10/10 - film totalny

IMHO to najlepszy film jaki powstał w historii kinematografii.

Niedawno odświeżałem. Jakie wrażenie ten film musi robić w kinie. Odyseja powstała w 1968 i nadal robi piorunujące wrażenie. Najśmieszniejsze, że do tej pory nie nakręcono lepszego filmu zarówno w warstwie wizualnej jak i treści. Odyseja się w ogóle nie starzeje. Poza tym można ją interpretować na wiele sposobów a i tak się wszystkiego nie powie. Żaden film po Odyseji nie ma takiego wizualnego rażenia.

To nawet smutne jak dzisiejsi filmowcy nie potrafią swoimi komputerami zbliżyć się technicznie nawet odrobinę do tego filmu.

Jako ciekawostkę dodam, że Odyseja powstawała 3 lata i na jej potrzeby wymyślono 200 tricków.

Spotkałem się z opiniami, że Odyseja się starzeje.
Bzdura.
Właśnie potęgą tego filmu jest to, że nie opiera się on upływowi czasu. Powstał klasycznymi metodami bez ingerencji komputerowej sztuczności.

Film pomnik.

110
  • Całkowicie się zgadzam:-) Technicznie żaden późniejszy film z kosmosem w tle nie jest tak porażający jak Odyseja.

  • Nic dodać, nic ująć. Ten film - tak jak same Monolity - jest nieśmiertelny i ponadczasowy.

  • Dodatkowo mimo upływu czasu film pod względem naukowego realizmu przebija wiele dzisiejszych produkcji (choćby Grawitacja gdzie biegają od stacji do stacji z taką łatwością jak Niemcy pod brazylijską bramką). A przecież dopiero ludzkość szykowała się do lądowania na Księżycu! Dziś o samym kosmosie wiemy zdecydowanie więcej ale na tym polega właśnie wielkość Kubricka, po prostu facet genialnie przygotowywał się do wyreżyserowania filmu. Niestety w Hollywood hołubią teraz zasadę że więcej kasy z 5 przeciętnych filmów niż z 1 genialnego.

  • Film ma dwie podstawowe wady - jest masakrycznie nudny i ma irytującą i męczącą ścieżkę dźwiękową (pomijając muzyke klasyczną oczywiście). Większość dłużyzn nic nie wnosiła do treści. Pokazanie, że monolit wpłyną na ewolucje małp, nie wymagało 15-to minutowego fragmentu pełnego wrzasków i podskoków. Sceny lecących statków w kosmosie, nad księżycem czy inne chwalącę się osiągnięciami efektów specjalnych, nie musiały być takie długie (choć mogę się domyślać, że w latach 70-tych mogły wciskać w fotel). I ostatecznie końcowa scena przechodzenia w inny wymiar, pełna kolorów, dość abstrakcyjna, spełniłaby swoją rolę gdyby trwała 30 sekund, a nie 10 minut.
    Także film może być przełomowy, może być klasyką, ale nie zmienia to faktu, że jest nieprzyjemny w odbiorze...

    • >Film ma dwie podstawowe wady - jest masakrycznie nudny
      Dla mnie ten film właśnie nie jest nudny. Jest wręcz immersyjny. Widziałem Odyseję kilka razy i za każdym razem oglądam ją z takim samym niesłabnącym entuzjazmem. :)

      >męczącą ścieżkę dźwiękową (pomijając muzyke klasyczną oczywiście).
      Kompozycje w wykonaniu György Ligeti są specyficzne i nie każdemu muszą pasować. To muzyka tła i w tej roli sprawdza się znakomicie. Ta muzyka jest znakomicie dopasowana do obrazu i dobrze koreluje z tymże obrazem na ekranie.

      >Większość dłużyzn nic nie wnosiła do treści.
      Dłużyzny to właśnie taki styl. To zamierzony efekt. Zbyt długo trwało przygotowanie scenografii aby zrobić z filmu teledysk. Trzeba maksymalnie nacieszyć nią oko.

      >Sceny lecących statków w kosmosie, nad księżycem czy inne chwalącę się osiągnięciami efektów specjalnych, nie musiały być takie długie
      Patrz wyżej.

      > I ostatecznie końcowa scena przechodzenia w inny wymiar, pełna kolorów, dość abstrakcyjna, spełniłaby swoją rolę gdyby trwała 30 sekund, a nie 10 minut.
      hehe no widzisz dla mnie to najlepszy fragment filmu, który trwał zdecydowanie za krótko. :)

      >Także film może być przełomowy, może być klasyką, ale nie zmienia to faktu, że jest nieprzyjemny w odbiorze...
      No właśnie jest bardzo przyjemny w odbiorze. Moje oczy i uszy dostają orgazmu. :) Kubrick to poeta obrazu i dźwięku. Dla mnie to smutne,ze ktoś tego nie czuje ale sztukę nie każdy musi docenić.

      • Zatem film trafia w Twoją artystyczną wrażliwość. W moją ani troche niestety. Stąd dłużyzny, które innych zachwycały, mnie zwyczajnie nużą. Tak jak nie każdy jest fanem malarstwa abstrakcyjnego albo poezji, tak samo nie każdemu przypada do gustu określony styl w filmach. Do treści filmu nie mam zastrzeżeń, po prostu uważam, że zmieściłaby się w 90 minutach, a nie 150

        • Mam dokładnie takie same odczucia po seansie. Dźwięki w tym filmie były trudne do zniesienia, czasem zatykałam uszy nie mogąc tego słuchać. Moim zdaniem każda rozwleczona scena była wydłużona zupełnie bez potrzeby, a jeśli ktoś uważa, że taką potrzebą jest wyłącznie scenografia przewyższająca swoje czasy, to widocznie jest zwolennikiem masturbacji nad własną zajebistością. Dodatkowo na minus jest dla mnie fakt, że film oczekuje od widza wymyślenia własnej interpretacji podziurawionej fabuły. Coś zostało odkryte, jakaś misja, po coś lecą, komputer coś chce... do końca nie ma wyjaśnienia, za to dostajemy sporą dawkę wizualizacji z Windows Media Player i kilka minut dziwnych egzystencjalnych przemyśleń.
          Cóż, nie można powiedzieć, że film nie był przełomowy, ale już nie jest rok 1968, tylko 2015. Kosmos możemy oglądać w znacznie bardziej przystępnej i ciekawej formie w każdym programie naukowym. Trzeba wystawiać oceny za siebie, a nie pradziadka.

          • Również się zgodzę. Gdyby go tak skrócić o 1/3, to zapewne dużo bardziej przypadłby mi do gustu. Pomimo efektów wyprzedzających epokę i całego swojego wpływu na późniejszą kinematografię, nie mogę wystawić wyższej oceny filmowi, na którym przysypiałam.

            • Mam podobnie; również nie mogę wystawić wyższej oceny filmowi na którym tak się wynudziłem i na którym przysypiałem. Pod względem wizualnym i technicznym ewidentne 10/10, scenografia rzeczywiście powala, zwłaszcza jeśli wziąć pod uwagę, kiedy film powstał. Dla mnie jednak film to przede wszystkim fabuła: przedstawiona historia, dialogi, postacie, a nie zachwycanie się obrazem. W "2001" podobno jest niecałe 40 minut dialogów, a film trwa prawie 2 i pół godziny; fabuła schodzi na dalszy plan na rzecz strony wizualnej.

        • Zgadzam się z tobą w 100 procentach, strasznie męczyły mnie trwające dłużyzny, a efekty specjalne nie są zbyt widowiskowe, ponieważ opierają się głównie na przesuwaniu jednego obiektu (statku) względem drugiego (np. tła kosmosu). Po prostu film ten ma swoje lata nie bez znaczenia jest też jego własny styl narracji, który jednych fascynuje, a innych nuży.
          Dla mnie film w takiej formie jest po prostu niestrawny.
          Z powyższych postów wynika, że nie jestem taki wyjątkowy w tym względzie.

      • A czy masz jakiś pomysł odnośnie wyjaśnienia końcówki? Bo ta była strasznie dziwna.

