monologów wewnętrznych. Pierwszy "Shrek" też jest moim zdaniem mocno przeceniany. Mnie nie śmieszył (w przeciwieństwie do części drugiej), fabuła mało wciągająca, bohaterowie wyłącznie irytujący -> ot, filmidło.

wszyscy kochają Pixara! Twoja stara!

Davus - a co ze świetnym "Jak wytresować smoka"? Toć to najbardziej pixarowski film DW (no ale w końcu od ludzi odpowiedzialnych za Lilo i Stitch).

Ja to bym jeszcze wspomniała o cudownym "Mustangu z Dzikiej Doliny" DreamWorksa, który zdecydowanie trzyma poziom Pixara. Mimo wszystko Pixar lepszy, ale nie jest też tak, że DreamWorks to kompletne badziewie.

pierwszy shrek wcale nie był pustą komedyjką też uderzał w poważniejsze tony ale przy tym głównie bawił i gag gonił gag dlatego też przy tak dużej ilości gagów na minutę nikt nie pamięta przesłania i podobnych. szczerze mówiąc pierwszy shrek jest lepszy od wielu bajek disneya. Wall-E i Up to kino dojrzałe niekoniecznie dla dzieci, shrek dzięki kolorom akcji i serwowanym humorze jest jednak bardziej dziecinny.
Ale oczywiście na pierwszej części Shreka plusy się kończą zaczyna się robienie kasy na tym samym, odcinanie kuponów od ustawionej marki, shrek 2 i 3 są słabe i pixar rzeczywiście rządzi mimo że Ratatuj nie jest tak dobry jak walle czy up ale jest ciepłym rodzinnym filmem który kultywuje tradycje disneyowskie,
by zawsze wierzyć w siebie, oraz jak w tekcie jest napisane szeroko pojętej samotności

Sqrchybyku: nie obrażaj Pixara, pisząc, że "Shreki" trzymają jego poziom, bo nie trzymają. No, może "Shrek 2", a z pozostałych animacji Dreamworks jeszcze "Skok przez płot", chociaż i w wypadku tych dwóch filmów można mieć SPORE wątpliwości.
PIXAR jest the best.

wielkie brawa za artykuł. Tylko wstać, ukłonić się i bić brawa. Wielkie dzięki. Mocno się wzruszyłem. Oglądałem wszystkie filmy Pixara i każdy był piękny. To nie to co DreamWorks, które bierze widza na głupie dialogi i dowcipy bez trzymanki. Wielkie dzięki, panie Michale.

Świetny artykuł, dzięki za niego. Dreamworks oczywiście dobre jest, ale... "tylko" dobre. IMO tylko "Shreki" trzymają Pixarowy poziom. W świecie komputerowej animacji Pixar to absolutny no.1

No i "Jak wytresować smoka", też pokazali klasę (Dream Works), ale to Pixar rządzi w świecie animacji, co do tego nie ma wątpliwości. ;)

Pixar rządzi... DreamWorks już pomału nie ma pomysłów chyba... Widać, że lecą na ilośc a nie na jakość. jedynie Kung Fu Panda sie im ostatnio udała... reszta, to jedna wielka porażka...
Pixar to jednak król!!! I już raczej nigdy sie to nie zmieni =P

Zgłoś nadużycie

Opisz, dlaczego uważasz, że ten wpis nie jest zgodny z regulaminem serwisu:

zmierz Twój gust filmowy!

Oceń 50 filmów, a otrzymasz rekomendacje filmów w Twoim guście!

2010
2010-06-18
2010-06-12
1995
2010-02-05
1995-11-19
2008
2008-07-18
2008-06-23
1999
2010-05-07
1999-11-13

newsy

zobacz wszystkie newsy

gorące newsy

magazyn