Film o (pochopnych) decyzjach - możliwe spojlery

Ten film jest o emigracji, tęsknocie za domem i szukaniu swojego miejsca na ziemi. Jest też o podejmowaniu decyzji - czasem też tych pochopnych.

Przeglądając to forum natknęłam się na wypowiedzi wielu osób, które bardzo kibicowały Ellis i Tony'emu. Mnie ta para jakoś nie przekonała. Ja zdecydowanie wolałam Ellis z Jimem.

Wydaje mi się, że decyzja o ślubie z Tonym została podjęta pochopnie, bez zastanowienia. Ba, była nawet lekko wymuszona przez Tony'ego jako gwarancja powrotu Ellis do USA. Mnie od początku wydawało się, że ona jest o wiele mniej zaangażowana w ten związek niż on. W początkowych scenach ich znajomości, to on pierwszy mówi "kocham cię", a ona milczy, bo i nie jest tego pewna. Druga ważna scena to wtedy, gdy Ellis mówi Tonemu, że go bardzo lubi i następnym razem, kiedy on zada jej to samo pytanie co wcześniej, ona już będzie w stanie powiedzieć mu, że go kocha. Co robi Tony sekundę później? Oczywiście od razu pyta i wymusza tę deklarację. No i później w czasie kolacji z rodziną Tony też „poł-żartem, pół-serio” napomina rodzinie o przyszłych dzieciach z Ellis. Ten szybki ślub to już jest kropka nad i... No, to jest typowe zachowanie Włocha, wszystko na szybko i na spontana. A co potem?

Te pospieszne deklaracje i działania stoją w opozycji do postawy Jima, Irlandczyka, który wprawdzie mówi Ellis, że chciałby aby nie wyjeżdżała z Irlandii, ale nie wspomina dlaczego i zapewnia, że powie jej to następnym razem. Tutaj Jim na nic nie naciska, sam jeszcze nie składa żadnych deklaracji, ani nie wymusza ich na Ellis. To zachowanie jest podobne do postawy Ellis i uwidoczniony jest tutaj wielki kontrast w stosunku do sposobu, w jaki postępuje Tony.

Zachowanie Ellis po powrocie do Irlandiii doskonale świadczy o tym, że dziewczyna żałuje tego pośpiesznego ślubu z Tonym. Po pierwsze Ellis nikomu nawet nie wspomina o tym, że jest mężatką, nawet matce. Po drugie, życie w Irlandii, spotkania z przyjaciółmi i nowa, wymarzona praca pochłaniają ją tak bardzo, że nie odpowiada na listy Tony'ego, a wręcz całkowicie go ignoruje. Czy tak robi osoba, która kocha? Raczej nie. Przecież do matki i siostry pisała z USA bardzo często, mimo, iż była bardzo zajęta. Po trzecie, Ellis wdaje się w romantyczną relację z Jimem i nie robi nic, żeby ostudzić jego nadzieje. Wydaje mi się nawet, że się w nim zakochuje, jest jej dobrze tak jak jest i najchętniej po prostu zapomniałaby, że jest mężatką.

Niby od początku mówi wszystkim, że ma zamiar wrócić do USA, ale tak naprawdę wydaje się, że jedyną rzeczą jaka ją tam trzyma to właśnie małżeństwo z Tonym. Małżeństwo, którego zdaje się, żałuje. Widać to szczególnie w scenie ślubu kościelnego jej przyjaciółki. Wydaje mi się, że Ellis patrzy wtedy na ten tradycyjny, katolicki, Irlandzki ślub w kościele i wspomina swój własny: cichy, bez gości, w urzędzie stanu cywilnego, na szybko i w tajemnicy. Ellis tęskni za Irlandią i najprawdopodobniej chciałaby tam już zostać. Widać to również w scenie na plaży, kiedy zachwyca się spokojnym wybrzeżem i mówi, że w Brooklynie plaża jest zatłoczona. Poza tym, w rozmowie z Jimem sama przyznaje, że chciałaby, żeby wszystko było tak, jak teraz ale jeszcze przed jej wyjazdem do USA. Prawda jest brutalna: Ellis prawdopodobnie nie kocha Tony’ego dość mocno i gdyby tego ich ślubu nie było, raczej nie wróciłaby już do USA, bo po prostu w Irlandii wszystko zaczęło się jej dobrze układać: praca, przyjaciele, nowy związek, no i powrót do ojczyzny, za którą tęskniła. A tak? Z powodu tego pośpiesznego ślubu dziewczyna skrzywdziła aż dwóch mężczyzn: tego, który na nią czekał w USA, oraz tego, z którym się zadawała w Irlandii, a wobec którego nie była szczera.

Ostatecznie Ellis jednak wyjeżdża, bo okazuje się, że po prostu wścibska sklepikara dowiedziała się o jej małżeństwie z Włochem za granicą i chciała to wszystkim rozpowiedzieć. To zdarzenie przypomniało Ellis o tej małomiasteczkowej, zawistnej mentalności i dało jej bodziec do przyspieszenia wyjazdu do USA.

Na łodzi jednak, rozmawiając z młodą dziewczyną, gdy ta ją pyta czy w Brooklinie jest jak w domu, Ellis potwierdza, ale wzrok ma tęskny i melancholijny. Wydaje mi się, że patrzy wtedy w stronę Irlandii, a nie USA i to chyba za Irlandzkim domem zawsze już będzie tęsknić.

Film mi się podobał. Dałam 7/10, ale gdyby nie druga połowa filmu (w Irlandii), kiedy to główna bohaterka musiała zmierzyć się z poważnymi decyzjami, dałabym o co najmniej dwa oczka niżej. Przygody Ellis w USA nie przekonały mnie, bo wszystko było tam raczej przewidywalne i schematyczne.

42
  • Mam identyczne odczucia :-) podpisuję się pod każdym słowem.

  • Dla mnie jej powrót do Ameryki był czymś oczywistym. Od razu chciała wracać, tylko nie rozumiem, dlaczego nie powiedziała swojej matce o zamążpójściu. Po prostu całe otoczenie w Irlandii chciało ją zatrzymać, myślę, że ze względu na matkę. To jest również inny objaw tej zaściankowości, ludzi martwią się o siebie nie chciano, żeby jej matka była samotna. Ale Ellis już "zasmakowała" Ameryki, zobaczyła jak tam jest, według mnie bardzo ją ciągnęło z powrotem, ale dylematem była matka (Czy ją zostawić?). Kochała Irlandie i tęskniła za nią, ale już tam nie pasowała. W jednej z ostatnich scen sama stwierdza, że tak na prawdę Irlandia jest na Brooklynie… przecież pełno tam Irlandczyków. To tak jak na przykład młodzi wyjeżdżają do dużych miast na studia z małych miejscowości czy wiosek... Często nie wyobrażają sobie powrotu. Ślub z Tonym niczego nie zmieniał, był tylko ciwilny a nie kościelny, gdyby nie wróciła do Ameryki myślę, że ze spokojem mogłaby wyjść za mąż za Jima, a tej wrednej właścicielce sklepu po prostu zaprzeczyć, przecież to tak na prawdę była tylko plotka, nie było żadnych dowodów, ktoś kogoś gdzieś kiedys widział... Ale jednak Ameryce miała już męża (którego kochała), już zaznała innego życia… zobaczyła to pole… :P, miała więcej perspektyw. Różnice w okazywaniu uczuć mogą być przyczyna wychowania, temperamentów, czy nawet kultur. Ellis po prostu nigdy nie miała styczności z sytuacją kiedy jakiś mężczyzna mówi jej, że ją kocha. Nie wiedziała jak sie zachować. Tam była dla niej przyszłość. Ameryka ciągnie z powrotem! Ostatnie zdanie filmu mówi o tym wyraźnie "Zrozumiesz... tu jest twoje życie"...

  • Dodatkowo chce zaznaczyć analogię to tej kobiety, którą Ellis poznała na statku podczas pierwszej podróży do Ameryki, Ellis potem sama się nią stała. Ona wracała do domu, Ellis też.. :)

  • Zgadzam się! Przez cały czas tak odbierałam film, że Ellis po powrocie do Irlandii żałowała tego ślubu, wnioskując po tym, że wdała się w tę relację z Jimem, nie odpisywała na listy męża, ba, nawet ich nie czytała (dokładnie, która kochająca osoba tak robi?), co dobitnie podkreśla jej, delikatnie mówiąc, wątpliwości. I z drugiej strony, rozumiem później jej powrót do Ameryki - w irlandzkim małomiasteczkowym środowisku byłaby już skończona, Jim nie chciałby jej znać tak czy siak; (swoją drogą, pewnie i tak po jej wyjeździe plotki się rozniosły, ale fakt, wciąż wyszła z tego z jaką taką twarzą), poza tym ten ślub był przecież zobowiązaniem i ostatecznie Ellis zachowała się dojrzale, postanawiając mu sprostać. I wszystko jest pięknie i wspaniale, aż do tej sceny na statku - chciałabym to interpretować tak, jak Ty, ale jednak twórcy dość jasno sugerują nam to, o czym pisze @TrafionaPanna - serwują nam analogię do początku filmu, pokazując, jak to teraz Ellis dojrzała i RZECZYWIŚCIE wraca do domu, na Brooklyn. Jej ostatnie słowa zza kadru też to potwierdzają...

    No to w końcu jak?! Przez większość filmu pokazany jest charakter jej związku z Tonym, idealnie przez Ciebie opisany, aż tu nagle JEB i jednak to była ta wielka miłość, co to jej żaden ocean nie przemoże. No litości!

    Sam temat ciekawy, aktorzy wspaniali, scenografia śliczna, tylko za dużo w tej historii emocji i metamorfoz, żeby to wiarygodnie pomieścić w sztywnych ramach filmu. Gdyby stworzyli o tym serial - byłabym pierwszą fanką :) nawet przy takim samym zakończeniu, bo wierzę, że dałoby się to wtedy jakoś logiczniej wytłumaczyć.

    PS Ja osobiście też jestem za Jimem, bardziej do siebie pasowali, zresztą, Tony mu do pięt nie dorastał i było to pokazane w filmie ;)

    • Racja, Ellis musiała wyjechać z Irlandii, bo innego wyjścia po prostu nie było. Ślub z Tonym ją do tego zobowiązywał, ale to nie oznacza, że nie żałowała tej decyzji. Była mężatką, a zadawała się z Jimem, nie będąc z nim szczera, równocześnie ignorując też listy od Tony'ego.

      Trafiona Panna napisała we wcześniejszym poście, że gdyby Ellis wolała Jima to mogłaby za niego wyjść, tak,czy inaczej, bo ślub z Tonym był tylko cywilny, a nie kościelny i niczego nie zmieniał. Sorry, ale to jedna wielka niedorzeczność, bo to właśnie ślub cywilny niesie ze sobą konsekwencje prawne, a nie kościelny. O ile mi wiadomo bigamia jest i była nielegalna, także gdyby Ellis chciała wyjść za Jima, najpierw musiałaby się rozwieść z Tonym. Poza konsekwencjami prawnymi bigamii są też sprawy sumienia, bo myślę że Ellis nie mogłaby na dłuższą metę posunąć się do tak wielkiego kłamstwa.

      Swoją drogą ciekawa jestem co napisała w liście do Jima przed swoim wyjazdem do USA. Mniemam, że do wszystkiego się
      przyznała, ale ciekawi mnie czy powiedziała mu dlaczego zdecydowała się dawać mu nadzieję na związek. W sumie może i dobrze, że tutaj kwestia pozostaje otwarta.

      Myślę, że Ellis na końcu nie tyle wolała, co zaakceptowała wyjazd do USA. Zaakceptowała też USA jako nowy dom, bo tam może zbudować coś zupełnie nowego. Nowy świat, nowe możliwości z nowym facetem, bez związku z przeszłością. Za Irlandią wydaje mi się, że zawsze będzie już tęsknić.

      Zgadzam się też z opinią buszasz. Końcówka filmu wydawała się jednak naciągana, zwłaszcza z pokazaniem tej niby wielkiej miłości Ellis do Tony'ego. W świetle jej wcześniejszej postawy, wątpliwości i zachowania wyszło to wszystko conajmniej nienaturalnie.

      • * Jeszcze w sprawie tego listu Ellis do Jima przed jej wyjazdem do USA.

        Kwestia treści listu pozostaje otwarta i może tak jest ciekawiej, bo widz może sobie sam wszystko dopowiedzieć. Ja wolę myśleć, że Ellis wyznała mu wszystko o swojej sytuacji, ale że także napisała mu, że coś niego poczuła przez cały swój pobyt w Irlandii.

        Dobrze, że mu chociaż zostawiła list na pożegnanie, i nie zignorowała go tak, jak Tony'ego po jej wyjeździe do Irlandii.

        • Podrzucę Wam tylko mimochodem taki troszkę głębszy trop, niż "kocha-nie kocha", taki bardziej metaforyczny - bo to jest też film o dorastaniu, o odrywaniu się od rodzinnego gniazda, o osiąganiu samodzielności, wychodzeniu spod skrzydeł mamy ("Jim to taka dobra partia") ;).

          • Dokładnie tak.
            A ja jeszcze podrzucę myśl, że jak się trafi lepszy model, co to stary, jak ktoś wyżej napisał, do pięt mu dorastać nie będzie (a zawsze znajdzie się ktoś ładniejszy, bogatszy albo bardziej wykształcony) to tak łatwo tego starego nie warto skreślać.

            • Być może... jak dla mnie, to historia z Tonym to po prostu zauroczenie, pierwsza miłość, dodatkowo w końcu ktoś, kto nadał jej życiu jakiś sens na obcej ziemi i wyciągnął ją z apatii i dojmującej tęsknoty za domem. De facto Jim byłby dla niej lepszy i już. Ale fakt, trzeba ponosić konsekwencje swoich decyzji, zresztą, faktycznie - zaczęła już swoje życie tam, za oceanem, być może rzeczywiście chciała do niego wrócić, rzeczywiście była przywiązana do Tony'ego... Ale film wysyła odwrotne sygnały, nie pokazuje ani rozterek i wahania, ani rozdartego serca, tylko przymusowy powrót do USA, który na końcu okazuje się happy endem ;/

              • Może się mylę, ale scena w której Eilis próbuje napisać do Tony'ego ale sama właściwie nie wie co chce mu powiedzieć - nie jest właśnie pokazaniem wahania?

                • Dla mnie "pokazaniem wahania" byłoby ukazanie pewnej niezręczności w kontaktach z Jimem, pokazanie, że Ellis czyta listy i z jednej strony jest ciekawa, co u Tony'ego, z drugiej nie jest pewna swoich uczuć i przez to albo nie odpisuje, albo odpisuje dość oschle, itd. Chodzi o to, że film od czasu powrotu Ellis do Irlandii wygląda tak: sielskie, słodkie miasteczko, a w nim Ellis ciesząca się z nowej-starej przyjaźni i wyraźnie zainteresowana Jimem, z wzajemnością. Ellis odwiedzająca rodzinę Jima w BARDZO NIEDWUZNACZNY SPOSÓB, do cholery... I Ellis, która nie ma nawet ochoty PRZECZYTAĆ listu od "ukochanego", nie tyle nie wie, co napisać, ale nawet nie czyta korespondencji od niego! "Zapomina" o nim! To nie jest wahanie, to jest świadomość popełnionego błędu i jawna próba ukrycia przeszłości nie tylko przed bliskimi i Jimem, ale i przed samą sobą.

                • Nie zgadzam się z Tobą. Myślę raczej, ze Ellis w ten sposób chce jeszcze przez chwilę poczuć swoje dawne życie, chce odsunąć od siebie konieczność podjęcia określonej decyzji. Nie wie, co ma mu napisać, pewnie, że nie wie! Miałaby mu napisać, że spotyka się z innym? Że w jej życiu wszystko układa się tak, że mogłaby tu zostać?
                  Ale w momencie, gdy dostaje odpowiedni bodziec, po prostu pakuje się i wraca do SWOJEGO życia. Do tego życia, które sama sobie wybrała i którego chciała. Tego całkiem nowego i tylko jej.

                • Ta scena pokazuje, że już go nie kocha. Leży na łózku pośród stosu listów od Toniego i próbuje odpisać na list Toniego, który pisze, że ją kocha (w sumie to jego 8-letni brat napisał, bo Tony to trochę analfabeta). A ona powinna "szablonowo" odpisać, że oczywiście też go kocha. Dochodzi do tego momentu, gdy powinna takie słowa napisać i... te słowa nie mogą jej przejść przez myśl:
                  "Dear Tony,
                  Thank you for your letters. I want you to know that..."
                  Waha się co napisać i mówi:
                  "I don't know what i want you to know."
                  Mnie kartkę i ją wyrzuca.

                  A potem rozmowa z wścibską panną Kelly i szybka ucieczka do Ameryki...

              • @Buszasz. Już wiem czemu zakończenie filmu nam zgrzytało. W książce zakończenie nie jest bynajmniej happy endem. Ponoć Ellis wraca na końcu do USA, ale nie jest z tego powodu szczęśliwa. Robi to tylko dlatego, że jej małżeństwo wyszło na jaw, a tak naprawdę chciała to zataić i żyć sobie w Irlandii. O Tony'ego zbyt nie dbała i nawet całowała się z Jimem. Także film wszystko wygładził, zrobił zakończenie typowo hollywoodzkie. Pewno dlatego wydaje nam się tak niespójne.

                • O kurde!!! A jednak!!! Czyli w książce to wszystko ma sens! No i w sumie większość filmu też tak to przedstawia... masz rację, walnęli na siłę szczęśliwe, hollywoodzkie zakończenie. I zepsuli cały film.

                  Dzięki Naethalee :)

                • No właśnie, magia hollywood:) Ja sama książki nie czytałam, wiem to z tzn. "drugiej ręki". Nie wiem czy się napalać na książkę, bo w sumie recenzje ma średnie. Ale najważniejsze to chyba to, że oryginał w przeciwieństwie do ekranizacji, bardziej się kupy trzyma. Finał książki był raczej gorzki - Ellis nie tyle chce, co musi wracać (no bo to i logicznie). Finał filmu za to był słodziutki jak miód, za to w moim mniemaniu zupełnie niewiarygodny.

                • Mam wrażenie jakbyście inny film oglądały. Może nie jest to aż tak dosadnie pokazane jak seks w filmie porno ;). Ale widać, że nie kocha Toniego. Tony to niskowykwalifikowany robotnik, który mówi jak prosty człowiek (o ile ktoś się wsłuchał w jego głos). Listy pomaga mu pisać 8-letni brat. Jak można sobie ułożyć życie z takim człowiekiem? Ona chce się rowzwijać. A on będzie ją ciągnął tym ślubem w dół.

                  Mąż zakochany w niej to prawda. Nie pije. Nie bije. Ale to chyba jedyne jego zalety. O ile coś takiego mozna nazywać zaletami. A poza tym to prostak, półanalfabeta. Biedny. Choć chwali się, że oszczędza pieniądze.

                  Jim Farrel to znakomita partia. Mogła przy nim rozwinąć skrzydła. Nie musiała z nim nawet mieszkać w tej zaściankowej miejscowości. Chciał wyjechać z nią do Paryża, Londynu, Nowego Jorku. Ale cóż, błędy młodości się za nią ciągnęły. Wiec oprócz rad, które dała spotkanej na statku dziewczynie, mogła dodać od siebie: nie bierz ślubu zbyt pochopnie ;).

                • Mam wrażenie jakbyście inny film oglądały. Może nie jest to aż tak dosadnie pokazane jak seks w filmie porno ;). Ale widać, że nie kocha Toniego. Tony to niskowykwalifikowany robotnik, który mówi jak prosty człowiek (o ile ktoś się wsłuchał w jego głos). Listy pomaga mu pisać 8-letni brat. Jak można sobie ułożyć życie z takim człowiekiem? Ona chce się rowzwijać. A on będzie ją ciągnął tym ślubem w dół.

                  Mąż zakochany w niej to prawda. Nie pije. Nie bije. Ale to chyba jedyne jego zalety. O ile coś takiego mozna nazywać zaletami. A poza tym to prostak, półanalfabeta. Biedny. Choć chwali się, że oszczędza pieniądze.

                  Jim Farrel to znakomita partia. Mogła przy nim rozwinąć skrzydła. Nie musiała z nim nawet mieszkać w tej zaściankowej miejscowości. Chciał wyjechać z nią do Paryża, Londynu, Nowego Jorku. Ale cóż, błędy młodości się za nią ciągnęły. Wiec oprócz rad, które dała spotkanej na statku dziewczynie, mogła dodać od siebie: nie bierz ślubu zbyt pochopnie ;).

            • Blue_anna, dziękuję że to napisałaś! nie mogę już wytrzymać wszystkich tych filmów wynoszących rozwody i rozstania na piedestał, bo przecież 'trzeba iść za głosem serca'. jakby wszyscy ludzie zachowywali się w ten sposób to małżeństw by nie było, bo rozterki ma się zawsze, jednak wg mnie kluczem do udanej relacji jest właśnie chęć - nawet jak coś się nie układa to żeby chociaż próbować to naprawić :)

          • W sumie też racja

          • Svankmajerova dziękuję. Przywracasz wiarę w inteligencję. Ten film jest przede wszystkim o odkrywaniu własnej tożsamości. A dojrzewanie jest nieodłączną częścią tego procesu.

            Z roku na rok wpisy na filmwebie są coraz bardziej infantylne.

  • Miałam niemal identyczne odczucia co Naethalee. Przez sporą część filmu odnosiłam wrażenie, że Ellis jest z Tonym, bo to pierwsza okazja, która jej się nadarzyła.

  • Według mnie Tony niczego nie wymusza, a przynajmniej nie ma takich zamiarów - jest zwyczajnie prostolinijny, kocha ją szczerze i dlatego bardzo tych wszystkich rzeczy chce, wyznań, wspólnej przyszłości itd.

    • Ok, nie wymusza. Naciska więc. Być może nie było to zrobione z premedytacją. Fakt faktem, wydaje mi się, że Tony jakby nie zauważał, że Ellis być może nie jest tak zaangażowana w ten związek jak on. Nie wiem, nawet ta scena w poczekalni stanu cywilnego dość dobrze pokazywała kontrast między nimi. Tony tryskał wprost entuzjazmem i najchętniej chwaliłby się całemu światu, że się żeni. Ellis siedziała natomiast z boku, lekko przygaszona czekając na swoją kolej. Takie przynajmniej odniosłam wrażenie.

      • Ellis była bardzo refleksyjną, spokojną dziewczyną. Wyznawanie uczyć nie przychodziło jej z łatwością. Nie odebrałam jej zachowania w urzędzie jako "przygaszenia". Wydaje mi się, że była szczerze zakochana w Tonym - chociaż może w inny sposób niż on w niej :) To on wyciągnął ją z dołka, kiedy była tak niesamowicie samotna, on pocieszał po śmierci siostry. Rozkwitła dzięki temu związkowi. Pod wpływem samotności łatwo pokochać kogoś, kto stanowi wsparcie. Co niekoniecznie znaczy, że pokochałoby się go w innych okolicznościach.
        Nie widzę dla Ellis przyszłości w Irlandii - przystojny, bogaty mąż to nie wszystko. Małe, przygnębiające miasteczko szybko by jej obrzydło. Przed wyjazdem nie zachwycała się szczególnie plażą ani innymi urokami Irlandii - powrót do domu był jak urlop, który po pewnym czasie stałby się nużący. To uczucie znają pewnie wszyscy mieszkańcy małych miejscowości, którzy wyjechali na stałe do większych miast i postanawiają tam zostać. Owszem, czasem tęskni się za domem - ale czy to znaczy, że chciałoby się tam wrócić?
        A czy Ellis będzie szczęśliwa z Tonym? Prawdopodobnie nie, bo to prosty, niewykształcony facet i nie da jej życia, o którym w gruncie rzeczy marzyła. Dla mnie happy endem byłby rozwód z nim i dalsze poszukiwanie szczęścia, już bardziej świadome :)

        • A wiesz co? Obejrzałam sobie fragmenty filmu jeszcze raz i w pewnym momencie Jim powiedział Ellis, że jak dotąd nigdy jeszcze nie był za granicą, ale bardzo chciałby zobaczyć Paryż, Londyn i nie wyobraża sobie spędzić całego życia w Irlandii bez poznania tych miejsc. Wydaje mi się więc, że imponowało mu to, że Ellis ma takie bogate doświadczenia. Być może i dla niego to miasteczko było za małe i zaściankowe. Sam w sumie zapytał o to Ellis na plaży.

          W każdym razie wydawało mi się, że Jim i Ellis odbierali na tych samych falach i mogliby być ze sobą szczęśliwi. Nie mówiąc o tym, że wizualnie też ładnie pasowali do siebie. Ah, ten Gleeson:p

          Tony był w sumie też sympatyczny, ale tak jak mówisz wydaje mi się, że za wiele ich z Ellis dzieliło. Dalej podtrzymuję swoją opinię, że ślub to była decyzja pochopna.

    • jak to nie, przyparl ja do muru jak nic

  • Zgadzam się z Tobą Naethalee niemal w całej rozciągłości. Mam bardzo podobne odczucia pod seansie, choć z tą różnicą, że mnie się bardziej podobała pierwsza połowa filmu, bo choć przewidywalna, była sympatyczna. Natomiast druga połowa... cóż. Dla mnie Eilis to przede wszystkim młodziutka, zagubiona dziewczyna, która podjęła kilka całkowicie nieprzemyślanych decyzji, niestety ze szkodą dla siebie. Pierwsza to małżeństwo z Tonym. Owszem, przyznaję, chłopak był czarujący, ale ja po prostu nie wyobrażam sobie ich związku w dłuższej perspektywie. Moim zdaniem bardzo szybko dadzą o sobie znać choćby różnice w ich wykształceniu. Choć bardzo się staram, jakoś trudno mi uwierzyć, że z takim partnerem u boku Eilis osiągnie to, czego pragnie - mam tu na myśli jej wymarzony zawód. Druga, całkowicie nieprzemyślana, decyzja, to zatajenie małżeństwa przed matką i Jimem. Zwłaszcza przed matką. To było niezamierzone okrucieństwo, ale jednak okrucieństwo. Eilis pozwoliła, by w jej matce zaczęła kiełkować nadzieja, że może jednak nie zostanie sama, że córka pozostanie w Irlandii i ułoży tu sobie życie, a potem, gdy sprawy zaszły już za daleko, potraktowała matkę niczym obuchem w głowę, informując, że z samego rana wyjeżdża za ocean. W tym momencie filmu Eilis straciła niemal całą moją sympatię (inna sprawa, że sporo jej straciła przez to, jak potraktowała Jima). Niestety, samo zakończenie filmu nie uratowało sytuacji. W mojej ocenie nijak miało się do tego, czego świadkami byliśmy wcześniej.

    • Mam dokładnie takie same odczucia. Co ona chciała osiągnąć nie mówiąc matce? No niby rozumiem, że nie chciała tak od razu po przyjeździe, a potem już było tylko trudniej...ale to był duży błąd.
      Druga sprawa to ta niespójność-wraca do Irlandii, jej życie zaczyna się świetnie układać i mówi, że szkoda, że tak nie było wcześniej, przez wyjazdem do Ameryki. I po jednej głupiej rozmowie z jakąś przekupą na drugi dzień wraca do Stanów i już jest taka "szczęśliwa" i "zrozumiała, że tu jest jej miejsce". Marne to...
      Z małżeńskiego doświadczenia muszę jeszcze dodać, że z reguły dobrze jest kiedy ludzie jak najlepiej do siebie pasują, kiedy jak najwięcej ich łączy a jak najmniej dzieli. A taka przyjaźń jak z Jimem na pewno w dalszej perspektywie skończyłaby się trwałą, dojrzałą miłością.

  • Nie zgadzam się z Tobą :) Tak naprawdę w swoim pierwszym poście opisałaś tylko treść filmu, oczywiście, że to wszystko miało taki przebieg. Tylko że wg mnie mylisz się w intencjach Eilis, przynajmniej ja odbieram je inaczej. To wszystko w Twoim opisie jest za proste.
    Ja uważam, że szczerze kochała Tony'ego. Jednak jej ciągłe wahania, brak szybkich deklaracji wynikał z tego, że bała się uwiązania w świecie, w którym na razie wciąż nie czuła się "u siebie". Tak jakby podświadomie zostawiała sobie furtkę do powrotu, tak jakby bała się w 100% zaangażować. Jeszcze nie kochała tego nowego świata, więc i tego człowieka nie umiała pokochać ot tak, od razu, rzucić się w to głową naprzód. Owszem, Tony ją trochę naciskał, bo to był prosty szczery chłopak, który - zauważ - miał też całą rodzinę w Nowym Jorku. Dla niego było to już jego miejsce na ziemi, brakowało tylko ukochanej kobiety, żeby pobudować z nią dom i założyć rodzinę. A Eilis była rozdarta. Tak naprawdę uczucie do Tony'ego rodziło się w niej jednocześnie z przywiązaniem do nowego miejsca na ziemi, obojgu musiała dać czas, żeby się utwierdzić w przekonaniu, że tego właśnie chce. Dlatego trochę się broniła przed jego uczuciem, ale powoli dojrzewała do tego.
    Myślę, że ważny był moment, kiedy jej pokazał ziemię pod dom. Zobaczyła swoją przyszłość, możliwość zapuszczenia korzeni w nowym świecie i to potem zakiełkowało.
    Kiedy wróciła do domu, zanurzyła się w dawny świat, zobaczyła, że teraz już mogłaby tu zostać. Najważniejsza była sytuacja z matką. Moje odczucie jest takie, że trochę rozumowo podeszła do znajomości z Jimem. Kusiło ją pozostanie w domu, to w końcu jej ojczyzna, świat w którym dorastała i znała. Jim był idealnym "alibi", poza tym zdążyła się wykształcić i miałaby pracę. Mogłaby być z matką. Tylko że zrozumiała, że to wszystko już jej nie wystarcza. Kiedy zaznała czegoś innego, jej dawny mały świat był już właśnie za mały. Rozmowa z dawną pracodawczynią uświadomiła jej to z nagłą wyrazistością. Eilis stwierdziła "już sobie przypomniałam, dlaczego tak nie znosiłam tego miasteczka", czy coś w tym rodzaju. Dla mnie jej powrót do N. Jorku i do Tony'ego był czymś naturalnym. I cieszę się, że to zrobiła. Trzeba w życiu iść do przodu, a nie się cofać. Zastanawiam się tylko, czy nie mogłaby zabrać ze sobą matki :)
    Ogólnie film bardzo mi się podobał. Tylko bohaterka mogłaby mieć w repertuarze więcej niż dwie miny, a nominacja do Oscara za scenariusz chyba przesadzona. W sumie scenariusz był prosty jak konstrukcja cepa ;) Ode mnie mocne siedem i pół :)

    • Gdyby Ellis prawdziwie kochała Tony'ego, to tuż po powrocie do Irlandii nie olewałaby jego listów, nie prowadzałaby się z Jimem i nie przemilczałaby sprawy ślubu. Takie moje zdanie.

      Z drugiej strony zgodzę się, że USA to była szansa na budowanie nowego, niezależnego życia z dala od wcześniejszych koneksji. Jednak z jakiegoś powodu, aż do rozmowy z wredną babą, Ellis jakoś nie spieszyło się z wyjazdem. Nie wiem, czy to przez to, że jej samej dobrze tam się żyło u siebie w Irlandii, czy też głównie dlatego, że całe miasteczko chciało ją tam zatrzymać. Ale co w tym właściwie złego? Źle się tam nie miała, a przecież nikt tam o zobowiązaniach Ellis nie wiedział, przynajmniej do czasu.

      A co do małomiasteczkowej mentalności, już abstrachując od treści filmu, skąd w zasadzie ta pewność, że w nowym świecie nie spotkałaby podobnie nieżyczliwych osób co jej była, irlandzka szefowa? Przecież Brooklyn to taka mała Irlandia, wszyscy się tam znali, chodzili na Irlandzkie imprezy. Generalnie społeczność irlandzka była tam raczej zwarta, a w takim środowisku też kwestią czasu jest rodzenie się plot i wszelkich zawiści. Tak mi się przynajmniej wydaje. Także nie jest wcale powiedziane, że Ellis wyjeżdzając ze swojego miasteczka na 100% wyzwoliła się spod jarzma małomiasteczkowej społeczności. Jak to ktoś pięknie ujął: "Człowiek może wyjdzie ze wsi, ale wieś z człowieka nigdy".

      • Film oceniam pozytywnie, ale ma - i tu ubolewam nad tym - zbyt wiele uproszczeń, których możliwe, że książka unika. Ładnie namalowane jest tło, ale nadal to tylko widokówka, a bohaterowie, chociaż są sympatyczni i mają ładne akcenty, to nadal jedynie skromne zarysy postaci. Właściwie jesteśmy świadkami łańcuszka przyczynowo skutkowego, który doprowadza bohaterkę do ostatecznego dylematu (wątek alienacji w NY jest w sumie bardzo błahy, gdy trafia do sympatycznej ferajny dziewczyn i uczynnego księdza z "tacą", by już za chwilę wpaść na jedynego Włocha w mieście, który nie stawia bejsbolu ponad dziewczynę, a nawet w tej smutnej Irlandii w której wcześniej nie było perspektyw nagle są otwarte drzwi do pracy - jak siostra była księgową mogła wieczorami przysposobić bystrą siostrę do rachunków) na który przecież, jako widzowie czekamy. W efekcie reżyser trochę nad podkusił, aby nie ufać Włochowi, jak to Włochowi. Czekamy wraz z bohaterką na jego błąd, jakiś wyskok, a tu nic się nie dzieje. Z drugiej strony dla niej uczucia to nowość. Nie tak dawno nie nosiła makijażu, ubierała się uroczo, ale prowincjonalnie, a tu dostaje wyznania, czuje się dowartościowana, więc naturalnie temu ulega. Moment, gdy musi wrócić do domu jest jednak zupełnie zrozumiały, bo też wpisany w jej charakter. Szkoda, że twórcy nie postanowili sprawić, aby widz mniej ją lubił i nie włożyli w jej postać nieco więcej "dziegciu". Pobyt w Irlandii i jej opieranie się podporządkowaniu miasteczku również mnie nieco rozczarowało. Jej poddanie się wizji matki można widzieć w wychowaniu, które nie pozwala jej postąpić inaczej, stąd łatwiej jej odsuwać decyzję o powrocie, a relacje z lokalnym chłopakiem nieopatrznie pogłębiać. Jednak i tu twórcy nie pozwalają jej samodzielnie zdecydować i zbyt gładko podsuwane jest rozwiązanie (rozmowa z wredną sklepikarką).

        • Zgadzam się, płytko, płasko, błaho. Ładne zdjęcia, ładni aktorzy ale mało w tym realizmu i jakiejś elementarnej logiki.

        • Zgadzam się z Tobą praktycznie we wszystkim, z wyjątkiem tego "szkoda, że twórcy nie postanowili sprawić, aby widz mniej ją lubił". Otóż muszę Wam powiedzieć, że ja nie polubiłam Ellis. Od początku, wszystkie jej decyzje noszą znamiona pospolitego egoizmu. Nie mówię tu o samym wyjeździe, bo każdy stara się jakoś ułożyć sobie życie. Jednak jej relacja z Tonym, to że nie umiała odwzajemnić jego miłości (powiedzieć kocham) jej rozmowa ze współlokatorką o zamążpójściu (małżeństwo jako możliwość ustatkowania się, posiadania własnego domu), nie chciała brać ślubu przed wyjazdem - Tony właściwie trochę ją do tego przymusił. Potem relacja z Jimem, iskra między nimi, ale z drugiej strony rozterka, bo pozostanie w Irlandii było dla niej pożegnaniem się z większym światem, z nowością, innością, którą sobie gdzieś tam wymarzyła. I przede wszystkim jej stosunek do matki. Nie potrafię go zrozumieć. Nigdzie nie jest powiedziane, że jej matka była złą rodzicielką - wręcz przeciwnie. Tymczasem na ekranie nie widać żadnej nutki uczucia Ellis do mamy. Jest jakaś tęsknota, jakieś łzy, ale dziewczyna właściwie nie ma żadnego dylematu nad tym że zostawia starą matkę SAMĄ. Jest tyle rozwiązań: zabrać ją do USA, zostać w Irlandii, ściągnąć Tonego do siebie, cokolwiek! Ale nie, ona tylko przebiera nóżkami, żeby uwolnić się od miasteczka i matuli. No jakoś nie umiem jej polubić. Związała się z Tonym bo czuła się samotna w NY, a nie dlatego że to miłość jej życia - taka jest prawda. Powiedziała do Jima, że żałuje, że nie było jej tak dobrze w Irlandii przed wyjazdem, bo wtedy wszystko potoczyłoby się inaczej, czyli po prostu Tony był zwykłą "zapchajdziurą", a nie tym jedynym. Smutne, może czasem trzeba tak zimno kalkulować żeby jakoś przeżyć w tym świecie? Nie wiem, ale niepotrzebnie dorabiali do bohaterki tę pseudo wrażliwość, bo dla mnie ona była zwyczajnie wyrachowana pod płaszczykiem delikatnej dziewuszki.

  • Dzięki za opinię. Mam taką samą. Myślałam, że wpływ na to miało obsadzenie roli Jima - Domhnalla po rewelacyjnym "Czasie na miłość" bardzo lubię. Nie przekonał mnie wcale Emory. Ale jednak po przeczytaniu książki potwierdziłam swoje zdanie. W książce uczucie do Jima jest bardziej zaakcentowane i to z nim powinna być. Nie chodzi tylko o to, ze miałaby łatwe życie z dobrze sytuowanym mężem, dobrą pracę, kontakt z rodziną, ale on bardziej do niej pasuje i pomimo związku z Tonym zakochała się w Jimie, więc to o czymś świadczy.

  • Już po dwóch zdaniach wiedziałam, że będzie to najlepsze, co ostatnio czytałam. Mądra wypowiedź, bardzo. Ale... co do nieodpisywania na listy: dla mnie Ellis chciała dać sobie czas, szansę na jak najbardziej "obiektywną" (na ile to w ogóle możliwe) ocenę sytuacji. Ponadto, wróciła do Irlandii stęskniona, kochając kraj, matkę i przyjaciół. Po powrocie było jej po prostu dobrze, była tam szczęśliwa. Tony był daleko, był też krótką znajomością w porównaniu z całym życiem, w tym ogromnie ważnym dzieciństwem, spędzonym w Irlandii. Miała w planach powrót do Stanów, wiedziała do czego dąży. Chciała się więc nacieszyć domem i żyć możliwie normalnym życiem, a nie ciągłą tęsknotą. Raz już to przerabiała - widać, że odebrała lekcję. Wie, że to nie jest sposób. Kto będąc szczęśliwym w domu rodzinnym, po trudnych przeżyciach, wiedząc, że jest w tym domu tylko na chwilę, chciałby rozdrapywać rany i przypominać sobie ciągle, że tak naprawdę wciąż tęskni (tym razem za świeżo poznanym facetem, którego być może przygarnęła tęskniąc naprawdę niewyobrażalnie jak dla mnie, i w desperackiej samotności)? Chyba nie można tak wybierać. W filmie wyraźnie pokazano, że w Irlandii było jej równie dobrze jak w Stanach (albo odwrotnie). Choć nieco inaczej, to tak samo dobrze. Nie ma jednego, uniwersalnego sposobu, jedynej słusznej drogi. A wybór tej lepszej może okazać się niezwykle trudny, jeśli nie niemożliwy.
    Ja to kupuję. I choć nie wszystkie zachowania Ellis są zrozumiałe (i przede wszystkim są interpretowane na tak wiele sposobów jak widać na forum), to w tym objawia się geniusz tej fabuły - jest JAKAŚ. Ellis miała kilka orzechów do zgryzienia, za każdym razem nie miałam pojęcia co zrobi. A ona po prostu jakoś wybrała. Dobrze, źle - nieważne, każdy wybór niósł równie trudne konsekwencje. Niby banalne, ale dokładnie tak właśnie działa życie.

    • Dzięki za tę wypowiedź. Masz rację co do wyborów- generalnie każdy ma jakieś konsekwencje i nawet nie należy ich rozpatrywać w kategorii: dobre, złe. Natomiast uważam też, że ślub z Tonym to była decyzja, która niosła ze sobą daleko idące konsekwencje i w zasadzie pozbawiła jej możliwości późniejszego wyboru. W Irlandii po prostu nie mogła już zostać (chociaż w pewnych momentach widać było, że być może chce tego). Dla mnie film byłby bardziej spójny, gdyby tego ślubu nie brała. Wtedy mogłaby jeszcze wybrać między Jimem-Irlandią a Tonym-Brooklinen. Gdyby pomimo nie bycia mężatką wróciła do Tony'ego, wtedy kupiłabym tę historię wielkiej miłości i wyboru nowego życia na Brooklynie.

      Co do nieodpowiadania na listy Tony'ego być może coś w tym jest, być może chciała sobie dać czas na obiektywną ocenę sytuacji i nacieszyć się Irlandią, ale suma sumarum i tak przecież zostać nie mogła. Z drugiej jednak strony, raniła męża swoim milczeniem i postąpiła bardzo egoistycznie. Nie mówiąc już o tym, że grała na dwa fronty.

      A tak na marginesie, ponoć w książce zakończenie jest o wiele bardziej gorzkie i mniej jednoznaczne niż w filmie.

      • Ja też nie kupuję historii z Tonym jako wielkiej miłości. To było po prostu jedno z rozwiązań, czy miłość - nie wiem, ale na pewno dla mnie nie ta największa. Ślub był ewidentnie wymuszony i naprawdę zdziwiło mnie, że go wzięła. Teraz pomyślałam, że sama boję się, że zupełnie nieświadomie kiedyś tak zrobię :) Ale może właśnie dzięki temu film jest ciekawszy - nie wiemy, czy wróciła z miłości, czy z poczucia obowiązku/przymusu. My to chyba odbieramy raczej w tym drugim kierunku, co jest strasznie smutne, i pokazuje, jak decyzje podjęte pod wpływem chwili (i przymusu!) zaważają na naszym życiu. Niezła przestroga.

        Z drugiej strony... czy naprawdę musiała wracać? Co znaczy ślub, o którym nikt nie wie? Mogła też wrócić po rozwód. Tu też miała wybór. I znowu - nie całkiem wolny, bo jednak ślub był co najmniej "silną motywacją" ;)

        Co do milczenia Ellis, Tony mimo wszystko jej to wybaczył. Samo milczenie, bo czy wybaczyl ten drugi front to nie wiemy...

        A jak kończy się książka? Nie sądzę, bym miała czas przeczytać to w najbliższej przyszłości, a mniej jednoznaczne i cukierkowe zakończenie bardzo mnie ciekawi.

        • Samej książki wprawdzie nie czytałam, ale "gdzieś w necie" było wspomniane, że Ellis wróciła do USA bo musiała - bo tajemnica o ślubie się wydała, a nie z tęsknoty i miłości do Tony'ego. Jej związek z Jimem był też przedstawiony jako bardziej poważny niż w filmie, bo zawierał elementy całowania :P

          Ciekawi mnie książka i z jednej strony chciałabym ją przeczytać, ale z drugiej strony opinie o niej na portalu "lubimy czytać" sugerują, że nie jest to literatura najwyższych lotów.

  • Zgadzam się w 90%, jednak w końcówce filmu wyraźnie widać (i słychać), że Ellis kocha Tony'ego i dzięki nim czuję się w USA jak w domu, na potwierdzenie cytat bohaterki odnośnie tegoż: "Pewnego dnia wzejdzie słońce... Nie zauważysz tego od razu, ale zrozumiesz... Będziesz myśleć o czymś lub o kimś, z czym nic cię nie wiąże. Kimś szczególnym. Zrozumiesz... że tu jest twoje życie." Czy się mylę? Pozdrawiam!

    • Dziękuję Ci za wypowiedź. No właśnie dla mnie ta końcówka zgrzytała i była zaprzeczeniem tego, co Ellis robiła wcześniej.
      Była już dyskusja na ten temat w tym wątku (możesz przeczytać kilka postów wstecz). Bardziej byłabym w stanie uwierzyć w ten powrót i to uczucie, gdyby tego wcześniejszego ślubu nie było, a Ellis mimo to wróciłaby do Tony'ego. Poza tym podobno książka właśnie kończy się inaczej niż film, mniej jednoznacznie. Ellis wraca na Brooklyn, bardziej bo musi, niż bo chce.

    • Zastanawiam się, a co jeśli, ta sklepikarka nigdy by nie powiedziała dla Ellis, to o czym wie ? W moim przekonaniu, na pewno zostałaby w Irlandii.

  • Zgadzam się w pełni! Choć odnoszę również wrażenie, że Ellis postanowiła wrócić (a raczej tak ją "naszło" w jednej chwili) nie tylko z powodu małżeństwa, które pochopnie zawarła. Jak już ktoś tu napisał, Ellis marzyła o zupełnie innym życiu niż te, które wiodła jej matka, koleżanki i wszystkie kobiety z jej stron. Widziała swoją szansę w Ameryce. Rozumiem to, dzielę troszkę analogicznych doświadczeń.

    Mimo wszystko Jim sam wspominał, że ich irlandzkie strony są w sumie trochę nudne i że chciałby zobaczyć też inne miejsca. Jak tutaj zostało już wcześniej przytoczone, chciał odwiedzić Rzym, Londyn, Paryż... A więc o ile jej życie w Irlandii z Jimem wyglądałoby na nudne z zewnątrz (porzucenie wspaniałej Ameryki dla prowincji), to jednak mogłoby "feel differently", jak to sam opisał Jim w restauracji... Mogliby razem wieść z pozoru nudne życie, ale jednak razem podróżować, może nawet zamieszkać w innym miejscu, kraju, lecz niedaleko..?

    Oczywiście gdyby tak się stało, to nie byłoby nas tutaj i nie miałybyśmy o czym dyskutować :)

    Muszę naprawdę jeszcze wspomnieć o tym, jak wydawał się być szczerze zakochany w Ellis. Nie jak Włoch, który według mnie chciał po prostu "złapać" dziewczynę (Ellis w sumie trochę jego też). Szczególnie widać to, według mnie, w trakcie rozmów w restauracjach. Przy Tony'm tylko ona mówiła, a on siedział i wydawał się przytłoczony. Nie chciał w żaden sposób komentować, nie dopytywał się... Jim opowiadał entuzjastycznie o swoim życiu, chciał poznać Ellis i by ona poznała jego.

    Jeśli chodzi o zakończenie, to według mnie też nie pasowało... Także stawiam na komercyjny happy end, który dla (w mojej opinii!) bardziej wymagających widzów po prostu nie miał racji bytu. Ona wróciła, bo musiała. Wydało się.

    Ktoś tu też napisał o Ellis za kilka lat. Dla mnie: życie z prostolinijnym mężem (do którego nie chciała nawet wracać) i jego wielką rodziną na karku (domy obok, brrr...), z mnóstwem dzieci i robotą w (oczywiście...) rodzinnej firmie... Nieszczęście w jednym słowie. No ale (jak również ktoś już wspomniał... ;)) po tym, jak jej sekret się wydał nie mogła już zostać: skandal na całą miejscowość, możliwe odrzucenie przez Jima... Choć według mnie on by zrozumiał, ale atmosfera skandalu pozostaje, na nieszczęście dla jej mamy. Poza tym brak rozwodu etc.

    Cóż, film nie jest doskonały, ale mimo wszystko daje do myślenia. Niedosyt spowodowany zakończeniem zamierzam zniwelować poprzez przeczytanie książki. Mam nadzieję, że niej zakończenie rzeczywiście jest inne!

  • Jaka kulturalna dyskusja! Miło czasem wejść na filmweb i przeczytać normalną dyskusję, a nie wyzywanie się od idiotów, gimbusów i zarzucanie braku gustu filmowego, gdy spotykają się osoby mające odmienne zdanie.

  • Zgadzam się ze wszystkim co napisałaś. Dorzucę jeszcze jeden argument - rozmowę w łazience ze współlokatorką. Ellis zapytała ją dlaczego nie jest mężatką, jak dalej potoczyła się rozmowa, wiadomo. Ellis szukała poczucia bezpieczeństwa. Była zagubiona. Tony był już trochę w usa zakorzeniony, miał rodzinę. A potem, jak już poczuła się bezpiecznie, zgodnie z piramidą potrzeb maslowa, doszły do głosu inne potrzeby. Tony nie ma szans im sprostać. Jest dobry, prostolinijny ale mało inteligentny.
    Ktoś też podnosił wątek ,,wymuszenia,, ślubu. Zgadzam się, że to było wymuszenie. Nawet jeśli ze szczerego serca, z miłości to jednak wymuszenie. I tu wychodzi wspomniany brak inteligencji... także emocjonalnej. On jakby nie widział jej wahania, rozterek. Dąży za zaspokojenia swoich potrzeb. A snucie pięknych wizji o domach, dzieciach i wspólnej przyszłości - piękne i bardzo włoskie. Która z Was była w Italii i zostawiła w niej załamane serce Włocha? Przyznać się ;) Wiadomo - każda. Oni zakochują się natychmiast. Mówią pięknie. Obiecują. Jak to się ma do rzeczywistości? To dziś też nie tajemnica.

    Ja jestem za Irlandczykiem.

  • Napisałam gigantyczny esej, który udowadniał, że to Tony był właściwym wyborem. I, wyobraź sobie, kiedy kończyłam mój laptop który ma skłonności do ciągłego otwierania reklam, odświeżył stronę. Ta przemowa była taka dojrzała, trafiona, dobrze napisana.... To mi złamało serce.
    Tym razem napiszę trochę krócej.
    Jim nie był dla niej żadnym wyjściem. Wiązał się z pewnym wyobrażeniem życia, jakie chciała wieść, zanim pustka i brak perspektyw nie zmusiły jej do wyjazdu, porzucenia rodziny - długo był dla niej właśnie tylko tym, samotnością. Nie czuła do Jima nic związanego z miłością, zainteresowała się nim, ponieważ reprezentował typ mężczyzny, u boku którego prowadziłaby najszczęśliwszy wzorzec życia, jaki mogła sobie wyobrazić nie znając świata poza rodzinnym miasteczkiem. Bo wiązał z się z prostą, niewymagającą przyszłością, gdzie wszystko byłoby "na swoim miejscu", bez poczucia winy wobec porzuconej, samotnej matki, gdzie panowałaby nad swoim życiem. Jej uczucia do Tony'ego były niejasne w domu rodzinnym, ponieważ wiązał się z etapem życia, który z tamtego miejsca mogłaby po prostu wyciąć - sprawy miałyby się inaczej, gdyby ktoś bliski odwiedził ją w Brooklynie, łącząc te dwie rzeczywistości. Gdyby została z Jimem szybko odkryłaby, że sentyment się kończy, miasteczko ją dusi i utknęła w małżeństwie bez miłości - z przyjacielem, który nie jest w stanie zapełnić pewnej luki w sercu. Straciłaby czas, a być może nawet szansę na to życie, którego już zaznała, które sprawiało że wykorzystywała swój potencjał, przełamywała bariery i się spełniała. Nawet kiedy wróciłaby już do Brooklynu, uczucia między nią i Tonym byłyby już nadszarpnięte, bez względu na to, czy to byłby tylko romans o którym by nie wiedział, czy byłaby już rozwódką po Jimie. Pewnie nigdy nie udałoby im się odzyskać tego zaufania i tego co najpiękniejsze w ich więzi, a przynajmniej nie na tyle, żeby stworzyć prawdziwie szczęśliwe małżeństwo. W najlepszym scenariuszu po kilku, kilkunastu latach spotkałaby kogoś trzeciego, komu powierzyłaby swoje serce i z nim spędziła resztę życia. Podobieństwo charakterów nie stanowi o czymkolwiek. Było tyle powodów żeby zostać z Jimem, powodów zewnętrznych które wręcz popychały ją w jego ramiona, jak bliskość rodziny czy tęsknota za ojczyzną - wystarczył jeden argument na "nie" żeby to wszystko rozwiało się w nicość. Za wielki kontrast pomiędzy tym, co zrobiłaby dla Jima a co dla Tony'ego.
    Nie można też zapominać, że to Tony uczynił ją kobietą, którą zainteresował się Jim. Pewną siebie, dumną i piękną, tym niepowtarzalnym blaskiem kogoś kto kocha i jest kochany. Był dla niej podporą, jak rusztowanie dla rozrastających się pnącz winogrona.
    To jak się zachował Tony, w kwestii małżeństwa, to nie kwestia osobowości. To kwestia tego, że nie czuł się jej wart, a przynajmniej niedowierzał, że ma ją zupełnie dla siebie, widać to w scenie z listem. Bardzo mocno się z nią związał i chciał, żeby miała jakąś kotwicę, która pozwoli mu do niego wrócić i nie zapomnieć, że ten etap jej życia istniał i był na tyle ważny, żeby był widoczny z perspektywy domu - zdawał sobie sprawę z tego, że "dom jest tylko jeden" i słowo może się okazać się zbyt słabą nicią.
    Jestem pewna, ponieważ ogromnie poczuwam się do losów Ellis, bardzo dobrze rozumiem jej przeżycia i intencje od początku do końca filmu. Są historie miłosne, gdzie tylko nieznaczna przewaga decyduje o wyborze tego a nie tamtego - i zawsze są ci, którzy widzieli główną bohaterkę z tym drugim, zwykle w opozycji, bo oprócz takiej samej liczby zwolenników tego mężczyzny, który "zwyciężył", do zwycięzkiego pochodu dołączają się wszyscy, którym wystarcza szczęśliwe zakończenie, obojętnie z kim. Tu różnica między jednym wyborem a drugim jest tak wielka jak między dniem a nocą, podjęta decyzja tak wyraźnie lepsza od drugiej, jak to rzadko się zdarza.

Zgłoś nadużycie

Opisz, dlaczego uważasz, że ten wpis nie jest zgodny z regulaminem serwisu:
o