Lustrzana truskaweczka w kolorze umbry

Nie wierzę, że ten film oceniają różne tłumoki, które go po prostu nie zrozumiały i spłyciły. Film jest jedną wielką i niebanalną autoadaptacją, z autotematyzmem jako motywem głównym. Ma to odzwierciedlenie nie tylko w świadomych zachowaniach i słowach bohaterów, ale także w warstwie strukturalnej filmu, o której też wspominają, lecz mimochodem, jakby nie do siebie, a do widza. A większość tego jakby nie słyszy. I nie mówię tu tylko o samej akcyjniakowej końcówce! I braci Kaufmanów, i Laroche'a z Orlean można uznać jednocześnie za postaci rzeczywiste, jak i wymyślone, ponieważ to nie jest istotne, albo raczej są postaciami realnymi w nierealnym, abstrakcyjnym filmie. Dlatego w każdym temacie pojawiają się zaprzeczające sobie, lecz, a jakże, przekonane o swojej słuszności opinie i interpretacje. W tej warstwie one się od siebie nie różnią - jeśli scenarzyści są realni, to pisarka i kolo od orchidei też, jak Donald jest wymysłem - analogicznie. Największą bekę mam z ludzi, którzy całą fabułę sprowadzają do 'rozdwojenia jaźni' Charliego. To jest głupota, tak jak przez pryzmat zakończenia analizować cały film! Sam Charlie mówił przecież do brata o sztampowości motywu 2 osobowości, i(jaki niezwykły przypadek!) zaraz po tej rozmowie widzimy Donalda w różnych sytuacjach wykluczających go jako wymysł, alter ego, gdzie wcześniej wydawał się jedynie postacią w głowie Charliego(dlatego gra go sam Cage, jako bliźniak, by skonfundować widza. Niektórzy się zakręcili do teraz, z całym szacunkiem).

P.S. Kto pisał ten z***ny opis? -,-

  • Nie ważne, "co autor miał na myśli", bo całym tym szukaniem głębszego sensu nie da się zaprzeczyć, że film jest nudny. Może i historia miała potencjał, ale snuto ją podle.
    Twórcy ustami "guru scenariuszy" próbują przekonać widza, że najważniejsza jest ostatnia scena, bo jeśli ona jest dobra to film jest dobry. Przyznam, że zdarzały się filmy potwierdzające te słowa, chociażby "Ostatnie kuszenie Chrystusa". Tutaj jednak finał nie wbija w fotel. Zakończenie jest dość przeciętne, więc pierwsze 75 min nie osłabia czujności widza przed ciosem obuchem, a pozostaje gryzącą umysł nudą.

    Film niczym nie zachwyca i niczego nie wnosi, nie bawi, nie wzrusza, nie smuci, nie rozwija... Oglądając go czułem się, jakbym przejrzał kilka mało poczytnych blogów.
    "Być jak John Malkovich" - świetny, "Ona" - bardzo dobry, "Adaptacja" - po co? Może jako żart, by postać fikcyjna dostała jakąś nagrodę? Albo (biorąc na poważnie scenarzystę) to wynika megalomani. Mnie sobą nie uwiódł, co najwyżej zmęczył.

Zgłoś nadużycie

Opisz, dlaczego uważasz, że ten wpis nie jest zgodny z regulaminem serwisu:
o