Wiele osób pisze, że wątek miłosny Bruce'a Wayne'a i dr Chase Meridian w "Batman Forever" był naciągany.

To prawda, ale nic nie przebije tego, co było w pierwszym Batmanie Burtona.

Vicki Vale idzie na przyjęcie Bruce'a, bo ma się na nim zjawić Gordon (a raczej to, co go zjadło, bo waży pewnie z 200 kg), a ona razem z kumplem z redakcji pracuje nad artykułem o Batmanie i oboje liczą na jakiś wywiad z komisarzem. Vale nie ma pojęcia, kim jest Bruce ani czym się on zajmuje, a nawet jak wygląda (on w ogóle w tym filmie jest takim randomowym Kowalskim - ani razu nie wspomina się o Wayne Enterprises i nikt nic o nim nie wie, co oczywiście nie przeszkadza mu w zorganizowaniu imprezy, na której ochoczo zjawia się cała śmietanka Gotham). Wpadają na siebie przypadkowo, a jakiś czas później Bruce zaprasza ją do siebie na kolację. Gadają jak starzy znajomi, a potem całują się i śpią ze sobą na pierwszej randce.

Magia kina.

Oczywiście Bruce ani przez chwilę nie ma wątpliwości, jakie targają nim przez całe BF z Kilmerem. On chyba w ogóle nie lubi zbyt dużo myśleć, co idealnie widać w scenach, w których z rozdziawioną gębą chodzi jak zombie, gdy banda Jokera zabija Vinniego (piórem) i pozostałych współpracowników Grissoma albo gdy w mieszkaniu Vicki wymachuje pogrzebaczem przed nosem uzbrojonego Jokera, który nawet niespecjalnie zamierzał go skrzywdzić.

Swoją drogą Keaton nieco uspokoił mnie przed zbliżającym się wielkimi krokami popisem Afflecka, bo bycie gorszym Batmanem od niego jest zwyczajnie niemożliwe.

4

Zgłoś nadużycie

Opisz, dlaczego uważasz, że ten wpis nie jest zgodny z regulaminem serwisu: