Kobra i mysz (SPOILERY)

"Już cię nie kocham. Kocham księdza, bo on mnie słucha"
"Ja też bym słuchał, gdybyś mówiła"
"Nie mamy sobie już nic do powiedzenia".

Tymi mniej więcej słowami rozpoczyna się film. Jest to dramatyczna rozmowa zwiastująca rozstanie małżonków. Owe przerysowane dialogi nie są jednak ani prawdziwe ani szczere. Wypowiadają je bohaterowie telenoweli popularnej wśród samotnych, podstarzałych pań. A jednak kryje się w nich bolesna prawda, którą nieco później głównemu bohaterowi wyłoży jego sąsiad, psychoanalityk. Podstawą związku, każdej relacji jest wzajemna komunikacja. Należy słuchać siebie nawzajem, a jednak trzeba również mieć coś do powiedzenia. Bez komunikacji ludzie stają się nikim dla siebie. Rozmowa, interakcja, wymiana myśli, historii - to jeden z kluczy do zrozumienia historii "Bliskich nieznajomych". Jeden, lecz nie jedyny. Innym jest kłamstwo. Kłamstwem jest telenowela, a jednak mimo to jest nośnikiem prawdy. Kłamstwo jest budulcem relacji łączącej parę głównych bohaterów, a jednak poprzez te kłamstwa, obnażają prawdę tkwiącą w nich samych. Jest jeszcze trzeci klucz. O nim jednak za chwilę.

Historia zaczyna się banalnie. Przypadkowe spotkanie, które zmieni życie obojga bohaterów. To jedno zdanie mówi wszystko o tym filmie. Nie mówi jednak za razem nic. W "Bliskich nieznajomych" nie ma bowiem nic banalnego. Nawet przypadek nie jest tu banalny. Nie ma go bowiem na samym początku, jest za to na zakończenie.
Anna to kobieta po trzydziestce przeżywająca problemy osobiste, a przynajmniej tak twierdzi, kiedy po raz pierwszy przychodzi do gabinetu Williama. Opatulona od stóp do głowy w grube, wełniane ubranie nie zdjęła nawet rękawiczek, kiedy zapalała papierosa. Ze łzami w oczach skarży się straszliwego męża. Wraz z Williamem przyglądamy się stłamszonej, cierpiącej, słabej psychicznie kobiecie, która cierpi i cierpienia tego nie potrafi przerwać. Spotkanie nie trwa długo. Wyrzuciwszy z siebie swoje krzywdy, nie dając dojść do słowa Williamowi, wychodzi umówiwszy się jeszcze (przy milcząc zgodzie zdezorientowanego Williama) na kolejne spotkanie.
Czy jesteśmy świadkiem pierwszej sesji terapeutycznej? W gabinecie jest kozetka, na biurku magazyn, w tytule którego widnieje słowo "analiza". Idealny pokój do terapii.
Błąd. William miał całkowite prawo być zdezorientowanym, ponieważ nigdy w życiu nie miał do czynienia z psychologią, a tym bardziej z psychoanalizą. Jest doradcą podatkowym. Jest przyzwyczajony do wysłuchiwania ludzkich historii, stąd z początku w zachowaniu Anny nie widział nic dziwnego. Kiedy jednak kobieta nie przeszła od kwestii osobistych do finansowych, poczuł się dziwnie. Kiedy zaś umówiła się na kolejną wizytę, był już pewien. Anna pomyliła drzwi. Jego sąsiad jest psychoanalitykiem, zapewne to jemu miała się zwierzać. Po prostu wzięła go za terapeutę. Kiedy jednak mógł wyjaśnić całe zajście, nie miał już komu wyjaśniać. Anna zniknęła.
Kolejna wizyta. Anna znów opatulona, choć tym razem zdjęła czapkę. Znów prawie nie daje dojść do słowa Williamowi. Znów jest krótko rzucając kilka luźnych uwag na temat swojego życia, które tylko budzą ciekawość i rodzą setki pytań. William próbuje wytłumaczyć, że nie jest psychologiem, jednak nie udaje mu się dojść do głosu. Po prawdzie nie bardzo ma ochotę wyznać prawdę. Anna zaintrygowała go, zafascynowała. Jej bezradność, słabość i szczerość wyraźnie podziałały na niego. Oto ktoś, kto się przed nim otworzył, stając się w ten sposób bezbronnym, na jego łasce.
I tu mamy trzeci klucz do całej historii. Jednym z najważniejszych archetypów, jedną z opowieści leżących u podstawy naszej cywilizacji jest historia o księżniczce i jej wybawicielu. Istnieje ona w wielu odmianach od księżniczki więzionej przez smoka i wyratowanej przez dzielnego szewczyka, poprzez Śpiącą Królewnę, na Shreku i Fionie skończywszy. William to szaraczek. Ma dobry interes, powodzi mu się w życiu. Jednak jest to w zasadzie wegetacja. Całe życie spędził w jednym mieszkaniu, zamienił aspiracje i marzenia na mało wymagającą posadkę i pustkę. I nagle w jego życiu pojawia się szansa na coś innego. Oto może być dzielnym rycerzem, który uwolni biedną Annę z łap straszliwego męża despoty i sprawi, że będą razem szczęśliwi. Jednak poddając się tej wizji, William wpadł w pułapkę. Anna stała się jego obsesją, jego nieuleczalną chorobą zwaną miłością, jak powie Marc, kolejna ofiara tejże choroby. Stała się mu niezbędna, bowiem dzięki niej w końcu znalazł jakiś sens życia, w ogóle jakieś życie.
I oto właśnie chodziło Annie. Z każdą kolejną wizytą staje się coraz jaśniejsze, że przypadek w ich spotkaniu nie miał aż takiego znaczenia, jakby się mogło zdawać. Anna coraz wyraźniej przejmuje kontrolę nad sytuacją i patrząc wstecz widać wyraźnie, że nawet dwie pierwsze sesje poszyły dokładnie tak jak tego chciała. Pokazała się jako słabiutka kobietka potrzebująca pomocy. Zrobiła z siebie przynętę, wybrała ofiarę i zaatakowała. A William chwycił przynętę. Ile z jej opowieści jest prawdą? Tego do końca nigdy się nie dowiemy. Wiele z kłamstw odkryjemy dzięki Williamowi, który nie będzie mógł powstrzymać się od śledzenia Anny lub dzięki jej mężowi Marcowi, który okaże się kimś innym, niż się nam zdawało (choć niezupełnie gejem, jak ksiądz z cytowanej na początku telenoweli).
Kłamstwa i niedopowiedzenia krążą pomiędzy dwójką bohaterów. Jednak Anna podjęła niebezpieczną grę i świadomie nie do końca chyba zdawała sobie sprawy z konsekwencji. Prawdziwy powód spotkania Anny z Williamem mógł być inny od tego, jakim zdawał się być na początku. Nie ulega jednak wątpliwości, że William był Annie potrzebny, jako odbiorca, jako słuchacz. Zapomniała jednak, że komunikacja jest w gruncie rzeczy interakcją. Każde jej kłamstwo coraz bardziej zbliżało ją do Williama. Z każdą opowieścią nie tylko on się zmieniał, ale i ona. I to właśnie owa interakcja, sprzężenie zwrotne jest przypadkiem, na który żadne z bohaterów nie liczyło (choć William o nim marzył). Dzięki niej bohaterowie byli w stanie odkryć prawdę o sobie, znaleźć siły, by zacząć żyć i wyzwolić się z iluzji i gierek - a przynajmniej z niektórych.

Patrice Leconte stworzył niezwykle finezyjną historię, która jest w zasadzie bajką opowiadającą o potrzebie komunikacji, podtrzymywaniu wzajemnych więzi. Reżyser buduje misterną sieć, delikatną i kruchą, składającą się z gestów, spojrzeń, kilku słów. Nic nie dzieje się tu przypadkowo, a jednocześnie nie ma jasnych wytłumaczeń (mimo postaci psychoanalityka). Reżyser każe widzom rozwiązywać kolejne zagadki podrzucając mu różne tropy. Znakomicie dobrał też aktorów do ról głównych. Bonnaire jako Anna jest wprost zachwycająca. Na początku krucha, delikatna, całkowicie stłamszona zarówno przez kłopoty jak i przez wszystkie warstwy ubrania. Powoli przekształca się w kobietę pewną, władczą, powabną. Jej stroje stają się cieńsze, swobodniejsze, jej gesty bardziej zdecydowane, a spojrzenie uwodzące. A jednak nawet wtedy kryje się w niej pewna kruchość, delikatność sugerująca prawdziwe powody tego, dlaczego wciąż powraca do gabinetu doradcy podatkowego. Bezbłędnie wtóruje jej Luchini jako William. Człowiek szary, sztywny, zmęczony życiem, którego wcale nie przeżywa. Pod wpływem Anny staje się żywszy, otwiera się na świat, na przygody, na miłość. Widać to w twarzy Luchiniego, która rozluźnia się z czasem, w nerwowych gestach dłoni, w tańcu - jedynej scenie, w której się uśmiecha.

Oglądając "Bliskich nieznajomych" uderzyło mnie ogólne podobieństwo filmu Leconte'a z "Intymnością" Chereau. Ogólny schemat opowieści jest identyczny. U Chereau para spotyka się by uprawiać seks i tyle. Jednak mężczyźnie to nie wystarcza, kobieta staje się jego obsesją. U Leconte'a seks zastąpiony jest rozmową. Jednak o ile "Intymność" jest studium aż za bardzo naturalistycznym, o tyle "Bliscy nieznajomi" są całkowitym przeciwieństwem: bajką, choć niezwykle wyrafinowaną.

Polecam gorąco.

1

    Zgłoś nadużycie

    Opisz, dlaczego uważasz, że ten wpis nie jest zgodny z regulaminem serwisu:
    o