Wizja lokalna

Mógłbym się tą wypowiedzią podpiąć tu pod inny temat, ale będę raczej nawiązywał do ogółu
dyskusji panujących na Filmwebie (chociaż to i swoją drogą), więc najlepiej, jak zacznę z
czystym kontem (które zapewne sobie "zabrudzę" w oczach co niektórych, ale proszę ich, aby
przeczytali cały mój wywód).

Długo się wstrzymywałem z postowaniem w tym miejscu, jako, że na tej stronie nigdy nic nie
komentuję i mam ku temu bardzo konkretne powody, ale nie będę ich wymieniał, ponieważ nie
zamierzam rozpoczynać zupełnie zbędnej i jałowej burzy. Muszę jednak jeszcze na wstępie
dodać, że nie zamierzam nikogo obrażać- niektórych poglądów nie da się sparafrazować tak,
aby przybrały formę zdania całkowicie neutralnego.

Rzucając okiem po ocenach wystawianych "Odysei..." można bardzo łatwo dojść do konkluzji, że
film ten można tylko albo kochać, albo nienawidzić (gdzie niektórzy z tych, którym się nie
podobała, mogą ocenę trochę zawyżać np. ze względów estetycznych owego dzieła). Z jednej
strony mamy tych, którzy film od siebie "odbili", nie pozwalając sobie nawet na chwilę
delikatności, czy też otwartości. Z drugiej, w zdecydowanej większości, jak i ci z pierwszej
uważają- fanatyków filmu, twierdzących, że go zrozumieli.
Co mnie najbardziej boli? To, że obie grupy prawie całkowicie się mylą. I nie wysuwam tego
twierdzenia na podstawie własnego widzimisię, lecz opieram je na wypowiedziach samego
Kubricka i Clarke'a (którzy, swoją drogą, chyba nie chcieliby poznać prawdy o większości
widowni ich wspólnego dzieła).

Kubrick:
"It's not a message I ever intended to convey in words. 2001 is a nonverbal experience; out of two
hours and 19 minutes of film, there are only a little less than 40 minutes of dialogue. I tried to
create a visual experience, one that bypasses verbalized pigeonholing and directly penetrates
the subconscious with an emotional and philosophic content. To convolute McLuhan, in 2001 the
message is the medium. I intended the film to be an intensely subjective experience that reaches
the viewer at an inner level of consciousness, just as music does; to explain a Beethoven
symphony would be to emasculate it by erecting an artificial barrier between conception and
appreciation. You're free to speculate as you wish about the philosophical and allegorical
meaning of the film, and such speculation is one indication that it has succeeded in gripping the
audience at a deep level, but I don't want to spell out a verbal road map for 2001 that every
viewer will feel obligated to pursue or else fear he's missed the point. How much would we
appreciate La Gioconda [the Mona Lisa] today if Leonardo had written at the bottom of the
canvas: This lady is smiling slightly because she has rotten teeth or because she's hiding a
secret from her lover? It would shut off the viewer's appreciation and shackle him to a reality other
than his own. I don't want that to happen to 2001."

Clarke:
"If you understand '2001' completely, we failed. We wanted to raise far more questions than we
answered."

I na tych dwóch cytatach będę się w większości opierać.

Wszyscy, którzy twierdzą, że "Odyseję..." "rozumieją"- mylą się. Albo papugują innych i ich
interpretacje, albo przyjęli swoje pewne, zamazane wyjaśnienie, którego nigdy nie próbowali w
żaden sposób werbalizować, co jest zazwyczaj największym błędem przy próbie odbioru
trudnych i poważnych filmów.

Posłużę się tu cytatem Jacka Dukaja, który dobrze to ujął w swojej "Perfekcyjnej
Niedoskonałości":
"— Ty nadal próbujesz mnie złapać na kłamstwie.
— Co?
— Nie wierzysz w ten świat. Oszukujemy cię. Nie będę umiała czegoś wyjaśnić i — voila! —
zdemaskowałem iluzję!
— Wyjaśnić, nie wyjaśnić... Ale skoro widzę oczywiste sprzeczności —
— To co? Zróbmy test. — Zatarła dłonie. — Opowiedz mi jakąś historię ze swojego życia.
Dowolną. No. Proszę.
— A ty będziesz wynajdywać w niej sprzeczności, tak? Pięknie dziękuję. I tak wiem, że mam
kaszanę w pamięci.
— Tchórz.
— To tak się dzieci bawią u jezuitów? W spowiedzi?
— Tchórz, tchórz. Czego się boisz? Introwertyk pieprzony. Trzeba rozmawiać. Nie wiesz, co
pamiętasz, dopóki nie spróbujesz tego opowiedzieć. I nie wiesz, co tak naprawdę sądzisz na
dany
temat, dopóki nie zaczniesz się o to z kimś kłócić. W samotności nie jesteś nawet świadomy
swoich
sprzeczności. Myślisz, że czemu służy spowiedź? Co, może nie chodziłeś nigdy do
psychoanalityka?"

A w tym miejscu właśnie rozmów nie widzę, a jedynie zawody "kto głośniej krzyczy, ten ma
rację".
"Odyseja..." jest bardzo specyficznym (ale w pozytywnym tego słowa znaczeniu) dziełem,
znacznie odmiennym od czegokolwiek innego wykreowanego przez człowieka. To właśnie ta
odmienność przyciągnęła do siebie tylu miłośników, bo to właśnie innowacyjności szuka- czy też
powinno- się w książkach, grach, serialach czy filmach. Swoją odmienność zawdzięcza ona tym,
że nie przedstawia żadnych prawd absolutnych, nie narzuca widzowi swoich mądrości, nawet w
najmniejszym stopniu. Kubrick dokonał czegoś, co bardzo rzadko się udaje (chociaż nie
twierdzę, że nigdy)- ukazał wyższość formy filmu nad książką, której dotychczas największa
zaleta- narracja- stała się jej największą udręką. Wymaga ona bowiem pewnego
konkretyzowania. Oczywiście nie oznacza to, że nie da się stworzyć dzieła bardzo
enigmatycznego z zakodowanym przesłaniem, lecz też nie zapominajmy, że Clarke był fizykiem,
a dla umysłu ścisłego utworzenie czegoś niejasnego jest bardzo nienaturalne. Innymi słowy:
szukanie "wytłumaczenia" "Odysei..." w książce całkowicie mija się z jej celem i jest
rozwiązaniem dla tych najbardziej ograniczonych i najmniej pojętnych (co oczywiście nie
zmienia faktu, że również i ją z przyjemnością przeczytałem).
Tak więc nie, film ten nie zawiera przesłania. On jedynie zadaje pytania (i to dosyć sporo),
podsuwa temat do dyskusji. Cała reszta natomiast leży już tylko i wyłącznie po stronie widza,
czego wielu wciąż, po 46-ciu latach nie potrafi jeszcze z łatwością przełknąć.
Wysunąć tym samym można również dosyć ciekawy wniosek: jeśli "Odyseja..." nie posiada
właściwej interpretacji, nie da się jej nadinterpretować- i to jest najpiękniejsze. Z tego
twierdzenia wynika cała jej ponadczasowość i nieśmiertelność.
Lecz stąd również bierze się tak skrajna różnica w odbiorze i ocenie, którą można zinterpretować
jednoznacznie: jeśli ktoś ocenił to dzieło na 1, nie wyniósł z filmu absolutnie nic, nie zadając
sobie samemu trudu odpowiedzenia na choćby jedno pytanie (o co może winić tylko i wyłącznie
siebie), natomiast jeśli oceną było 10 (pomijając przypadek, o którym pisałem na początku)- film
odmienił czyjś sposób patrzenia na świat o 180* (jak np. w moim przypadku) i dał wiele do
myślenia.

Przede wszystkim jednak, film ten zasługuje na choć odrobinę szacunku. Nazywanie go "kałem"
czy innym ekskrementem jest automatyczne z wystawieniem takiej opinii sobie samemu, gdyż
ten film ukazuje wnętrze widza, traktując go jak lustro, od którego kształtu zależy obraz, jaki
otrzymamy na wyjściu.
I zdecydowanie "król" nie jest "nagi".


--Tu można skończyć czytać, reszta jest opcjonalna.--


>SPOILERY<

I, oczywiście, aby nie być gołosłownym, przedstawię swój sposób patrzenia na dzieło Kubricka
(oczywiście, aby nie wyjść na hipokrytę- NIE jedyny i właściwy).

Jako, że praktycznie wszystko w filmie jest ze sobą ściśle powiązane (co też nie jest z początku
oczywiste), ciężko mi zdecydować od czego zacząć, więc niech będzie to "dziki strzał": Monolit.
(I, zanim do tego przejdę, dodam: Nie czytałem wszystkich tematów tu zamieszczonych. Raczej
zdecydowaną mniejszość, do tego pobieżnie, więc wiele rzeczy może się powtarzać. Dodam
jeszcze, że czytałem całą serię Clarke'a i często będę ignorował to co w niej zaszło, a czasem do
niej nawiązywał- czyli traktował film jako produkcję niezależną od całego wykreowanego świata,
jak z resztą sam Clarke czynił.)

Może być on oczywiście obserwatorem biernym, bądź też brać czynny udział w rozwoju
ludzkości, osobiście preferuję ten drugi, ciekawszy przypadek (ponieważ daje on narodziny
wielu kolejnym implikacjom). Załóżmy, że nie pielęgnował, a nawet nie obserwował naszego
gatunku, a tylko i wyłącznie dał nam impuls do rozwoju, popychając pierwszy klocek domina. Nie
wiemy, czy rozwinęlibyśmy inteligencję bez niego- być może tak, tylko znacznie później, a być
może pozostalibyśmy dzikimi zwierzętami. Najważniejsze jest jednak, że łączy się on pięknie z
wątkiem HAL-a. Zdefiniowanie świadomości jest bardzo trudne, wciąż się to jeszcze nikomu nie
udało. Nie jesteśmy w stanie wyznaczyć granicy między sztuczną inteligencją, działającą
całkowicie schematycznie, nieposiadającą własnej "duszy", a istotą samoświadomą. Co więcej,
nie jesteśmy nawet w stanie udowodnić własnej samoświadomości, że nie jesteśmy działającymi
deterministycznie zombie, kierującymi się wyłącznie instynktem jak ludzie pierwotni.
Do czego zmierzam? Mianowicie, Monolit możemy uznać za naszego boga (stwórcę), tak jak dla
Hala bogami jesteśmy my, gdyż to dzięki nam mógł on zaistnieć. Słynny cytat "It can only be
attributable to human error" podpowiada, że skoro wszelkie wady w oprogramowaniu komputera
są winą człowieka, to również wszystkie błędy ludzkości (wojny, zazdrość, niezdrowa ambicja
itd.) mogą być winą samego Monolitu, który podjął spore ryzyko swoim eksperymentem (dlatego
też powinien mieć możliwość unicestwienia w nas w razie porażki, jak my potrafimy wyłączyć
HAL-a - i, jak można dopowiedzieć z książki, faktycznie posiadał taką możliwość w swoim
oprogramowaniu).

Idziemy dalej: Narzędzia.
Jak większość raczej zauważyła, są wszechobecne, stanowią jeden z filarów całej historii. Od
kości i okrętu, w który się "zmieniła", przez wszystkie kosmiczne konstrukcje człowieka, długopis,
który uciekł z ręki w stanie nieważkości, po samego- ponownie- HAL-a, jak i również Monolit
(który od reszty różni się tym, że jako jedyny nie jest ludzkiego pochodzenia, ale również jest
narzędziem). Są one podstawą jakiejkolwiek cywilizacji, ich istnienie: pochodną inteligencji.
Lecz, co jeszcze ważniejsze, ciągle musimy się uczyć ich obsługi, doskonalić i pilnować, aby nie
wymknęły się nam spod kontroli. Rozwój techniki nie zna granic, zasady można zaginać, być
może i czasem łamać- nic nie jest niemożliwe. Dlatego utworzenie narzędzi, które swoją
funkcjonalnością przerosną własnych twórców (również będących do pewnego stopnia
wyłącznie maszynami) jest tylko kwestią czasu. Czy to dobrze, czy nie? Nie wiadomo, bo nie
znamy sensu tego wszystkiego. Postęp ponad wszystko, poznanie Wszechświata, czy też
stagnacja w pewnej formie, która akurat nam się podoba? Każdy powie co innego.

Ascendencja.
Motyw, który przewija się przez cały film, ale przede wszystkim jest on ściśle podkreślony w
moście istniejącym między samym początkiem filmu, a jego zakończeniem. Właściwie, jeśli
dobrze pamiętam, to już wielokrotnie ktoś tu chyba pisał o interpretacji "Also sprach Zarathustra"
jako nawiązaniu do filozofii Nietzschego, więc nie będę tego wszystkiego powtarzał.
Zakończenie można rozumieć na wiele sposobów, więc podam tylko swoją ulubioną
interpretację.
Sekwencja tunelu czasoprzestrzennego (jak często się ją nazywa), który może być w istocie tylko
urojeniem w głowie Bowmana, wywołanym przez Monolit (czyli być podróżą do wnętrza
świadomości, a nie koniecznie w odległe rejony Wszechświata), jak również pokój, w którym
dokonał swojej przemiany, są całkowicie otwartym wątkiem. Można zrozumieć, że zamknięty
całkowicie swoim umyśle David (jak żona wynalazcy w "Ze wspomnień Ijona Tichego",
wspomnienie II*, Lema) zmuszony jest do wewnętrznego dialogu, kontemplacji nad własnym
życiem, sensem istnienia itd., na co ma wiele lat (skróconych przez Monolit do zapewne góra
kilku minut), co jest z kolei podstawowym wymaganiem przed jego przemianą w "Kosmiczne
Dziecko", wyższy, nieśmiertelny (prawie) byt (który wciąż jednak może ewoluować znacznie,
znacznie dalej ponad to czym obecnie jest). Staje się tym, do czego ludzkość zaczęła dążyć od
samego podniesienia pierwszej kości jako broni/narzędzia. Dlaczego tylko on i HAL (czego już w
samym filmie akurat nie mamy, ale ciężko się tego wyzbyć), to raczej oczywiste. Ciekawe jest
jednak to, czy Monolit ascendencję traktuje jako osiągnięcie całego naszego gatunku (jak
ambitne projekty organizacji kosmicznych, w istocie będących sprawą tylko garstki ludzi), czy też
dostrzega pewien indywidualizm i wyróżnienie, jakim obdarzył te dwie istoty.

*Uwaga, dłuższy cytat:
"Ten nasz materialistyczny punkt widzenia czyni, ma się rozumieć, fikcją istnienia nie tylko duszy
nieśmiertelnej, bezcielesnej, ale zarazem i takiej, która nie byłaby tylko chwilowym stanem pana
żywej osoby, ale pewną treścią niezmienną, ponadczasową i wieczną - takiej duszy, pan się
zgodzi ze mną, nie było nigdy, żaden z nas jej nie posiada. Dusza młodzieńca i dusza starca,
choć zachowuje rysy identyczności, gdy mowa o tym samym człowieku, a dalej: dusza, z czasu,
gdy był on dzieckiem, i z chwili, kiedy, schorowany śmiertelnie, stoi przed agonią - to stany
świadomości nadzwyczaj różne. Ilekroć jednak mówi się o czyjejś duszy, ma się, odruchowo, na
myśli psychiczny stan tego człowieka w pełni dojrzałego, cieszącego się najlepszym zdrowiem -
zrozumiałe więc, że ten stan wybrałem dla mego celu, i moja syntetyczna dusza jest utrwalonym
raz na zawsze przekrojem aktualnej teraźniejszości normalnego, pełnego sił osobnika. Jak ja to
robię? Robię to tak, że w substancji, doskonale się do tego nadającej, odtwarzam z najwyższą,
ostateczną wiernością, atom ~po atomie, drgnienie po drgnieniu, konfigurację żywego mózgu.
Kopia ta jest pomniejszona, w skali jeden do piętnastu. Dlatego pudełko, które pan widzi, jest
takie małe. Przy odrobinie wysiłku można by rozmiary duszy redukować dalej, ale nie widzę po
temu żadnej rozsądnej przyczyny, koszty produkcji natomiast wzrosłyby niepomiernie. Tak więc
w tym materiale utrwalona z-ostaje dusza; nie jest to żaden model ani znieruchomiała, martwa
siatka nerwowych włókienek... jak mi to się początkowo zdarzało, kiedy dokonywałem jeszcze
eksperymentów na zwierzętach. Tu kryła się największa i na dobrą sprawę jedyna trudność. Szło
przecież o to, aby w tym materiale zachowana została żywa, czująca, zdolna da
najswobodniejszego myślenia, do snów i jawy, do najbardziej swoistej gry wyobraźni, wiecznie
zmienna, wiecznie wrażliwa na upływ czasu - świadomość, i żeby się jednocześnie nie starzała,
żeby materiał nie ulegał zmęczeniu, nie pękał, nie kruszył - był czas, panie Tichy, kiedy to
zadanie wydawała mi się nierozwiązalne tak samo, jak na pewno wydaje się panu jeszcze teraz
- i jedynym atutem na moją korzyść był opór. Bo ja jestem uparty, panie Tichy. Dlatego mi się
powiodło...
- Zaraz... - powiedziałem czując w głowie lekki zamęt więc jak pan mówi? Tu, w tym pudełku jest
przedmiot materialny, tak? Który zawiera świadomość żywego człowieka? A w jaki sposób może
się on komunikować ze światem zewnętrznym? Widzieć go? Słyszeć i... - urwałem, bo na twarzy
Decantora pojawił się nieopisany uśmiech. Patrzał na mnie zmrużonym zielonym okiem.
- Panie Tichy - powiedział - pan nic nie rozumie... Jakie komunikowanie się, jaki kontakt może
zachodzić między partnerami, gdy udziałem jednego z ich jest wieczność? Przecież ludzkość
przestanie istnieć najdalej za piętnaście miliardów lat, kogo wtedy miałaby słyszeć, do kogo
mówić ta... nieśmiertelna dusza? Czy pan nie słyszał mnie, kiedy mówiłem, że ona jest wieczna?
Ten czas, jaki upłynie do chwili, kiedy Ziemia zlodowacieje, kiedy najsilniejsze i najmłodsze z
dzisiejszych gwiazd rozsypią się, kiedy prawa rządzące Kosmosem odmienią się do tego
stopnia, że będzie on już czymś zupełnie innym, niewyobrażalnym dla nas - ten czas nie stanowi
nawet najdrobniejszego ułamka jej trwania, ponieważ ona będzie trwała przez wieczność:
Religie są wcale rozsądne przemilczając ciało, bo do czego może służyć nos albo nogi w
wieczności? Do czego mogłyby służyć po zniknięciu ziemi i kwiatów, po zagaśnięciu słońc? Ale
pominę ten trywialny aspekt zagadnienia. Powiedział pan "komunikowanie się ze światem".
Niechby ta dusza kontaktowała się ze światem zewnętrznym tylko raz na sto lat, to i tak, już po
upływie biliona wieków, musiałaby, aby pamięciowo pomieścić wspomnienia tych kontaktów,
przybrać rozmiar kontynentu... a po trylionie lat nawet objętość kuli ziemskiej byłaby już
niedostateczna - ale czymże jest trylion wobec wieczności?! Jednakże nie ten techniczny
szkopuł powstrzymał mię, ale jego konsekwencje psychologiczne. Przecież myśląca osobowość,
żywa jaźń ludzka, rozpłynęłaby się w tym oceanie pamięci, jak kropla krwi rozpływa się w morzu,
i co stałoby się wówczas z zagwarantowaną nieśmiertelnością...?
- Jak to... - wybełkotałem - więc pan twierdzi, że... pan powiada... że następuje całkowite
odcięcie...
- Naturalnie. Czy powiedziałem, że w tym pudełku jest cały człowiek? Mówiłem tylko o duszy.
Niech pan sobie wyobrazi, że z tą sekundą przestaje pan otrzymywać jakiekolwiek wieści z
zewnątrz, jak gdyby pana mózg został wyosobniony z ciała, lecz istnieje nadal, w pełni
żywotnych sił. Stanie się pan, oczywista, ślepy i głuchy, w pewnym sensie także sparaliżowany,
ponieważ nie bedzie pan miał już do swojej dyspozycji ciała, wszelako zachowa pan w pełni
wzrok wewnętrzny, to znaczy - jasność rozumu, polot myśli, będzie pan mógł swobodnie dumać,
rozwijać wyobraźnię, kształtować ją, przeżywać nadzieje, smutki, radości, pochodzące z
przemieniania się ulotnych stanów duchowych - a więc dokładnie to właśnie dane jest tej duszy,
którą kładę na pańskim biurku...
- To okropne... - powiedziałem. - Ślepy, głuchy, sparaliżowany... przez wieki.
- Przez wieczność - poprawił mnie. - Powiedziałem już tyle, panie Tichy, że mogę dodać jeszcze
jedno. Ośrodkiem jest kryształ - pewien gatunek nie istniejącego w naturze kryształu, substancja
niezawisła, nie wchodząca w żadne związki chemiczne, fizyczne... to w jej bezustannie drżących
molekułach zawarta jest dusza, która czuje i myśli...
- Potworze... - powiedziałem cicho i spokojnie - czy zdaje pan sobie sprawę z tego, co pan
zrobił? Ale zaraz - uspokoiłem się nagle - przecież świadomość człowieka nie może być
powtórzona. Jeżeli żona pana żyje, chodzi, myśli, to w tym krysztale znajduje się najwyżej jakaś,
nie będąca nią, kopia...
- Nie - odparł Decantor zezując na biały pakiecik. -Muszę dodać, panie Tichy, że pan ma zupełną
słuszność. Nie można stworzyć duszy kogoś, kto żyje. Byłby to nonsens i paradoksalny absurd.
Ten, kto istnieje, istnieje, rzecz jasna, tylko raz jeden. Kontynuację można stworzyć jedynie w
chwili śmierci. Zresztą proces ustalenia dokładnej budowy mózgu człowieka, którego duszę
sporządzam, i tak niszczy ów żywy mózg...
- Człowieku... - szepnąłem - pan... zabił swoją żonę?
- Dałem jej wieczne życie - odparł prostując się. - To nie ma zresztą nic do rzeczy, którą
omawiamy. Jeśli pan chce, są to sprawy między moją żoną - położył dłoń na pakiecie - a mną,
sądami i policją. Rozmawiamy o czymś zupełnie innym."

HAL
Cóż, już wiele o nim powiedziałem, w końcu jest swoistym splotem całej fabuły, do tego na
każdym kroku, więc nie da się o nim napomnieć. Jednakże bunt maszyny, jak tu wielu krytykuje
"Odyseję..." nie jest w żadnym razie najważniejszym wątkiem. Oczywiście, że można go wziąć
pod lupę, ale najlepiej IMHO zrobić to pod mniej oczywistym kątem- mianowicie nie skupiać się
na skutkach, a powodach. Dlaczego bowiem HAL zaczął się bać, dlaczego zrobił to wszystko?
Błąd w programowaniu (absolutne posłuszeństwo, czego nie mógł spełnić w żaden logiczny
sposób)- to raz, ponowny pływ (ale czy aby na pewno?) Monolitu- dwa. To ostatnie poddaję
wątpliwości, ponieważ nie jesteśmy w stanie powiedzieć, czy Monolit być może ponownie nie
wpływa na swój eksperyment, czy też- znowu- nie jest zwyczajnie obserwatorem, który dostrzega
w nim więcej, niż komputer, czego wynikiem jest sam błąd ("Krótkie Spięcie" się przypomina),
który zmusił go do "myślenia" (to słowo też należy podstawić pod znakiem zapytania) poza
standardowymi ramami- w końcu podjął samodzielną decyzję, zrobił coś, czego nikt mu nie
nakazał w bardzo niekonwencjonalny sposób, chierachizując wgrane mu prawa (powodzenie
misji nad życiem człowieka).

3 czy 4 akty?
Powiem szczerze, to nie jest coś, co sam zauważyłem, ale interpretacja jest bardzo interesująca.
Większość źródeł podaje, że film składa się z 4 części: "Świt Ludzkości", odkrycie Monolitu na
księżycu, "Misja Jowisz" i "Jowisz i Poza Nieskończonością". Tylko, należy zwrócić uwagę, że
drugi rozdział nie ma tytułu. Przejście następuje w słynnym skoku czasowym, co można
zrozumieć jako umieszczenie tytułu w domyśle, ale czy Kubrick by to naprawdę przeoczył? Być
może film ma jednocześnie 3 i 4 akty, w zależności od przyjętej przez widza interpretacji? W tym
pierwszym przypadku możemy uznać, że "Świt Ludzkości" trwa aż do odkrycia życia
pozaziemskiego- czy też dowodu jego istnienia-, co rozpoczyna dopiero nowy rozdział naszej
historii, uświadamia nas, że nie jesteśmy sami, ani wcale tacy wyjątkowi.


Mógłbym to jeszcze dalej ciągnąć, ale myślę, że na razie skończę, bo im dłuższy się ten tekst
staje, tym mniej osób go przeczyta.
Mam nadzieję, że w ogóle ktokolwiek to zrobi...

Ale jeszcze na koniec dorzucę: na pewno wielu zauważy zbieżność tytułu tematu z książką Lema
pod tym samym tytułem- było to zamierzone, a zabieg raczej dosyć oczywisty, więc nie będę go
tłumaczył.

62
  • Ciekawe spostrzeżenia i na pewno wartościowy temat, który niestety zagubił się pośród plebejskich krzyków. Szanuję za nawiązania do Dukaja i Lema.

    "If you understand '2001' completely, we failed. We wanted to raise far more questions than we
    answered."
    Chyba esencja i esencjonalne zdanie dla odbioru całego dzieła. Nic dziwnego, że wygłosił je sam autor i twórca.

    Mimo, że roi się od sensownych i wartościowych spostrzeżeń. Jest wiele szczegółowych analiz, nie tylko całego dzieła ale i pojedynczych sekwencji, motywów. To niektórym umyka fakt, że najcenniejsze, najbardziej stymulujące wyobraźnie i kluczowe dla całego dzieła jest to co niedopowiedziane.
    Monolit, w którym zaklęta jest cała treść płynąca z filmu, monolit, który jest metaforą wszystkiego.
    Kubrick jedynie po przez doprowadzenie formy i wizualnej strony filmu do PERFEKCJI, mógł sobie pozwolić na przekazanie tak istotnych, abstrakcyjnych, ostatecznych i najważniejszych rozważań na temat ludzkości i wszechświata. W konsekwencji czego dzieło jest skończone pod względem formy jak i treści.

    Myślę też, że sprowadzanie i zrównywanie monolitu z pozaziemską cywilizacją jest pójściem na skróty i zbyt bezpośrednią interpretacją.
    Upatrywałbym w nim czegoś w rodzaju impulsu, przypadku, czegoś nieopisanego, ewolucyjnego żartu, którego człowiek jest skutkiem ubocznym. Jakby nie interpretować, to na pewno jest to najbardziej enigmatyczny symbol w historii kina, sztuki...


    • "To niektórym umyka fakt, że najcenniejsze, najbardziej stymulujące wyobraźnie i kluczowe dla całego dzieła jest to co niedopowiedziane. "
      Jak najbardziej, właściwie, to dosłownie każdą scenę można rozumieć na tyle sposobów ilu ludzi chodzi po Ziemi. I co więcej, od każdej takiej interpretacji możemy wyprowadzić całkowicie nowy punkt widzenia na resztę filmu, przez co jest on tak niesamowicie trudny do "ogarnięcia" umysłem. Z całą pewnością tematu nie da się wyczerpać w kilku zdaniach, czy też nawet podczas tygodniowej dyskusji (a sam film trwa niecałe 2,5 godziny).
      Jednakże przedstawiając swoją interpretację, zwyczajnie mam taki nawyk, aby rozkładać wszystko na części pierwsze i opisywać na tyle dokładnie, na ile to możliwe (co częściej, aczkolwiek też i nie zawsze, pozwala uniknąć większych nieporozumień). To, co pisałem wcześniej, to zwyczajnie głębsza analiza moich pierwszych przemyśleń, czy też "naturalnego" odbioru filmu (czyli tego, który narzuca mi się per se).

      "Upatrywałbym w nim czegoś w rodzaju impulsu, przypadku, czegoś nieopisanego, ewolucyjnego żartu, którego człowiek jest skutkiem ubocznym."
      Bardzo ciekawe, podoba mi się ta interpretacja. Oczywiście należałoby jednak dokładniej zdefiniować implikacje płynące z tego założenia, bo jak pisałem- rzutuje to na resztę filmu.
      Jeśli faktycznie nie brać Monolit dosłownie jako obiekt materialny, jaką postać/rolę można by mu przypisać podczas odkrycia na Księżycu i misji Discovery? Jeśli uznamy, że była to np. jakaś pozornie nieistotna mutacja genetyczna (rzeczony "żart"), założyłbym, że w takim razie wszelkie nieudane próby zbadania Monolitu po upływie 4 mln. lat są symbolem naszych ciągłych starań zrozumienia własnego pochodzenia, poszukiwania właśnie tej pierwotnej mutacji, która mogłaby dać nam odpowiedź na pytanie "skąd bierze się inteligencja" i "czy odnajdziemy kiedyś inteligencję pozaziemską". Oczywiście nie może przy tym umknąć uwadze fakt, jak ostatecznie niewiele się dowiadujemy, po wielu próbach zbadania Monolitu nie wiedząc o nim więcej, niż ludzie pierwotni gładzący po nim rękoma, całkowicie zagubieni w ignorancji.
      Idąc dalej tym torem można założyć, że transformacja Dave'a ma symbolizować pewien skok ewolucyjny, tj. gdy już ostatecznie uda nam się uzyskać odpowiedź na to pytanie ("czym my właściwie jesteśmy"), rozpocznie się całkowicie nowy etap naszej egzystencji, narodzimy się na nowo jako cywilizacja, uświadomieni, ale wciąż stawiający więcej pytań, niż kiedykolwiek moglibyśmy na nie uzyskać pożądanych odpowiedzi (jak dzieci). Być może ostatecznie jest to nieskończony cykl, gdyż Wszechświat rządzący się- prawdopodobnie- jakimiś prostymi, elementarnymi zasadami, jest jednocześnie całkowicie nieograniczony, niedający się poznać w pełni, ale nigdy nie wprowadzi nas w stagnację- możemy się zbliżać do nieskończoności, ale nigdy jej nie osiągniemy (ponownie mógłbym przywołać Dukaja, który problem Komputera Ostatecznego rozwiązał Inkluzjami, czyli wszechświatami kieszonkowymi o innych stałych fizycznych, które dają jeszcze większe możliwości obliczeniowe).

      "Kubrick jedynie po przez doprowadzenie formy i wizualnej strony filmu do PERFEKCJI"
      I co najgenialniejsze, nawet ta forma samą sobą wyraża więcej niż jakiekolwiek słowa kiedykolwiek byłyby w stanie.
      Odbiegając od tematu (ale nawiązując do owej "perfekcji"), pozwolę sobie wtrącić, że wczoraj udałem się do kina studyjnego, aby w końcu zobaczyć "Odyseję..." na wielkim ekranie i muszę stwierdzić, że ubolewam, iż żadne większe kino nie zdecydowało się uwzględnić jej w repertuarze chociaż i na 3 dni (pisałem maile i dzwoniłem w tej sprawie- zawsze warto spróbować, choć szansa nikła-, ale nikt mnie nie wziął na poważnie...). Bez odpowiedniego sprzętu to naprawdę nie to, na ekranie monitora film wygląda o rząd wielkości lepiej, poza tym kino nie było w pełni przygotowane do wszystkich utworów klasycznych (w "Nad pięknym, modrym Dunajem" pojawiły się jakieś zakłócone dźwięki przez przestarzałe nagłośnienie, wszystko to rujnowało). Ale przynajmniej pierwszy raz miałem okazję zobaczyć czyjąś reakcję na żywo zaraz po zakończeniu seansu- napisy końcowe były już w połowie, a wszyscy siedzieli oniemieli i nie wiedzieli co z sobą zrobić :D .

      "Szanuję za nawiązania do Dukaja i Lema."
      Gdzie tego ostatniego można by w kontekście "Odysei..." przywoływać bez końca, jego literatura naprawdę zmienia sposób odbioru wszelkich utworów SF. Jak to pewien krytyk zatytułował swoją recenzję "Powrotu z Gwiazd": "Co się Lemowi nie śniło?"- co świetnie oddaje jego twórczość, bo mało miejsca do popisu pozostawił próbującym go naśladować pisarzom ;-) .

      I jeszcze tak dodam dla sprostowania- swojego pierwszego posta w pełni (nie po omacku) przeczytałem dopiero troszkę później, nie zdając sobie sprawy z tak licznych błędów (głównie w kopiowanym tekście, w którego przypadku tylko upewniałem się, czy to faktycznie to, czego szukam), a FW nie przyjmował edycji, prawdopodobnie już zablokowanej, więc przepraszam za te niedogodności.

      • "Jak najbardziej, właściwie, to dosłownie każdą scenę można rozumieć na tyle sposobów ilu ludzi chodzi po Ziemi."
        Dokładnie tak. Niemniej każda z interpretacji posiada wspólny mianownik, który jasno wskazuje, że Kubrick w Odysei, chciał dotknąć spraw absolutu, chciał zadać pytania natury egzystencjalnej.

        "Jeśli faktycznie nie brać Monolit dosłownie jako obiekt materialny, jaką postać/rolę można by mu przypisać podczas odkrycia na Księżycu i misji Discovery?"
        Próbuje logicznie w nim upatrywać chęci poznania wszechświata przez człowieka. Coś co ciągle pcha go do przodu, czegoś czego nie jesteśmy w stanie pojąć, odpowiedzi na nasze pytania, albo pytań, na które nie potrafimy odpowiedzieć.
        Oczywiście nie ma co ukrywać, że chęć poznania obcej cywilizacji jest z tym wszystkim powiązana. Dochodzimy do momentu, gdzie odpowiedzi na pewne pytania, generują kolejne dziesiątki pytań.

        Odnośnie formy, to swego czasu doszedłem do wniosku, że jej nieskazitelność, monumentalizm pozwala Space Odyssey zahipnotyzować i odbierać ją podświadomie, całkowicie poddając się rozmyślaniom i definiowaniu treści.

        Co do pokazów, które miały mieć miejsce od 14 listopada. To za bardzo nie wiem o co chodzi. U mnie w mieście chyba nie było ani jednego pokazu. Praktycznie nie można znaleźć informacji na ten temat... Internet milczy, a założę się, że znalazłoby się sporo osób, które by poszły na ten film.

        A jeżeli chodzi o Lema i jego dzieła, to w swoim największym dziele ośmieszył ówczesne wyobrażenia ludzkości o obcej cywilizacji. Podkreślił tym samym, że ludzie na tę chwilę nie są gotowi na podbój kosmosu, bo szukają w nim "siebie", swojego odbicia, czegoś co można przyrównać do naszego pojmowania rzeczywistości. Zaś we wszechświecie czekają na nas tajemnice podobne do Solaris, które nijak możemy pojąć.


        • " jej nieskazitelność, monumentalizm pozwala Space Odyssey zahipnotyzować i odbierać ją podświadomie, całkowicie poddając się rozmyślaniom i definiowaniu treści."
          O to to. Choć film pozostawia bardzo wiele do myślenia i dyskusji po seansie, w jego trakcie wcale nie angażuje świadomości tak bardzo, lecz wywołuje bardziej podświadome doznania, które pozwalają widzowi płynąć z prądem, którego kierunek zależny jest już od jego własnych doświadczeń.

          "Internet milczy, a założę się, że znalazłoby się sporo osób, które by poszły na ten film."
          Sam zupełnie przypadkiem trafiłem na info. o ponownej premierze, prawdę mówiąc to ślepym trafem. Na seansie w kinie Żak w Gdańsku wraz ze mną było 10 osób. Gdyby wydarzenie faktycznie było nagłośnione, zapewne można by liczyć na szerszą widownię.

          "A jeżeli chodzi o Lema i jego dzieła, to w swoim największym dziele ośmieszył ówczesne wyobrażenia ludzkości o obcej cywilizacji."
          I nie tylko w Solarisie, który w dużej mierze starał się przedstawić również inne problemy, natury czysto psychologicznej. Stało się po prostu tak, że jest on najbardziej rozpoznawalny z całej jego twórczości, ale IMHO nie jest to akurat utwór najlepszy, choć oczywiście uważam, że ciągle wybitny.
          Znacznie bardziej skupił się na tym problemie w "Głosie Pana", którego jedynym tematem była faktyczna próba rozszyfrowania obcej wiadomości w postaci strumienia neutrinów. Nie mamy tu bezpośredniego kontaktu z obcą istotą, więc nasza bezradność co prawda nie rzuca się tak bardzo w oczy, ale mimo to pokazuje, że nawet, gdybyśmy otrzymali wiadomość nadaną celowo tak, abyśmy byli w stanie ją zrozumieć, to wciąż miewalibyśmy wątpliwości, czy nie jest może ona nawet pochodzenia naturalnego.
          Z resztą, właściwości tej transmisji to coś, co również można by podciągnąć pod symbolikę Monolitu (żabi skrzek). Chciałem tu przytoczyć fragment, ale nie mogę tak na szybko znaleźć wersji w pdf-ie, a ręczne przepisywanie mi się nie uśmiecha (choć, jeśli będę musiał, to w końcu to zrobię).
          Z drugiej strony, Lem potrafił być i optymistą (umiarkowanym) w tych sprawach. Np. w "Edenie" kontakt z obcą cywilizacją się udał, lecz jedynie w postaci topornej konwersacji z jednym przedstawicielem- ale było to możliwe. Natomiast w "Fiasku", które to moim zdaniem zasługuje na szczególne wyróżnienie (koniec kariery, w którym wykazał już absolutną pełnię swojego mistrzowskiego opanowania pióra, i przesycił utwór mową techniczną, co osobiście uwielbiam), ukazał też inną stronę takiego kontaktu, jeszcze odrobinę bardziej optymistyczną- ale tylko pozornie, gdyż ostatecznie utwór skończył się (jak wskazuje tytuł) tragicznie-, lecz jako barierę przedstawił zwyczajne różnice kulturowe, które takim błahym problemem- jak by się mogło wydawać- nie były.
          Więcej, nawet w "Powrocie z Gwiazd" mamy głównego bohatera, który absolutnie nie jest w stanie znaleźć wspólnego języka z innymi ludźmi (dzieli ich ponad 150 lat rozwoju cywilizacyjnego) i udaje mu się jedynie normalnie "rozmawiać" z maszynami, ponieważ te posiadają pewną bardzo szczególną cechę- niczemu się nie dziwią ;-) . Pomyślmy teraz jak niemożliwe byłoby nawiązanie jakiegokolwiek sensownego kontaktu z ludźmi żyjącymi 4 mln lat w przyszłości- a teraz podstawmy za to zupełnie obcą cywilizację. Wnioski nasuwają się same.

          "bo szukają w nim "siebie", swojego odbicia, czegoś co można przyrównać do naszego pojmowania rzeczywistości."
          Tak właściwie to- jak daleko pamięcią sięgam- chyba H.G. Wells był pierwszym pisarzem SF, który wyśmiał takie poglądy ludzkości w "Wojnie Światów", gdzie wyraźnie przedstawił rozbieżność między naszymi oczekiwaniami, a rzeczywistością (która współczesnemu czytelnikowi z drugiej strony wcale taka straszna ani dziwna wydawać się już nie będzie):

          "Myślę, że wszyscy spodziewali się ujrzeć wydobywającego się z walca człowieka,
          być może niezupełnie podobnego do ziemskich ludzi, ale przecież człowieka.
          Przynajmniej ja się tego spodziewałem. Tymczasem w głębi tej czerni ujrzałem jakieś
          ruchy, jakieś wciąż bliższe i bliższe, nakładające się szare falowania, następnie dwie
          połyskujące tarcze, jakby ogromne oczy. Potem z wnętrza wysunęło się coś na kształt
          szarego węża grubości zwykłej laski i poczęło wić się w powietrzu wprost ku nam. Po
          chwili za pierwszym wężem ukazał się następny.
          Wstrząsnął mną nagły dreszcz. Jakaś kobieta za mną krzyknęła głośno. Na wpół
          odwrócony, ze wzrokiem wciąż utkwionym w walcu, skąd wytryskały następne macki,
          począłem przepychać się dalej od skraju jamy. Widziałem wyraźniej, jak zdumienie
          malujące się na twarzach otaczających mnie ludzi zmieniało się w przerażenie. Zewsząd
          słychać było niezrozumiałe okrzyki. Tłum zaczął się cofać. Patrzyłem, jak sprzedawca
          wspina się ź pośpiechem po zboczu jamy, nagle spostrzegłem, że jestem
          sam, a po przeciwnej stronie jamy tłum, ze Stentem na czele, uchodzi co sił w
          pole. Znów spojrzałem na walec i porwał mnie nieokiełznany strach. Stałem skamieniały i
          patrzyłem.
          Z walca powoli, z trudem, wydobywało się duże, wielkości niedźwiedzia,
          szare kuliste cielsko. Wychynęło z otworu i zalśniło w promieniach słońca jak
          wilgotna skóra. Fara wielkich ciemnych oczu wpatrywała się we mnie przenikliwie.
          Cielsko było owalne i, można by rzec, miało twarz. Poniżej oczu widniał otwór gębowy,
          wąska szrama bez warg, drgająca bezustanku, sapiąca, ociekająca śliną. Całe ciało
          dyszało i pulsowało konwulsyjnie. Cienkim mackowatym ramieniem trzymało się
          krawędzi walca, podczas gdy druga macka bujała w powietrzu.
          Ktoś, kto nigdy nie widział żywych Marsjan, z trudem tylko może wyobrazić sobie
          niezwykłe obrzydzenie, jakie budził ich wygląd. Zwłaszcza drgające nieustannie usta
          wygięte w kształt litery V, z obwisłą ku przodowi górną wargą, brak łuków brwiowych,
          brak podbródka pod klinowatą wargą dolną, wężowe macki, głośne i pośpieszne sapanie
          wywołane-obcą im atmosferą ziemską, wyraźna trudność w poruszaniu się
          spowodowana silniejszym niż na Marsie przyciąganiem, a przede wszystkim
          niesamowita wprost przenikliwość ogromnych oczu - widok ten przyprawiał nieomal o
          mdłości. W ich oleistej brunatnej skórze było coś gąbczastego, w niezręcznej celowości
          powolnych ruchów - coś niewypowiedzianie potwornego. Już pierwsze z nimi zetknięcie,
          pierwszy rzut oka napełnił mnie wstrętem i przerażeniem."

          • Podepne sie, bo jedna rzecz mnie nurtuje: skad wiemy, ze to dziecko, ktore widzielismy na koniec naprawde istnieje? Moze to tylko metafora, pokazujaca ze Bowman przeksztalcil sie nowy byt, ktory dopiero odkrywa swoje mozliwosci - a najprosciej to pokazac wlasnie za pomoca symbolu - dziecka (czy raczej embrionu).
            Ciekawa dyskusja, jak znajde chwile czasu to postaram sie wlaczyc, bo mam zupelnie inny punkt widzenia na wiekszosc spraw tutaj poruszonych.

            • Ja próbuję tłumaczyć sobie dziecko, właśnie jako nowa świadomość Bowmana. Świadomość, którą zyskujemy po śmierci? Jeżeli patrząc przez pryzmat religii, to może to być nawiązanie do reinkarnacji, do duszy człowieka, która jest stała, niezmienna, dlatego przyjmuję postać noworodka. Być może Kubrick chciał na pewnej płaszczyźnie zasugerować istnienie właśnie tego nieopisanego pierwiastka, który posiada każdy z nas(w religiach nazywana duszą)?

              Często pojawia się interpretacja mówiąca o narodzinach "nowego" człowieka, doskonalszego. W końcu na przestrzeni całego filmu jesteśmy świadkami ewolucji człowieka od prymitywnej małpy, do istot przemierzających kosmos. Być może to wielkie dziecko(czy raczej embrion) to kolejne(ostateczne) stadium ewolucji człowieka? Jest wiele interpretacji, mnie osobiście wprowadza ono w zakłopotanie i odbieram je jako niezwykle ciekawą wizualnie puentę, która przez swój surrealizm i ogrom jest niezwykle enigmatyczna i frapująca.

              • Faktycznie, najbardziej intrygujące jest pojawienie się płodu. Odebrałam go - tak jak chyba większość - jako duszę Dave'a, która czeka na to, aż wejdzie w ciało nowo narodzonego. Uznałam, że tym sposobem bohater wrócił na Ziemię. W zasadzie podstawą mojego wyobrażenia o tym filmie jest czysta opowieść fantastyczno-naukowa. Traktuję monolity jako wynalazki obcej cywilizacji, a ich funkcje to m.in.: bramy do tuneli czasoprzestrzennych, odbiorniki/nośniki/nadajniki informacji. Monument - ukazujący moce istot pozaziemskich - jest spoiwem, który najbardziej pasuje mi do fabuły i sensownie łączy wszystkie trzy incydenty. Natomiast tajemnicza scena z pokojem podsunęła mi myśl, że Dave spotkał się z obcymi i resztę swojego życia spędził na nieznanej planecie.

                Oczywiście nie spłyciłam filmu, tylko nakreśliłam własne podłoże, na którym mogę spokojnie dokonywać przeróżnych przemyśleń. Bo obraz rzeczywiście porusza wiele pytań, na które wciąż nie znamy odpowiedzi. Dlatego ta produkcja "zmusza" nas do rozważań o tematyce egzystencjalnej, czy pozazmysłowej. "Każe" nam się zatrzymać na chwilę, w tym naszym rozbieganym życiu, i zastanowić się nad tym, co jest tak naprawdę ważne. Więc podróż Dave'a w tunelu czasoprzestrzennym, jak najbardziej można odbierać jako symbolikę wędrówki do wnętrza siebie, o czym wspomniał autor tematu. W związku z tym, scenę z pokojem można rozumieć jako szukanie samego siebie, oraz w ostateczności uzyskanie wewnętrznej harmonii (widząc bohatera na łóżku, odniosłam wrażenie, że jest on pogodzony ze swoim życiem). Monolit może wyrażać ludzkie pragnienia dotyczące poznania wielu tajemnic świata - które obecnie wprawiają nas w osłupienie, czy spore zakłopotanie - a przede wszystkim na zrozumieniu sensu istnienia. Zapoznałam się ze spostrzeżeniem mówiącym o tym, że płód może symbolizować zjednoczenie się ze Wszechświatem. Przyznam, że spodobała mi się ta opinia, ponieważ podczas seansu widok embrionu dryfującego w przestrzeni kosmicznej, wywołał we mnie pewien spokój, a wręcz miłość do wszelkiego istnienia. Ogólnie staram się szanować życie każdej istoty i boli mnie to, gdy widzę krzywdy wyrządzane czy to człowiekowi, czy zwierzęciu. Bo życie naprawdę cudem jest i powinniśmy je respektować.

  • post dla koneserów

  • Dzięki za ten post, szukałam go w tym bajzlu.


  • Ja to widzę inaczej. Im więcej czytam takich obfitych, rozpasanych wręcz interpretacji (a w sieci ich nie brak), tym bardziej mam wrażenie, że na siłę szukamy dla Monolitu jakiegoś „imienia”, staramy się go jakoś przyporządkować. Bo skoro jest, to na pewno musi mieć jakieś zastosowanie. My ludzie tak mamy, że nie umiemy egzystować obok czegoś, czego nie zaszufladkowaliśmy, nie skatalogowaliśmy. Jeśli coś jest obok nas – nawet milczące, nieruchome na wieczność, pozbawione koloru i kształtu (czyli nie posiadające jakichkolwiek cech własnych) to staramy się nadać mu choćby jedną cechę, przypisać rolę – żebyśmy mogli to wreszcie skatalogować, przyporządkować do naszego świata. Co ciekawe, najczęściej przypisujemy role boską.

    Tak już mamy. Tak postępujemy. Przykładem jest Stonehenge. Może to miał być artystyczny ogród samotnego ekscentryka, który zmarł nagle i nie zrealizował swojej architektonicznej wizji? Nie wiadomo. Ale zdążyliśmy już nadać temu rolę kosmiczną. Jeśli czegoś nie znamy, nie potrafimy założyć, że to cos banalnego, nieznaczącego. Zakładamy, że jest darem od bogów, lub innej, oczywiście obowiązkowo bardziej rozwiniętej cywilizacji. A przecież mamy do czynienia z kawałkiem litego kamienia, który dryfuje i nic poza tym. Wszelka wartość, została mu dodana przez nas. Dodana.

    Tak bardzo chcemy, żeby monolit cos znaczył.

    A nie naszła was taka myśl, że to nie monolit zmienił te małpy? Że to one same się zmieniły w obliczu czegoś nieznanego? W dalszej części filmu ludzie też przeszli w obliczu monolitu przemianę sami z siebie – to nie on ich zmienił, to oni sami się zmienili sądząc, że o to powoduje. Psychologia znalazła wiele dowodów na to, ze tak właśnie się zmieniamy. Nie coś nas zmienia, lecz my się zmieniamy w obliczu czegoś, nawet nieruchomego, monolitycznego. Potrafimy się zmienić w obliczu kamienia (sądząc, że ten kamień coś ze sobą niesie).

    Ludzie tym się wyróżniają we wszechświecie, że widząc cokolwiek nieznanego, zaczynają zadawać pytanie: „Dlaczego?”. Zadają je, dopóki nie usłyszą odpowiedzi. Ale kamień milczy, nie odpowiada – więc sami udzielają sobie tej odpowiedzi. Bo najważniejsze, aby padła odpowiedź. Milczenie nas zabija.

    Monolit, jako lajtmotiv spina fabułę „2001”. Ale czy faktycznie ma znaczenie? A może odwraca naszą uwagę od czegoś? Absorbuje obserwatora na tyle, że widz musi, naprawdę musi nadać mu znaczenie, nadać jakieś „imię”, znaleźć dla monolitu jakieś zastosowanie. Bo nie umiemy egzystować obok czegoś, czego nie skatalogowaliśmy. Jesteśmy rzeźbiarzami. Z litego kamienia wykujemy, co tylko chcemy. I dopiero wtedy odzyskujemy spokój.

  • Film jest dość mierny i niemiłosiernie "nadęty". Oczywiście na efekty specjalne w tych czasach należy się plus. Tak samo za realistyczną próbę pokazania statków kosmicznych ze sztuczną grawitacją. Za muzykę też należy się plusik - tyle, że Wagnerowi :D
    Właściwie są to dwa filmy w jednym. Nowelka ze zbuntowanym komputerem jest nawet niezła. Natomiast ta cała otoczka z "Monilitami", to nadęty bzdet. Kto czytał Lema ten doskonale zrozumie całą naiwność takiego pomysłu. Niby jakaś cywilizacja, która jeszcze nie osiągnęła Najwyższej Fazie Rozwoju je poumieszczała???

Zgłoś nadużycie

Opisz, dlaczego uważasz, że ten wpis nie jest zgodny z regulaminem serwisu: