Nudny? Spoilery.

Jeden wielki SPOILER:


Z czystej ciekawości przeglądałam tematy powiązane z "Aż poleje się krew". Zauważyłam, że głównym zarzutem padającym w dyskusjach jest to, że film jest nudny jak flaki z olejem (albo ropą?), nie dzieje się w nim absolutnie nic, zero akcji.

Ludzie piszą również, że - w przeciwieństwie do innych tytułów tutaj na filmwebie - fani tej produkcji nie podają żadnych konkretnych argumentów za tym, że film jest dla nich wartościowy.

Dziwi mnie, że ktoś piszę w przypadku tego filmu o nudzie. To nie jest film nastawiony na akcję, to film nastawiony na kreację postaci. Tak, tej jednej, jedynej, wysuwającej się na pierwszy plan postaci - Daniela Plainview - jądro opowieści, wokół którego krążą inne, pomniejsze elementy, między innymi Eli Sunday. Film nie jest nudny, jest po prostu ciężkostrawny.

Wielkie otwarte przestrzenie, duże pomieszczenia - nic nie pomaga w pozbyciu się odczucia duszności i hermetyczności. Wszystko zbudowane jest tak, że film swym klimatem przytłacza i miażdży. Może dlatego jest taki ciężki i tak trudno wytrwać do końca.

Całe tło historyczne, okres wielkiego boomu na ropę naftową, a wcześniej gorączka złota - wszystko to jest tylko pretekstem dla zaprezentowania sylwetki niemalże szablonowego, rodzącego się typu człowieka - kapitalisty, pracoholika, który wierzy, że jedynie pozyskanie jak największej ilości dóbr materialnych przyniesie mu w tym życiu spełnienie. Plainview pokazuje ciemną stronę amerykańskiego snu. Ciemną stronę tego, jakie są konsekwencje osiągnięcia sukcesu. Plainview jest człowiekiem, który nie wierzy w nic, poza sukcesem - jest to dla niego najwyższa idea, nie jest reprezentantem żadnego nurtu filozoficznego, dowiadujemy się, że odcina się również od każdej religii - "wszystkie lubi jednakowo". Nie jest to jednak ukazanie opozycji: zły kapitalista, ateista przeciwko dobrym katolikom. Wszystko za pomocą postaci młodego proroka, Sunday'a. Na żadnej świętości nie pozostawiono suchej nitki. Jednakowo dostaje się na koniec człowiekowi biegnącemu ślepo za chęcią zdobycia majątku ciężką pracą i temu, który chciał zyskać na religii.
Plainview to mizantrop, który nie potrzebuje towarzystwa, choć w gruncie rzeczy cieszy się, gdy poznaje swojego brata. Tym bardziej wielkie jest jego rozczarowanie i gorycz, gdy okazuje się, że jest inaczej. Pełen jest złości i pretensji do świata przeciętnych śmiertelników, to, co dzieje się na ekranie nie powoduje nagłej przemiany wewnętrznej bohatera. Żegnamy go jako człowieka przeżartego już swoją nienawiścią i niemożnością identyfikacji się z większością ludzi. Odrzuca od siebie wszystkich, nawet "syna", którego - patrząc na jego wcześniejsze zachowania - przecież kochał.
Ostatnie jego słowa - "I'm finished" - można rozpatrywać dwojako - albo jako suche stwierdzenie, że skończył, dokonał czego chciał albo też jako przyznanie w końcu przed samym sobą, że... w gruncie rzeczy jest skończony. Władza i bogactwo nie przyniosły upragnionego spokoju.
Plainview to naprawdę dobrze zbudowana postać. Główny bohater, co nie zdarza się przecież tak znowu często, jest tutaj naszpikowany negatywnymi cechami. A mimo to wzbudza sympatię, ostatecznie nie jesteśmy w stanie przecież stwierdzić, że "dobrze mu tak". Więcej irytacji wzbudza już przecież Eli Sunday.

Co do muzyki, to nie zgadzam się, że nie pasowała do filmu. Jest po prostu inna i nieszablonowa. Ileż można słuchać hansowozimmerowskich klimatów? To, że film jest dużą produkcją, nie oznaczać, że muzyka musi być tak boleśnie epicka. Muzyka dodawała temu tytułowi unikalności, jest momentami piękna, momentami dziwnie niepokojąca, czasami trudno ją wręcz muzyką nazwać (scena wypadku na platformie).

Uważam, że film zasługuje na uwagę i jeszcze kiedyś wejdzie do kanonu filmów uznawanych za wybitne. Jest ciężki, przytłaczający, momentami nieprzyjemny i z całą pewnością nie zostawia na koniec widza w stanie dobrego humoru. Ale nie taka miała być jego rola. Filmy są różne, nie wszystkie mają służyć przyjemności i czystej rozrywce. W dobie filmów trwających godzinę i trzydzieści minut może się wydawać również przydługi, ale on po prostu jest filmem w starym klimacie - długim, powolnie się rozwijającym. Nie będę pisała nic o Oscarach ani o "To nie jest kraj dla starych ludzi", ponieważ uważam to za zbędne. Oba filmy różnią się diametralnie, a "Aż poleje się krew" oglądałam, nie wiedząc nawet, że to film oskarowy.

58
  • użytkownik usunięty

    Fajnie napisałaś i ciekawe, że nikt z krytykujących do tej pory Ci nie odpowiedział.

    Podobnie jak Ty uważam, że Aż... znajdzie się w kanonie filmów wybitnych, wielkich. Rola Daniela rozpisana przez jakiegoś scenopisarskiego Mozarta;) Zwróciłam uwagę na premedytację, z jaką niszczy ludzi, którzy wiedzą o jego potrzebie bliskości, wtedy, kiedy ci ludzie okazują się ludzcy, ułomni. Rozpacz i okrucieństwo.

    Ciekawa jestem Twojego zdania na temat braku kobiet w tym filmie.

    • Myślę, że brak kobiet w tej konkretnej produkcji był tym, co jeszcze bardziej mnie do niej przekonało. Nie było tutaj sztampowego wątku kobiety, która zaczyna kręcić się wokół głównego bohatera, próbując go zmienić lub wykorzystać. Unikano zapewne tanich chwytów. Nagość też tutaj byłaby nie na miejscu. Myślę, że każda próba ukazania jakichkolwiek relacji damsko-męskich w "Aż poleje się..." byłaby po prostu nie na miejscu. Plainview, który jest zaawansowanym mizantropem, przejawia zapewne również jakieś tam tendencje do mizoginii, ale to tylko takie moje gdybanie. Kobiety w jego życiu były, owszem, jest to powiedziane wprost w scenie na plaży, kiedy Daniel stara się wspominać (świetna scena "zdemaskowania" fałszywego brata, dopiero przy drugim podejściu do filmu zwróciłam uwagę na tę zmianę mimiki Day-Lewisa) o dziewczętach które poznawali bodaj na potańcówkach. Brak kobiet w jego późniejszym życiu ma pewnie tylko podkreślić to, jak bardzo Plainview NIE POTRZEBUJE wokół siebie ludzi i jak bardzo oderwany jest od spraw doczesnych, błahostek takich jak chociażby miłość czy to duchowa, czy cielesna. Przecież on "tylko chce się odizolować od innych". No i oczywiście nowa pani Plainview zepsułaby jego nieskazitelny wizerunek wdowca z synem. A interesy są najważniejsze.
      No, cieszę się, że ktoś jeszcze lubi "Aż poleje się krew" tak bardzo, jak ja. ;) Pozdrawiam.

      • Hej, fajny wątek, wreszcie jakieś wartościowe opinie, do których się przyłączam. Jedna rzecz, z którą się nie zgodzę: w tym filmie jest ważna postać kobieca - Mary, żona H.W. Mimo, że w całym filmie mówi może z pół zdania, jest w pewnym sensie kluczowa, jako alternatywa dla modelu życia Daniela Plainview. Jest tym najważniejszym elementem różniącym jego i jego syna a jednocześnie synonimem miłości i poświęcenia (uczy się języka migowego kiedy jeszcze są mali itp) i silnych, trwałych związków międzyludzkich. Jest to aż ckliwe i papierowe, ale bardzo mocne, scena ślubu jest świetna!
        Poza tym brak kobiet filmie=brak związków emocjonalnych z kobietami w życiu Daniela, bo atmosfera filmu odzwierciedla jego życie wewnętrzne. Są tam tylko ludzie, którzy są mu w danym momencie potrzebni dla osiągnięcia celu, albo mu w tym przeszkadzają (Eli) Wyjątkiem jest brat i H.W. - oni jedni sygnalizują istnienie u Daniela ludzkich, bezinteresownych uczuć, które tak jak oni zostają w końcu zabite lub porzucone.
        Ale nie zgodzę się, ze w życiu Plainview nie ma "miłości fizycznej" - w scenie "chrztu" jest mowa o pożądaniu kobiet, jest też scena w burdelu - myślę, że tej kwestii nie rozstrzygniemy, natomiast pewne jest, że z żadną kobietą nie był związany uczuciowo.

  • Witam. Po pierwsze podzielam zachwyt nad obrazem. Film jest dla mnie absolutnie genialny i od razu trafił do kanonu moich prywatnych arcydzieł. Postanowiłem zabrać głos gdyż trochę inaczej oceniam działanie głównego bohatera genialnie wykreowanego przez Daniela Dey-Lewisa. Bezapelacyjnie zgadzam się, iż to mizantrop jednak uważam, iż nie należy do ludzi ślepo dążących do celu jakim jest w tym przypadku sukces finansowy. Przede wszystkim uważam, że robi to z dwóch powodów, ze względu na fakt, że jak wyznaje w genialnej i szczerej rozmowie ze swym domniemanym bratem, chciałby być kiedyś tak bogaty aby obejść się bez tych...ludzi. Po drugie, co również pada w tej kluczowej, moim zdaniem, dla całego filmu scenie, lubi rywalizację i zwyczajne bycie lepszym. Gdyby chciał odnieść tylko sukces finansowy sprzedałby przecież, w odpowiednim momencie, swoje rozliczne złoża chętnym. Fakt jego irytacji podczas negocjacji i później wyraźnie wskazuje na równowagę tych obu celów. Nie zgadzam się również, iż główny bohater „Pełen jest złości i pretensji do świata przeciętnych śmiertelników” i że „Żegnamy go jako człowieka przeżartego już swoją nienawiścią i niemożnością identyfikacji się z większością ludzi”. Uważam, że po prostu ma ich los w głębokim poważaniu, a wrodzony cynizm i brak zasad moralnych pozwalają mu ich wykorzystywać, okłamywać, okradać, zabijać. Nie czyni tego ze złości czy pretensji tylko aby osiągnąć swój cel i moim zdaniem nie za wszelką cenę tylko tak po prostu. Co do braku nagłej przemiany bohatera pełna zgoda. Natomiast uważam, iż subtelna nastąpiła. Uważam, iż Daniel Plainview próbuje w pewnych etapach żyć według przynajmniej wybranych przez siebie norm uznawanych przez większość, szukając w nich zwyczajowo szczęścia. Próbuje też, z tego samego powodu, doszukać się w sobie ciepłych uczuć względem wybranych innych osób (syn, domniemany brat). Jednak w końcu z różnych przyczyn dochodzi do wniosku, że to bez sensu i nie dla niego, a jako, że sukces jaki odniósł mu na to pozwala, realizuje jeden ze swoich celów i odseparowuje się od wszystkich. Absolutnie genialna ostatnia scena jest zwieńczeniem wniosków do jakich doszedł względem własnej osoby. Nie odmawia sobie okrutnej zabawy losem kaznodziei, uświadamiając mu przy okazji jaką jest, przy tak utalentowanym przedsiębiorcy jak on, beznadziejną jednostką w takim kraju jak USA. Nieprzypadkowo, moim zdaniem, dzieje się to po przechwałkach księdza na temat swoich sukcesów. Podsumowując, główny bohater to według mnie zwykły cynik i mizantrop który próbuje jak każdy z nas realizować w życiu własne cele. Różni się od większości właściwie głównie brakiem zasad moralnych i wybiórczym respektowaniem norm społecznych. Próbuje przez pewien czas żyć według niektórych z nich ale dochodzi do wniosku, że nic dla niego nie znaczą (porzucenie syna) i dąży do szczęścia według własnych zasad. Uważam, że jego ostatnie słowa które, jak słusznie zauważyłaś, można interpretować dwojako, bardziej odnoszą się do tego, że po prostu skończył i tyle. O reszcie filmowego rzemiosła wypowiadałem się już wcześniej w innym temacie więc nie będę się powtarzał poza kolejnym stwierdzeniem, iż obraz jest, w mojej ocenie, genialny. Pozdrawiam i wyrazy szacunku przesyłam!

  • Świetne komentarze, dzięki za to! Film jest naprawdę mocny, doskonale trzyma w napięciu. I daje do myślenia, niesamowite! Zastanawiam się jak określić głównego bohatera: przychodzi mi na myśl cynik i psychopata. Ale te wnioski pojawiają dopiero później, w trakcie oglądania. Bo na początku (choć czuć już jakieś nieprzyjemne napięcie) widzę ciężko pracującego mężczyznę, który krwią i potem walczy być może o lepsze życie dla swojego małego synka? Widzę też, że okazuje małemu czułość (!), jednak w miarę oglądania jestem coraz bardziej zbita z tropu i przerażona osobowością tego człowieka. Niemało emocji budzi też postać pastora, który wygania złe duchy, sam wydając się opętanym. Końcowa scena i rozmowa obu mężczyzn dobitnie ujawnia jak wiele w gruncie rzeczy ich łączy... Genialne kino!

    • To nie był jego syn, to dziecko tragicznie zmarłego innego robotnika, kiedy Daniel rozkręcał swój pierwszy interes. Pytanie tylko, czy juz wtedy miał ten plan, by na jego "słodką buźkę" zdobywać sobie przychylność ludzi, czy rzeczywiście przygarnął go z dobroci serca, bo chciał mieć potem następcę, a dopiero później zrobił się cynkiem.

  • Bardzo dobry komentarz!
    Chcialabym jesczez wiedziec dlaczego kiedy syn Daniela znajduje u jego "brata" dziennik podpala hatke w ktorej nocuja?? A nastepnie czemu Daniel odsyla go ? NIe moge dokonca zrozumiec tych scen.
    Takze duzym zaskoczeniem dla mnie byla koncowka filmu w ktorej to okazuje sie ze Daniel odrzucil takze i syna, przeciez od samego poczatku filmu widac ze naprawde jest dla niego wazny, a pozatym podkresla ze jest to firma rodzinna. Wiec w jaki sposob ich relacje az tak sie popsuly>?

  • Wow . Świetnie napisane . Czytało się to naprawdę przyjemnie . Mógłabyś zacząć pisać recenzje ponieważ masz do tego smykałkę .

  • Ja jeszcze dodam od siebie- zwrócił ktoś uwagę na westernową budowę filmu?

  • Czy nudny? Kwestia gustu. Za to na pewno za długi

  • Kapitalista to nie typ człowieka, rodzący się na początku XX wieku, litości. W ogóle to słowo jest zbędne i nic to nie ma wspólnego z american dream. To studium braku miłości, a nie jakichś patologii rynkowych.

  • Bohater filmu nie jest pracoholikiem i kapitalistą. On jest przede wszystkim psychopatą i ten film jest właśnie o psychopacie, nie wzbudzającym sympatii, a wręcz odpychającym. I bliżej mu nie pracoholikowi a dyktatorowi typu Stalin. Chyba że można uprawiać pracoholizm w dziedzinie gnębienia i łamania ludzi. Fakt poruszania się bohatera w kapitalizmie jest moim zdaniem drugoplanowy.
    Film pokazuje najgorsze ludzkie cechy ale niestety nic nie mówi o ich pochodzeniu. Bo z pewnością nie gonitwa za sukcesem jest ich źródłem, ani ustój polityczny i gospodarczy USA. Reżyser jednak nie zadał sobie trudu żeby wyjaśnić skąd ta nienawiść do ludzi u bohatera się wzięła. I nie sądzę, żeby temu podołał. Pokazał za to psychopatę w jego naturalnym środowisku. Pozbawionego skrupułów łotra. I pokazał to fenomenalnie. Tylko co z tego płynie dla widza? Jak dla mnie niewiele. Myślę, że o wiele bardziej pouczający był motyw manipulacji sekciarskiej w wykonaniu Eli Sunday'a, który nie był postacią tak ordynarnie jednoznaczną. Ale oczywiście tak jak nie każdy kaznodzieja/ksiądz to Eli Sunday, tak nie każdy przedsiębiorca to Daniel Plainview.

  • w pełni się zgadzam...nic dodać nic ująć

Zgłoś nadużycie

Opisz, dlaczego uważasz, że ten wpis nie jest zgodny z regulaminem serwisu: