Interpretacja przesłania

"American Beauty" to opowieść o wpływach kulturowych, którym większość poddaje się zupełnie bezkrytycznie i bezwolnie, na ogół już wtedy, kiedy jesteśmy dziećmi. To opowieść o fatalnych skutkach socjalizacji, która poprzez każde medium (szkoła, tradycja, wychowanie, religia, media, pop-kultura) wpaja ludziom najczęściej przestarzałe, a przy tym (łącznie) sprzeczne ze sobą i jednostronne, płytkie pseudowartości.

Te pseudowartości mieszają się ze sobą i tworzą w ludzkich głowach dysonans. Z jednej strony wszystko, co tradycyjne, mówi na ogół- jesteś zupełnie nieważny. Bądź dojrzały- czyli zaakceptuj swą nieważność. Ty i inni ludzie- musicie wyrzec się siebie i poświęcić dla dobra narodu/społeczeństwa/religii/gospodarki itd. Musisz po prostu spełnić misję jako uniwersalny żołnierz rynku i przyjętych zasad społecznych, w którą wchodzi szereg etapów: skończ jakąś szkołę, zdobądź jakąś pracę, zarabiaj jakieś pieniądze, by z kimś się związać i spłodzić jak najwięcej dzieci, jakoś tę rodzinkę utrzymaj, a dzieciom (łącznie z innymi instytucjami) wpój ten sam schemat. Chodzi o jak najszybsze spełnienie misji- bez ociągania się, bez wybredności, bez kaprysów, bez jakichś dziecinnych majaczeń o "marzeniach" i samorealizacji.

Z drugiej strony, wszystko, co krótkowzrocznie i fałszywie zwie się "liberalizmem" zdaje się mówić- miej w dupie innych ludzi. Ty jesteś najważniejszy. Jesteś pępkiem świata. W życiu liczy się tylko wiedza, pewność siebie i mnóstwo bezczelności. Miej wyrąbane, a będzie ci dane. Możesz liczyć tylko na siebie. Nie będziesz ofiarą, powtarzaj to sobie. Musisz radzić sobie sam w tym złym świecie, ponieważ... ponieważ wielu ludzi myśli właśnie tak, jak do tego ciebie teraz namawiamy?...

Dzięki tym sprzecznym wartościom hodujemy w umysłach fałszywe dychotomie i wzmacniamy dualizm. Urządzamy system w ten sposób, jakoby korzyść jednego musiała implikować stratę drugiego człowieka. Jakoby poświęcenie się musiałoby być tylko poświęceniem całego siebie, zamiast swojego potencjału dla służenia innym bez rezygnacji z siebie. Albo jesteśmy jak rzekome bezludne wyspy, albo jak jeden organizm, który jednak o dziwo ma działać dobrze wówczas, kiedy jego narządy będą wykonywały jakieś losowe funkcje niezgodne z ich predysponowaniem, a do tego (i po części w wyniku losowości) kiepsko współpracowały z innymi narządami. Mało tego, w krańcowej wersji szlachetne będzie, jeśli umrzesz dla dobra tego organizmu- np. biorąc udział w wojnie, bardzo angażując się w sprawy militarne, fascynując się tą ideą i czekając na dogodną okazję, by umrzeć.

Te wszystkie fałszywe i jednostronne idee tworzą złowieszczy mix, dezorientując nas kompletnie. Dezorientując etycznie, tłamsząc naszą naturalną i pozytywną indywidualność. Tworząc między nami podziały wyolbrzymione, pstrokate i w gruncie rzeczy urojone, a więc do uniknięcia. Wzmacnianie dualistycznego spojrzenia na ludzi i świat powoduje, że jesteśmy jakoby skazani na demonizację jakiegoś aspektu i gloryfikację pozornie przeciwnego. Na czczenie bożków i potępianie diabełków. Czcij kasę, albo bądź szczęśliwy. Jedno albo drugie. Realizuj się, albo pomagaj innym. Bądź praktyczny albo naiwny. Pożyteczny i potrzebny (wytwarzaj jakieś dobra materialne) albo bezużyteczny i przynajmniej niepotrzebny (tworząc np. sztukę).

Nic dziwnego, że wpadając w wir życia zatracamy się po uprzednim nasiąknięciu i ciągłym nasiąkaniem owym mixem. Zapominamy o sobie, o swoich marzeniach: nasz głos wewnętrzny (którym nie jest ego, ani nic innego, to jest głos naszego całościowego potencjału) pozostaje stłamszony. Pozostajemy bierni, ponieważ bombardujące nas zewsząd sprzeczne wartości i ich przejawy tworzą klincz i zwykle nas paraliżują. Przeciskanie się przez ten mur betonowych pseudowartości jest możliwe, jeśli zrobisz w nim choć mały prześwit, ale to nadal niezmiernie trudne. Twój los jest połączony z losami innych ludzi, którzy na ogół nie mają nawet prześwitu. Są totalnie wkręceni w kołowrotek życia, spraw pilnych i bieżących, nie myśląc o uniwersalnych i ponadczasowych.

A co jest uniwersalne i ponadczasowe? To, co naturalnie nas, jako ludzi łączy i to, co nas naturalnie różni, ale stanowiąc asumpt do wzajemnego się uzupełniania. A zatem- kroczenie w stronę marzeń jako celów, ale zarazem umiejętność cieszenia się drobnymi rzeczami. Samorealizacja, ale jednocześnie zrozumienie, że każdy inny też chce się realizować, najczęściej nieco, albo wręcz zupełnie inaczej.

Bohaterowie filmu „American Beauty” dochodzą do tego długo, a niektórzy bohaterowie jakoby wcale. Jeden z nich, tłamszący swoją homoseksualność wojskowy, doznaje szoku i czuje się poniżony odkrywając swą orientację wskutek gwałtownych, szybkich wydarzeń. Zarówno Lester jak i jego żona zdają się na nowo poznawać smaki niezależności i cieszenia się chwilą- ale to wszystko jest trochę musztarda po obiedzie, zważywszy na to, że ludzie zanim posłuchali siebie, pozaciągali na siebie szereg odpowiedzialności bez udziału wewnętrznego głosu- pozakładali małżeństwa, spłodzili dzieci, podjęli pracę, w której spędzili kilkanaście lat- choć to wszystko było z nimi co najmniej niezgodne akurat w takiej konkretnej konfiguracji. Gdy już błędne koło się potoczy, trudno to odkręcić. To tak, jakby zrobiło się na sznurku kilkaset supełków, a my, zamiast powoli bezboleśnie rozsupływać, po prostu sznur rozcinamy.

Nikt z nas nie jest jednak zupełnie stłamszony. W przebłyskach przypominamy sobie, co tak naprawdę dla nas najważniejsze, co się liczy. Jak Lester, któremu najpiękniejsze momenty życia przefrunęły przed oczami w chwili śmierci. To nie tak, że robiąc coś niezgodnie z sobą robimy to w stu procentach. W każdej sytuacji można dopatrzeć się pozytywów. Główni bohaterowie mogli pokochać się jako młodzi ludzie- ale być może żaden z nich wcześniej nie poznał wystarczająco dobrze samego siebie i swoich potrzeb? Być może można byłoby je poznać lepiej i bardziej szczerze wysłuchując się nawzajem, komunikując? Jedno jest pewne- im dłużej człowiek nie ujawnia siebie, swojego wewnętrznego głosu- im dłużej tłamsi to w sobie- tym więcej gromadzi się skutków ubocznych takiego podejścia. Tym więcej skumulowanych emocji. Tym więcej niechcianych, wymuszonych decyzji, bo jedno pociąga za sobą drugie. W pewnym momencie może być jednak za późno. A zatem „American Beauty” nawołuje raczej do tego, aby jak szybko to możliwe, wsłuchać się w siebie.

17
  • "American Beauty" to opowieść o wpływach kulturowych, którym większość z nas poddaje się, niestety, zupełnie bezkrytycznie i bezwolnie; na ogół już wtedy, gdy jesteśmy dziećmi. To opowieść o fatalnych skutkach socjalizacji, która poprzez każde swoje medium (szkoła, tradycja, wychowanie, religia, media, pop-kultura itd.) wpaja ludziom najczęściej przestarzałe, a przy tym (łącznie) sprzeczne ze sobą i jednostronne, płytkie pseudowartości.

    Te pseudowartości mieszają się ze sobą i tworzą w ludzkich głowach dysonans. Z jednej strony wszystko, co tradycyjne, mówi na ogół: "Jesteś zupełnie nieważny. Bądź dojrzały - czyli... zaakceptuj swą nieważność! Ty i inni ludzie- musicie wyrzec się siebie i poświęcić dla dobra narodu/społeczeństwa/religii/gospodarki itd. Musisz po prostu czym prędzej spełnić misję jako uniwersalny żołnierz rynku i przyjętych zasad społecznych, w którą wchodzi szereg etapów: skończ jakąś szkołę, zdobądź jakąś pracę, zarabiaj jakieś pieniądze, by z kimś się związać i spłodzić jak najwięcej dzieci, jakoś tę rodzinkę utrzymaj, a dzieciom - łącznie z innymi instytucjami - wpój ten sam schemat." Chodzi o jak najszybsze spełnienie ogólnikowej misji - bez ociągania się, bez wybredności, bez "kaprysów", bez jakichś dziecinnych majaczeń o "marzeniach" i samorealizacji.

    Z drugiej strony - wszystko, co krótkowzrocznie i fałszywie zwie się "liberalizmem" zdaje się mówić: "Miej totalnie w dupie innych ludzi. Ty jesteś najważniejszy. Jesteś pępkiem świata. W życiu liczy się tylko wiedza, pewność siebie i mnóstwo bezczelności. Bezwzględność! Miej wyrąbane, a będzie ci dane! Możesz liczyć tylko na siebie. Nie będziesz ofiarą, powtarzaj to sobie. Nie bądź słaby, bo przecież wrażliwość jest słabością. Potrzeba bliskości jest słabością. Jakieś kochanie i bycie kochanym... To jakieś średniowieczne frajerstwo! Musisz radzić sobie sam w tym złym świecie, ponieważ... ponieważ wielu ludzi myśli właśnie tak, jak do tego ciebie teraz namawiamy?..."

    Dzięki tym sprzecznym pseudowartościom hodujemy w umysłach fałszywe dychotomie i wzmacniamy cholerny dualizm. Urządzamy system w ten sposób, jakoby korzyść jednego musiała implikować stratę drugiego człowieka. Jakoby "poświęcenie się" musiało oznaczać tylko poświęcenie CAŁEGO SIEBIE, zamiast swojego potencjału (dla służenia innym bez rezygnacji z siebie).

    A zatem, według tych dwóch dominujących trendów ideologicznych - albo jesteśmy jak rzekome bezludne wyspy, tudzież perpetuum mobile, albo przeciwnie, jak jeden organizm, który jednak - o dziwo - ma działać dobrze wówczas, gdy jego narządy wykonują jakieś przypadkowe funkcje, niezgodne z ich predysponowaniem, a do tego (i po części w wyniku przypadkowości) kiepsko współpracują z innymi narządami.

    Mało tego, w krańcowej wersji szlachetnie będzie, jeśli umrzesz "dla dobra" tego organizmu - np. biorąc udział w wojnie, bardzo angażując się w sprawy militarne, fascynując się tą ideą i czekając na dogodną okazję, by móc dostojnie umrzeć.

    Te wszystkie fałszywe i jednostronne idee tworzą złowieszczy mix, dezorientując nas kompletnie. Dezorientując etycznie. Tłamsząc naszą naturalną i pozytywną indywidualność. Tworząc między nami podziały wyolbrzymione, pstrokate i w gruncie rzeczy urojone, a więc do uniknięcia. Wzmacnianie dualistycznego spojrzenia na ludzi i świat powoduje, że jesteśmy jakby skazani na demonizację jakiegoś aspektu i gloryfikację pozornie przeciwnego. Na czczenie bożków i potępianie diabełków. "Czcij kasę albo bądź szczęśliwy". Jedno albo drugie. Realizuj się, albo pomagaj innym. Bądź praktyczny albo naiwny. Pożyteczny i potrzebny (wytwarzaj jakieś dobra materialne) albo bezużyteczny i przynajmniej niepotrzebny (tworząc np. sztukę).

    Nic dziwnego, że wpadając w wir życia zatracamy się; po uprzednim nasiąknięciu owym mixem i nasiąkając nim w dalszym ciągu. Zapominamy o sobie, o swoich marzeniach: nasz głos wewnętrzny (którym nie jest ego, ani nic innego, to po prostu głos naszego całościowego potencjału) pozostaje stłamszony.

    Pozostajemy bierni, ponieważ bombardujące nas zewsząd sprzeczne pseudowartości i ich przejawy tworzą klincz i zwykle paraliżują nas. Przeciskanie się przez ten mur betonowych pseudowartości jest możliwe, jeśli zrobisz w nim choć mały prześwit, ale to nadal niezmiernie trudne. Twój los jest przecież naturalnie połączony z losami innych ludzi, którzy na ogół... nie mają nawet prześwitu. Są totalnie wkręceni w kołowrotek życia, spraw pilnych i bieżących, nie myśląc wcale o sprawach uniwersalnych i ponadczasowych.

    A co jest uniwersalne i ponadczasowe? To, co naturalnie nas, jako ludzi łączy i to, co nas naturalnie różni, ale stanowiąc asumpt do wzajemnego uzupełniania się, a nie zajadłych bitew. A zatem - kroczenie w stronę marzeń jako celów, ale zarazem umiejętność cieszenia się drobnymi rzeczami. Samorealizacja, ale jednocześnie zrozumienie, że każdy inny też chce się realizować, najczęściej nieco, albo wręcz zupełnie inaczej.

    Na pewnym poziomie każdy z nas jest "płytki". A jednak - czy bohaterowie "American Beauty" czuli się autentycznie szczęśliwi, podśpiewując podczas jazdy autem beztroskie piosenki? Cieszyli się smakiem pozornej niezależności. Po części odreagowywali lata pozbawione smaku. Lata toksyny. Prawdziwy "amerykański luz" (tak naprawdę właściwy dla naszego całego gatunku) możliwy jest wtedy, gdy wiemy, że na luzie się nie kończy. Gdy mamy do kogo wracać. Do osoby, którą kochamy i która kocha nas. Z którą dogłębnie się rozumiemy. "Luźne gadki o pyerdołach" i chwile pełne relaksu - czy z kimś, czy samotnie - są cenne i należą do repertuaru rzeczy ponadczasowych oraz uniwersalnych; nie jednak wtedy, gdy to, co znajduje się głębiej... jest rozdarte.

    Bohaterowie filmu „American Beauty” dochodzą do tego długo, a niektórzy bohaterowie jakoby... wcale. Jeden z nich, tłamszący swój homoseksualizm wojskowy, doznaje szoku. Czuje się poniżony, odkrywając swą orientację wskutek gwałtownych, szybkich wydarzeń. Zarówno Lester, jak i jego żona - jak wspomniałem - zdają się na nowo poznawać smaki niezależności i cieszenia się chwilą - ale to wszystko jest trochę musztarda po obiedzie, zważywszy na to, że zanim posłuchali siebie, pozaciągali na siebie szereg odpowiedzialności z małym udziałem wewnętrznego głosu - pozakładali małżeństwa, spłodzili dzieci, podjęli pracę, w której spędzili kilkanaście lat - choć to wszystko było z nimi co najmniej niezgodne; akurat w takiej konkretnej konfiguracji.

    Gdy już błędne koło się potoczy, trudno to odkręcić. To tak, jakby zrobiło się na sznurku kilkaset supełków, a my, zamiast powoli bezboleśnie rozsupływać, po prostu sznur rozcinamy.

    Nikt z nas nie jest jednak zupełnie stłamszony. W przebłyskach przypominamy sobie, co tak naprawdę dla nas najważniejsze, co się liczy. Jak Lester, któremu najpiękniejsze momenty życia przefrunęły przed oczami w chwili śmierci. To przecież też nie tak, że robiąc coś niezgodnie z sobą robimy to niezgodnie w stu procentach. W każdej sytuacji można dopatrzeć się pozytywów. Główni bohaterowie mogli pokochać się jako młodzi ludzie - ale być może żaden z nich wcześniej nie poznał wystarczająco dobrze samego siebie i swoich potrzeb?

    Być może można byłoby je poznać lepiej i bardziej szczerze wysłuchując się nawzajem, komunikując?

    Jedno jest pewne - im dłużej człowiek nie ujawnia siebie, swojego wewnętrznego głosu - im dłużej tłamsi to w sobie - tym więcej gromadzi się skutków ubocznych takiego podejścia. Tym więcej skumulowanych emocji. Tym więcej niechcianych, wymuszonych decyzji, bo jedno pociąga za sobą drugie. W pewnym momencie może być jednak za późno.

    A zatem, "American Beauty" nawołuje do tego, by czym prędzej wsłuchać się w siebie. Ale nie tylko. Być może przede wszystkim przypomina o tym, że żyjemy zarówno dla siebie, jak i dla innych. Dla innych, jak i dla siebie. Jest to tak nierozłączne, że aż przykro wymieniać to w jakiejkolwiek kolejności. Trzeba być sobą na sto procent i z empatią wydobywać to stuprocentowe jestestwo z innych. Ponieważ człowiek nie jest stworzony do bycia samemu. Jego "egoizm" nie jest zaspokojony, gdy nie dzieli się swym szczęściem z ludźmi. Gdy nie jest przez nikogo zrozumiany.

    Reasumując - wsłuchanie się w siebie, dialog z drugim człowiekiem, szczere relacje.

Zgłoś nadużycie

Opisz, dlaczego uważasz, że ten wpis nie jest zgodny z regulaminem serwisu:
o