Rutger Hauer

Jego monolog pod koniec filmu to jedna z piękniejszych scen filmowych, jakie widziałam

17
  • Niestety w wyniku, perfidnej dodajmy sugestii Ridleya, że Deckard nie jest człowiekiem, lecz androidem, a właściwie replikantem (za pomocą snu o jednorożcu i origami) film traci swoje... człowieczeństwo.
    Bo czyż nie tego dowodzi robot Roy Batty ratując od śmierci człowieka, który mu zagraża?
    Swojego człowieczeństwa.
    Dopóki Deckard jest człowiekiem to scena wielka, pełna humanizmu.
    W momencie gdy Deckard okazuje się androidem scena traci jakiekolwiek znaczenie. No, bo co może oznaczać, czego dowodzić, że jeden replikant ratuje drugiego?
    Niczego.

    • Co to za pomysł? Przecież Roy nie ma zielonego pojęcia, że ratuje innego androida. Z jego perspektywy i kontekstu całej sceny wynika i tak ten pierwiastek humanizmu. Po co na siłę wpychać wątek Deckarda jako androida w tej scenie?

      • To oczywiste, że Roy nie wiedział, że Deckard jest replikantem, ba! gdy go ocalał, był przekonany, że ratuje śmiertelnego wroga, człowieka, i to zabójcę replikantów. To czyni go Chrystusem. Chrystusem maszyn. On ponosi ofiarę na rzecz przyszłych pokoleń replikantów/androidów/robotów. Swą ofiarą dowodzi... człowieczeństwa.

        Gdy jednak Ridley mówi nam, widzom, w swojej wersji, że Deckard też jest teplikantem, to zupełnie zmienia postać rzeczy, ofiara Roya staje się... jałowa, bez znaczenia. Zmienia się wymowa filmu, z humanistycznej staje się... żadna.

        • Wymowa filmu nadal jest humanistyczna w wersji z Deckardem jako androidem... Dlaczego ofiara Roya miałaby stać się jałowa przez to, że uratował Androida...?

          Ogólnie przesłanie filmu jest według mnie takie, że człowieczeństwo pochodzi z naszej świadomości, wyborów etc. niekoniecznie z tego, że nasze tkanki są biologiczne czy poczęte w "naturalny" sposób.

          Zwróć uwagę na to, że w filmie androidy są znacznie bardziej ludzkie od prawdziwych ludzi. Mają swoje cele, marzenia, troszczą się o siebie.
          Natomiast ludzie przedstawieni w filmie wydają się być odczłowieczonymi automatami.
          Albo kompletnie odjechanymi samotnikami jak JF Sebastian, lekarz od oczu czy sam Tyrell.

          Według mnie niezależnie od interpretacji wymowa filmu jest bardzo humanistyczna.

          W mojej interpretacji Deckard sam budzi się z letargu (ale jest człowiekiem), po nieudanym związku czy stracie bliskiej osoby, stał się automatem polującym na inne automaty.

          Relacja z nomen omen... androidami znowu budzi w nim ludzkie uczucia.

    • Ja czasami zastanawiam się, czy większość ludzi włącznie z twórcą nie są replikantami.
      Skoro Deckard jest replikantem, to dlaczego nie inni?
      Ja Deckarda traktuje jako człowieka. Ma za dużo ludzkich cech - przynajmniej tak są pokazane w filmie.
      Jak na replikanta jest bardzo słaby.

  • Monolog monologiem, mnie co innego zapadło w pamięć. Po dziś dzień sobie zadaję pytanie, na co mu był ten gołąb??????

Zgłoś nadużycie

Opisz, dlaczego uważasz, że ten wpis nie jest zgodny z regulaminem serwisu: