3/10

Jeżeli uważasz, że film z Dwaynem Johnsonem nie może być autentycznie zły, bo The Rock automatycznie winduje wszystko (co najmniej) do kategorii: „oglądalne”, to obawiam się, że właśnie udowodniono niesłuszność tej teorii. „Baywatch” jest tak słaby, że żałuję każdej minuty zmarnowanej na pisanie o nim. Jest to film przede wszystkim nieśmieszny, humor tutaj bywa: wymuszony, drętwy, żenujący (kilkuminutowa scena o penisie w pełnym wzwodzie, który się zaklinował pomiędzy szczebelkami drewnianego leżaka), oczywisty (toporne puenty widać z drugiego końca plaży), niesmaczny (żarty o wymiotach oraz dotykaniu penisa nieboszczyka), obleśny (ludzki tłuszcz kapiący do ust), gówniarski, no co tu dużo mówić – zwyczajnie denny.

Z niezrozumiałych przyczyn, fabułka - której nie starczyłoby nawet na odcinek serialu - została rozciągnięta do dwóch godzin. W dialogach próbuje się tu robić samoświadome śmieszkowanie, ale wypada to równie słabo, jak cała reszta „żartów”. Gościnne występy Davida Hasselhoffa i Pameli Anderson wrzucono bez pomysłu, a sami aktorzy wypadli równie przekonująco co Adam Małysz w swoich pierwszych reklamach. Priyanka Chopra, czyli czarny charakter, sprawia wrażenie, jakby urwała się z planu jakiejś słabej parodii z Lesliem Nielsenem. Finał filmu to już totalna żenada, bo nawet nie próbowano udawać, że nie jest to tylko bezczelne żerowanie na marce i przynajmniej sklecić jakąś przyzwoitą scenę akcji. O efektach komputerowych zrobionych za opakowanie orzeszków ziemnych już nawet nie wspominam.

Dno.

I to muliste.


http://www.kinofilia.pl/

Więcej recenzji i innych materiałów o kinie:
https://www.facebook.com/blog.kinofilia/

30

Zgłoś nadużycie

Opisz, dlaczego uważasz, że ten wpis nie jest zgodny z regulaminem serwisu: