• A
  • A
  • A

Wenecja 2010: Z maczetą na łabędzie
[Relacja] (2010-09-03 10:08)

Aronofsky jak podwójne espresso, Breillat w baśniowym ogródku, no i Robert Rodriguez z wiaderkiem krwi. Żeby tylko jednym.  

Podczas gdy Polskę zaludnia powoli parasolowa brać w kaloszach, wenecki wrzesień upływa pod znakiem słońca, kwitnących oleandrów i czerwonych dywanów, rozsuniętych przed Palazzo del Cinema na wyspie Lido, opanowanej całkowicie przez miłośników kina. To prawda, że w mieście lwa można stracić prawie wszystko: głowę dla przystojnego Włocha, niezdrową bladość nóg i policzków, poczucie czasu wśród wąskich uliczek, a także równowagę po zbyt dużej ilości Spritza (pyszny drink na bazie musującego wina, podawany z plasterkiem pomarańczy i oliwką). Nie da się jednak stracić dobrego nastroju, zwłaszcza po wizycie na festiwalowych salach. 

photo.title Film otwarcia okazał się mocny niczym podwójne espresso – jego smak pozostawał w ustach na długo po zakończonym seansie. "Czarny łabędź" Darrena Aronofsky’ego to kolejne, potężne uderzenie po "Zapaśniku". Tym razem, zamiast w codzienność gwiazdy przebrzmiałej, wchodzimy w intymne sfery życia tej dopiero wschodzącej. Pozbawieni bezpiecznego dystansu śledzimy morderczą "tresurę" młodziutkiej i ambitnej baletnicy z najlepszej nowojorskiej szkoły – Niny (fenomenalna Natalie Portman). Aronofsky projektuje odczuwany przez nią fizyczny ból na widza. Nie ma bezpiecznego miejsca, trudno uciec od identyfikacji z bohaterką. Krwawe momenty, a zapewniam, że takich nie brakuje, przerażają bardziej niż w niejednym horrorze. Zwykłe złamanie paznokcia czy zadrapanie na plecach zostaje poddane hiperbolizacji i zamienia się w reżyserskie narzędzie tortur. Mrocznej konwencji służy także strona dźwiękowa, a krzywa emocjonalna filmu przybiera kształt sinusoidy – jest niewiele czasu na złapanie oddechu, uspokojenie nerwów.

W chwili najbardziej przez Ninę wyczekiwanej, gdy spełnia się marzenie każdej baletnicy o roli w "Jeziorze łabędzim", zaczyna się wielki dramat. Od nadmiaru szczęścia można oszaleć, można też zatrzasnąć się w tym szaleństwie. Bohaterka stopniowo traci rozróżnienie między tym, co realne, a tym, co jest wytworem jej chorej schizofrenicznej wyobraźni. Obsesyjne pragnienie doskonałości przesłania inne priorytety, wprowadza ją w chorobowy stan. O inicjację tego procesu można posądzać matkę – niespełnioną baletnicę, osobowość niemal żywcem wyjętą z kart "Pianistki" Jelinek i filmowej adaptacji Hanekego.  Przychodzący z dość nietypową pomocą choreograf (Cassel) rozbudza dziewczynę seksualnie. Wypowiada też znamienne słowa: "Bycie perfekcyjnym nie polega na całkowitym panowaniu nad sobą, ale na umiejętności zatracenia siebie". Nina ma jednak własną wizję perfekcjonizmu, która kawałek po kawałku zabija ją od środka. Niedawno Christopher Nolan w "Incepcji" pokazywał, jak niebezpieczną rzeczą jest umysł zainfekowany obsesją. Aronofsky, bez schodzenia na trzeci poziom snu, równie brawurowo odmalowuje metaforyczne "zawroty głowy", na które cierpi Nina. W planie estetycznym efekt ten potęgują koliste ruchy kamery, podążającej w ślad za baletnicą.

photo.title Motyw baletnicy powrócił w najnowszym filmie Catherine Breillat "La belle endormie", w większym stopniu jako ironiczny komentarz niż werystyczny portret. Sześcioletnia królewna, przebrana za łabędzia skrzyżowanego z Japonką (!), bierze udział w perwersyjnym spektaklu tanecznym, po którym zaczyna sie jej wielka, "senna" przygoda, podróż na drugą stronę lustra. Dokonana przez francuską reżyserkę trawestacja "Śpiącej królewny" jest daleka od oryginału. Zamiast wrzeciona jest spinka do włosów, mamy również dokładną ilustrację tego, co dzieje się we śnie dziewczynki, do którego przepustką jest dziwaczna gra w kręglo-kości z wielkoludem. Niewątpliwie Breillat spodobało się prowokacyjne igranie z powszechnie znanymi historiami, zanurzanie się w żywiole narracji, dopisywanie własnych zakończeń. Na pierwszy ogień poszedł Sinobrody (2009), teraz uwarzyła wyrafinowaną miksturę z kilku fabuł. Obok głównego "składnika" – "Śpiącej królewny", pojawia się tu również "Królowa Śniegu", z której został pożyczony amant-wybawiciel. Nie zabrakło także postaci z innych bajkowych uniwersów: ogra, liliputa, pijanej baby-jagi. Wszystko, jakże by inaczej, w celu eksplikacji dość radykalnych poglądów aktywnej feministki. Przednia zabawa dla kobiet, nieco gorzka dla mężczyzn.

photo.title Wyśmienitą ucztą ponad podziałami okazał się długo wyczekiwany film Roberta Rodrigueza, "Maczeta". Danny Trejo – tutaj jako istny pomyleniec, ex-tajniak, meksykański morderca in spe – po raz pierwszy spotkał Rodrigueza na planie "Desperado". Już wtedy autor "Małych agentów" stwierdził, że takiej twarzy się nie zapomina. Jego nowy film pokazuje, jak takiej twarzy się używa. Wszyscy pragną tytułowego Maczetę albo zabić, albo ujarzmić, w zależności od preferencji płciowych i rasowych. Jedno jest pewne – śmierć go nie tyka. Tyka jedynie bomba zegarowa, grożąca eksplozją wspaniałej rozrywki. Pomijając hektolitry krwi wypływające z ekranu i rozbryzgane mózgi, które nie wzbudzą pewnie większego entuzjazmu widzów przyzwyczajonych do ekranowych jatek, w "Maczecie" aż roi się od zaskakujących momentów. Jak w walce z dwumetrowymi killerami z Meksyku poradzić sobie przy pomocy czerwonych szpilek? Jak praktycznie zastosować jelito grube przeciwnika albo niepraktycznie pozbyć się 150 tysięcy dolarów w kilka sekund? Odpowiedzi poznacie w kinie.  

A pomyśleć, że to dopiero początek…

Podziel się z innymi:
autor:
  • Joanna Chludzińska
źródło:
  • Filmweb

Zobacz też:

komentarze

Dodaj komentarz
Cziken Cziken

;) przynajmniej wiem ze czekam na kicz a nie jak w wielu przypadkach filmowych oczekuje działa "normalnego" a otrzymuje wlasnie kicz:).

R3nO R3nO

Żeby człowiek czekał na tani kicz zamiast na "normalne" filmy, Co to się porobiło w tej kinematografii....

BigDadddy BigDadddy

Portman przyćmiła

yaten_nyo

A jak W. Ryder i Mila Kunis w Black Swanie? Dość o nich cicho. Zawiodły czy Portman je po prostu przyćmiła?

tomactro tomactro

@ Maciekw7_2 prawie się z tobą zgodzę - przed Rourkiem triumfował Pitt za "Zabójstwo...", a nominacji jednak nie dostał (czym imho go skrzywdzili), jeszcze wcześniej Ben Affleck ("Hollywoodland") - także niezauważony przez akademię - jak więc widać żelaznej reguły nie ma:/

Cziken Cziken

:) No to jak narazie oczekiwane filmy nie zawodzą:)

danio344 danio344

No to maczeta zapowiada się świetnie :]

Maciekw7_2 Maciekw7_2

Na "Czarnego łabędzia" z pewnością wybiorę się do kina. Aronofsky ma lepsze i gorsze momenty, ale ten obraz zdaje się nawiązywać do tych lepszych w stylu "Requiem for a dream".

Ciekawe czy Portman faktycznie jest aż tak genialna. Może kolejna nominacja do Oscara za "Black Swan"? W końcu ostatnie lata pokazują, że aktorzy docenieni w Wenecji, a chwilowo zanosi się na to że Portman jakiś laur we Włoszech zbierze, są też doceniani przez Akademię (np. Rourke, czy Firth)

Stanley_Hartman Stanley_Hartman

Nie dziwię się, że Rodriguez nie zapomina twarzy Trejo, skoro prywatnie się przyjaźnią i... są rodziną.

Zgłoś nadużycie

Opisz, dlaczego uważasz, że ten wpis nie jest zgodny z regulaminem serwisu: