British Film Institute zamówił u Krzysztofa Kieślowskiego dokument na stulecie kina, a on odstąpił realizację swemu ówczesnemu asystentowi, Pawłowi Łozińskiemu. "Nie chciał brać polskich pieniędzy na ten film, odbierać młodym szansy" - tłumaczy ten gest Łoziński. Kieślowski był autorem kluczowego pomysłu: oddać głos zwykłym widzom, tym, dla których się filmy robi, i którzy traktują go jako część swojego życia. Oglądamy fragmenty polskich filmów i przykuwające twarze kinomanów, na których jak w lustrze odbijają się dawne przeżycia. Od najstarszych widzów, pamiętających jeszcze swoje wzruszenia na przedwojennej "Trędowatej" i śmiech na komediach z Dymszą, przechodzimy do młodszych, dla których filmami życia były "Popiół i diament", "Zezowate szczęście", "Żywot Mateusza", czy "Przypadek". Ta szkicowa, subiektywna historia kina polskiego pokazuje przywiązanie widzów do rodzimego kina. Ale pokazuje też przy okazji, że widownia głupieje lub mądrzeje razem z kinem. Widać zmieniającą się funkcję kina: od przedwojennego kiczu, poprzez dojrzałe, myślące kino lat 56-81, do polskiej komercji lat 90., małpującej amerykańskie thrillery i obliczonej na zaspokojenie najprymitywniejszych oczekiwań. Ostatnie słowo - marzenie o filmie - należy do dziecka, małego Tomaszka (brata reżysera). "On nam zrobił ten film. Dokręciliśmy go, bo nie mieliśmy zakończenia. Nie chcieliśmy kończyć filmu epizodem dziewczyny, która marzy o tym, żeby zostać kochanką Lindy. Kino nie może być tak głupie".
- zgłoś poprawkę
[opis dystrybutora dvd]