        Rozumiem, że Dave'owi udało się w końcu wyłączyć HAL-a, a później pokazano jego drogę na Jowisza. Tylko że jakim cudem on w pewnym momencie znalazł się w jakimś pomieszczeniu wyglądającym jak w XVIII-wiecznym pałacyku z charakterystycznymi meblami i obrazami? I czy ten stary, pomarszczony astronauta w czerwonym skafandrze, to on sam, po wielu latach od zmagań z HAL-em? I kim był ten siedzący przy stole siwy człowiek, który upuścił sztuciec? I kim był ten pomarszczony i wyłysiały starzec leżący na łóżku i patrzący w jakiś czarny prostokąt? I co to była ostatnia scena, w której było widać jakby ludzki płód w jakiejś błękitnej bańce w pobliżu planety Ziemi?

        • To dzieło metafizyczne, trudno pojąć je rozumem. Ten pomarszczony starzec to właśnie Dave, który znalazł się poza czasem i przestrzenią. Ten płód to również Dave.

          • Również uważam, ze jest to ta sama i jedna osoba. Trafił w taką czasoprzestrzeń, w której wręcz natychmiastowo starzał, a pokazane było to symbolicznie. O ile mężczyzna w skafandrze, siedzący przy stole oraz leżący na łóżku to Dave, tak nie potrafię się zgodzić z tym, że jest on również tym płodem. Gdyby na koniec ukazano również ciężarną kobietę, to można byłoby się nad tym zastanawiać, ponieważ nie przeczyłoby to naturze - że się tak wyrażę.
            Kim/czym jest jednak ten płód? Przypuszczalnie symboliką pewnej nienamacalnej materii. Nie wiem jakie poglądy o wierze posiadał sam reżyser, ponieważ o tym nie czytałam. Jednak więcej słyszy się o artystach jako ateistach, niźli wierzących. O naukowcach to już nawet nie wspominając. Wszakże ateizm odrzuca istnienie m.in. sił nadprzyrodzonych, a ten płód wygląda na istotę nadnaturalną. Uważam, że Kubrick dał każdemu odbiorcy furtkę do własnej interpretacji, bez względu na poglądy, wiarę, czy niewiarę. W końcu to filmu to tym, czego namacalnie jeszcze nie poznaliśmy i w tym zakresie jak na razie możemy jedynie kierować się swoimi wyobrażeniami, odczuciami. Ten film to dla mnie czysty artyzm.

            • Jak dla mnie to po prostu jego kolejne wcielenie, coś na wzór kolejnej szansy dla ludzkości, w znaczeniu symbolicznym. Może w pewnym sensie stał się oświecony, poznając tajemnicę wszechświata?

              • Też pomyślałam i o tym. Symbolika duszy, która czeka, aż będzie mogła wejść w ciało nowo narodzonego. Ale czy to koniecznie sam Dave?

                • Przypuszczam, że to Dave (a raczej jego dusza, która przeszła do innego ciała), ale oczywiście każdy może mieć swoją własną interpretację tej sceny.

                • Wydaje mi się, że monolit jest kluczem do wyjaśnienia. Sama jeszcze nie wiem, jak to na razie "poukładać". Właśnie, jakie jest Twoje zdanie na temat tego monumentu? Czego może być symbolem?

                  Moje skromne zdanie:
                  Monolit dla nieświadomych małp przyniósł oświecenie, ale one wykorzystały ten dar również do złych celów - wygląda to również, jak otrzymanie wolnej woli. Na Księżycu tak jakby wymierza on karę kosmonautom, drażniąc ich uszy ogłuszającym dźwiękiem. Czy jest to kara za pychę, lub nonszalancję, za to, że robili sobie zdjęcia przy znalezisku? A może jest to kara za to, że próbują odkryć tajemnicę, którą nie powinni ruszać, bo to nie ich pora? A sytuacja na samym końcu? Widać umierającego Dave, który sprawia wrażenie spokojnego i pogodzonego z życiem. Wyciąga rękę do monumentu, tak jakby z pokorą. I tak, wychodzi na to, że poznał ten sekret, ale dopiero po swojej śmierci. I tu się już wkrada wiara, bo ateizm nie uznaje życia po życiu.
                  Pomieszczenie, w którym się znajdował Dave, uważam, że ukazuje cywilizację planety, na którą trafił, a która jest podobna do tej ziemskiej z XVIII w. Czyżby Dave najpierw odkrył obcy świat, a później tajemnicę monolitu?

                • Wygląd hotelu był wzorowany na jakimś programie telewizyjnym, który został przechwycony przez TMA-1. Sam Monolit był nadajnikiem - jakaś wyższa siła za pomocą m.in. Monolitu w Afryce (scena z małpami) "zaszczepiła" inteligencję w ludziach, a przynajmniej przyśpieszyła ewolucję i TMA-1 był przynętą - gdy ludzie go odkryli, wysłał on sygnał do Obcych, bo skoro dolecieli już na swojego satelitę, to oznaczało, że są wystarczająco inteligentni i mogą zostać "ocenieni". Monolit przeanalizował dokonania ludzkości i naszą obecną sytuację i wysłał gdzieś dalej opinię, czy powinniśmy zostać zniszczeni, czy też zdaliśmy nasz test (podpowiem - nie zdaliśmy :D). Dave trafił nad Ziemię już jako coś ambitniejszego od człowieka, nasi Stwórcy opanowali technikę przechowywania świadomości w samej materii i po części podzielili się z nim tą możliwością :p

                  A przynajmniej taka jest na ten temat opinia Arthura C. Clarka.

                • "czy też zdaliśmy nasz test (podpowiem - nie zdaliśmy :D)"
                  czy to wynika z kolejnych pisanych przez ACC książek? bo w 2001 tego nie wyłapałem.

                  "nasi Stwórcy opanowali technikę przechowywania świadomości w samej materii i po części podzielili się z nim tą możliwością :p "

                  tu bym się upierał, że właśnie uwolnili się z okowów materii ale to w książce tak szeroko i pięknie ujęte, że w za sadzie kwestia dyskusyjna.

                • Wynika z kolejnych, ale też i z poprzednich. A dokładnie z opowiadania "Sentinel", które było pierwowzorem tego wszystkiego. Jeżeli dobrze je pamiętam - a tak być nie musi, bo czytałem je dawno i w oryginale - właśnie takie było przeznaczenie opisanego tam "strażnika", czyli TMA-1 z filmu i książki.

                  Możesz mieć rację, w każdym razie chodziło mi i o przekazanie tego, że pozbyli się ciał i to samo stało się z Davem.

                • Przepraszam, jeżeli moje wypowiedzi zabrzmiały tak, jakbym chciała narzucić swoje zdanie. Na pewno nie chciałam, żeby tak wyszło. Miałam na myśli jedynie zwykłą wymianę zdań - nie polegającą na przekonywaniu kogokolwiek do swojej opinii. A jedynie na zapoznaniu się z różnymi aspektami. Oczywiście rozumiem też to, że ktoś nie ma chęci do podzielenia się swoimi przemyśleniami. Nie ma problemu.

                • można się oprzeć na tym, co jest powiedziane w pisanej wersji Odysei kosmicznej 2001. Clark w książce opisuje wszystko bardziej dosłownie i prościej, niż Kubrick w filmie.

                  Chyba jedyny taki przypadek, w którym można stwierdzić że film wybitnego Kubricka jest genialnym arcydziełem, a książka którą równie wybitny Arthur C. Clark napisał w oparciu o film 'tylko' doskonała.

                • Uważałbym z tym określeniem, że książka powstała na podstawie filmu. Prace nad scenariuszem i powieścią trwały jednocześnie.

        • .

        • .

    • Masz rację :-)

    • Bardzo dobrze powiedziane. Miałem takie same wrażenia po jego obejrzeniu.

  • Dodatkowo mimo iż powstał przed tym jak Neil Armstrong postawił nogę na Księżycu to jest bardziej realny od wielu dzisiejszych produkcji, choćby Grawitacji. "Wstawki" w filmie są bardzo dobre i dodatkowo potęgują odczucie głębi i "nieskończoności" przestrzeni kosmicznej.

  • to jest NAJLEPSZY FLM NA ŚWIECIE.
    TRZEBA SIĘ Z TYM ZGODZIĆ, BO CO MOŻE BYĆ LEPSZEGO??

Zgłoś nadużycie

Opisz, dlaczego uważasz, że ten wpis nie jest zgodny z regulaminem serwisu: