Przez chwilę myślałam ...

... że nie oprze się pokusie i zostanie w Irlandii, tak jej już życie poukładali, że mało kto by wrócił na obczyznę ... ale cieszę się, że wróciła do tego włocha - przeurocza para :)

33
  • mi się wydaje,że gdy za niego wcześniej nie wyszła to by nie wróciła. w domu miała matkę, pracę, przyjaciół i potencjalnego faceta, z którym na bank by była. ale i tak jestem za shipem ona i ten włoch. może nie kochała go tak mocno jak on ją i ogólnie ta odległość, tęsknota do tego wszystkiego, ale męża kochała i go wybrała. i dobrze ;)

  • No, a ja się nie mogę zgodzić. Mnie bardziej pasował do Ellis rudy Jim, Irlandczyk. Uważam, że Ellis musiała wrócić do USA z powodu małżeństwa, bo nie miała w sumie innego wyjścia. Natomiast było w filmie kilkakrotnie sugerowane, iż chciałaby cofnąć czas, żeby móc zostać w Irlandii. Rozpisałam się już na ten temat w innym wątku na forum, także zainteresowanych zapraszam do lektury:)

    • tak też właśnie myślę ... gdyby nie to małżeństwo nie wróciłaby. No bo jakby miała się związać z tym Irlandczykiem skoro już była mężatkom,gdyby się przyznała nie chciałby z nią być i zostałaby sama wystawiona na plotki mieszkańców tego małego miasteczka. Tego się nie dało odwrócić, poza tym miała niemiłe spotkanie z tą swoją byłą pracodawczynią z piekarni, która już wiedziała wszystko i to był ostateczny impuls do powrotu bo wieść rozniosła by się bardzo szybko. Musiała zachować twarz. Tu postąpiła rozsądnie. Nie dziwię się dziewczynie, że mogła nie chcieć wrócić, tu miała swój dom, rodzinę, przyjaciół - była u siebie, a tam obczyzna, tęsknota i niepewna przyszłość. Dodatkowo spadło to wszystko na nią: możliwość pracy zarobkowej, fajny facet z przyszłością i stabilnością nic tylko ułożyć sobie dobrze życie .... Ale ... wcześniej też się zakochała i w sumie chłopak też nie był zły. Stanął na wysokości zadania i zaproponował jej wspólne życie zapewniając bezpieczeństwo i przyszłość. Tak czy siak dobrze wybrała.

      • A mnie się wydaje że nawet gdyby nie wyszła za mąż za Jima to i tak wróciłaby do Stanów. W rozmowie z panią Kells sama przyznaje że zapomniała już dlaczego wyjechała.Nie tylko ze względu na brak pracy ale również zaściankowość, plotkowanie i tą małomiasteczkową atmosferę.

        • Ja uważam, że wróciła nie tylko ze względu na małżeństwo. Właśnie tak odebrałam morał tego filmu. Ellis wyjechała, by szukać innego życia. Życia, którego nie mogłaby dostać w Irlandii i dobrze o tym wiedziała. Zaryzykowała i skoczyła na głęboką wodę, do nowego świata, w którym musiała wszystko poukładać sobie na nowo i było to bardzo trudne. Po pierwszych chwilach słabości, żalu i tęsknoty za domem udało jej się przełamać barierę i stanąć na dobrej drodze do zagnieżdżenia się w USA. Wtedy wróciła do Irlandii. Na pewno cudowny był dla niej powrót na stare tereny, gdzie wszystko zawsze jest takie samo. Jednak szybko wpadła w starą rutynę. Małostkowe życie wciągnęło ją z powrotem. Na szczęście nadal pamiętała, że jest to życie, którego nie pragnie, przed którym wcześniej uciekła. Dlatego musiała z jeszcze większym trudem przełamać barierę i znów wyjechać do Ameryki, gdzie jej plany miały szansę zostać zrealizowane.
          Jeśli chodzi o Jima, to ja nie widziałam pomiędzy nimi żadnego uczucia. Myślę, że Ellis lubiła go, ponieważ był po prostu typowy i dawał jej takie poczucie bezpieczeństwa, które jest charakterystyczne dla domu rodzinnego, czyli jej Irlandii.

          • A jakie ona pragnie mieć życie w Stanach u boku takiego mężczyzny? Jakie on może jej zapewnić bezpieczeństwo? To, że ma plan na życie w postaci "zbudujemy 5 domów na polanie, ja się zajmę hydrauliką, brat stolarką a Ty papierkową robotą" nie oznacza, że to wypali. I niestety Elis jest zwyczajnie głupia. Wcale nie kocha tak mocno swojego Włocha, po prostu on był jedyną osobą którą mogła zająć sobie myśli, była dla niej miła i się starała. Ale prawda jest taka, że za parę lat różnica w wychowaniu, wykształceniu i w ogólnych poglądach stanie się nie do wytrzymania. A Elis, gdy będzie rano wstawać, na widok uśmieszku jej "ukochanego" będzie wymiotować.
            Różnicę pomiędzy Włochem a Irlandczykiem da się wyczuć na odległość (m.in. podczas rozmów z Elis).
            Moim zdaniem, jedynym powodem, dla którego Elis wróciła był fakt, że ta stara wiedźma rozpowiedziałaby wszystkim, że dziewczyna zostawiła w Stanach męża, a uwodzi już drugiego. I robi mi dodatkowo nadzieje. Sprawiłoby to, że stałaby się ona pośmiewiskiem. Poza tym może przypomniała sobie, że faktycznie powinna wypełniać obowiązki wobec wybranka, którego zaślubiła. Tylko, że po czasie pewnie i tak on by ją zostawił, bo widziałby, że jest nieszczęśliwa.
            Dlatego ani trochę nie kupuję tego ckliwego zakończenia, bo gdy ślepe zauroczenie minie, Elis będzie strasznie nieszczęśliwa.
            Poza tym z zachowania Elis w Irlandii da się wywnioskować, że nigdy prawdziwie nie kochała Włocha i już prędzej zaakceptowałabym wersję, że musi wracać, bo wzięła ślub i ciężko byłoby to odkręcić niż to, że wraca, bo Włoch jest miłością jej życia.

          • Dla mnie jej powrót do Ameryki był czymś oczywistym. Od razu chciała wracać, tylko nie rozumiem, dlaczego nie powiedziała swojej matce o zamążpójściu. Po prostu całe otoczenie w Irlandii chciało ją zatrzymać, myślę, że ze względu na matkę. To jest również inny objaw tej zaściankowości, ludzi martwią się o siebie nie chciano, żeby jej matka była samotna. Ale Ellis już "zasmakowała" Ameryki, zobaczyła jak tam jest, według mnie bardzo ją ciągnęło z powrotem, ale dylematem była matka (Czy ją zostawić?). Kochała Irlandie i tęskniła za nią, ale już tam nie pasowała. W jednej z ostatnich scen sama stwierdza, że tak na prawdę Irlandia jest na Brooklynie… przecież pełno tam Irlandczyków. To tak jak na przykład młodzi wyjeżdżają do dużych miast na studia z małych miejscowości czy wiosek... Często nie wyobrażają sobie powrotu. W Ameryce miała już męża, już zaznała innego życia… zobaczyła to pole… :P, miała więcej perspektyw. Tam była dla niej przyszłość. Ameryka ciągnie z powrotem! Ostatnie zdanie filmu mówi o tym wyraźnie "Zrozumiesz... tu jest twoje życie"...

          • Mam bardzo podobne odczucia :)

        • Dokładnie. Jest w filmie wprost powiedziane kiedy rozmawia ze swoją byłą szefową, niezłą żmiją by the way, że "już zapomniałam jakie jest to miasteczko". Zaściankowe,z całą masą konwenansów i plotek. Konserwatywne i trochę zacofane.
          Po czym na końcu jak pociesza i radzi dziewczynie na promie, która była dokładnie w tej samej sytuacji i miejscu jak ona na początku, że po rozpaczy wschodzi słońce i poznajesz kogoś, z kim nic się nie łączy i nie masz nic wspólnego, ale to jest właśnie cudowne!

          Jak dla mnie dobrze wybrała. Dom jest tam, gdzie Cię kochają.

        • Dokładnie uważam tak samo. Miała zawahanie aby zostać w Irlandii. Praca, matka, przyjaciele i chłopak z dobrego domu. I ta presja ze strony wszystkich. Ale sytuacja z jej poprzednią przełożoną otworzyła jej oczy dlaczego chce wrócić do USA. Nie tylko ze względu na fakt ze ma męża.

  • Tylko po co robiła nadzieje temu farellowi ? Podłość. Ale takie są kobiety :D

  • Eee, pewne było że wróci, skoro z Tonym wzięła ślub przed wyjazdem, a Tony okazał się być dobrym chłopem, który nawet nie spojrzał na inną kobietę pod nieobecność żony. Gdyby zdecydowała się zostać w Irlandii, 99% widzów znienawidziłoby ją, a to nie jest historia, podczas oglądania której mamy nienawidzić bohaterki :)

  • A ja myślę, że dylemat nie dotyczył ani jednego, ani drugiego pana. Ona po prostu zdała sobie sprawę, że kocha Amerykę i to ją wybrała.

  • A ja mialam nadzieje ze zostanie :/

  • Jak dla mnie to co w sumie szkodziło gościowi od castingu wziąć aktora z 5 cm wyzszego? Od razu bylby inny odbiór :-)
    Co do kluczowego dylematu to przypuszczam, że gdyby nie wymuszony emocjonalnym szantażem ślub, który co gorsza się wydał, to by nie wróciła. To nie jest światowa dziewczyna. W ciągu tych wszystkich miesięcy (roku?) nie wyszła poza bezpieczny krąg irlandzkiej parafii, a gdyby ksiadz nie zmusił jej do nauki to by w ogóle siedziała w domu, zresztą w ciągu całego semestru nawet się z nikim nie zakolegowała. Gdyby nie zmusiły jej okoliczności toby nawet nie spróbowała innego jedzenia. Na dodatek malomiasteczkowe wychowanie wylazło i laska potrafi sie definiować wyłącznie przez mężczyzn: Tony, Jim, ksiądz i ten facet z firmy rachunkowej mówią jej co ma robić. Rozumiem, że historia rozgrywa się 60 lat temu, ale nakręcono ją w zeszłym roku i z perspektywy obecnych czasów ciężko polubić taką miągwę. I to jest, moim zdaniem, kluczowe. Nie wybrała kraju , ani perspektyw, tylko faceta. Według mnie z obowiązku i strachu, że sprawa się rypnie, zdecydowała się wrócić do gościa, który nie dość, że za niski to jeszcze fatalny w łóżku i prowadzić za darmo rachunkowość dla jego hipotetycznej firmy. Myslę, ze słowa laski w kiblu, że za parę lat będzie się dobijać do lazienki, którą okupuje damski bokser z włosami w uszach, okażą się prorocze, bo dziewuchę ze wsi wygonisz, ale odwrotnie już nie tak łatwo. A moral z tego filmu jest taki, że każdy z kompletem chromosomów XY powinien Bogu dziekować, że żyje teraz, a nie 60 lat temu.

  • Ja przez chwilę myslałam, że w ostatniej scenie samochód potrąci Tony'ego, poważnie ;)

  • A jak dla mnie to był film o zrozumieniu, że pewne rzeczy się nie zmieniają. Ona nie chciała zostawać w Irlandii, ale trochę oczarowało ją "odmienione" miasteczko. Nie było ono jednak tak naprawdę odmienione, tylko ona była inna. Ponieważ zdobyła wykształcenie, znalazła się dla niej praca, której wcześniej nie było, a dzięki zarobionym pieniądzom, radom od "miastowych" koleżanek i miłości zaczęła o siebie dbać, nosić lepsze ciuchy, więc i chłopak się w Irlandii znalazł. Wszystko wydawało się lepsze tylko dlatego, że wyjechała. Gdyby została, byłaby dalej szarą myszką pracującą w sklepie. Jego właścicielka strąciła jej po prostu z nosa różowe okulary i dzięki temu Ellis przypomniała sobie, dlaczego wyjechała i że takie miejsca się nie zmieniają. Wybrała mężczyznę, którego kochała, dzięki któremu (pośrednio) była tym, kim jest i życie, które mogło jej coś zaoferować. Jak dla mnie pozostanie w miasteczku rozważała tylko ze względu na matkę. Gdyby pobrała się z Jimem, byłaby blisko, miała pieniądze... Ale wybrała nowy dom w Stanach. Zresztą, na końcu jasno o tym mówi, radząc tej dziewczynie z promu.

  • Film pokazuje, typowo: serce nie sługa. Mimo wręcz idealnego kandydata w swojej ojczyźnie i tak wybrała tego, którego kochała i nic nie mogła na to poradzić bo tak jej podpowiadało serce. Film, który doskonale przypomina by nie kierować się tylko i wyłącznie racjonalnym i praktycznym myśleniem ale by iść za głosem serca, które nie zawsze wskazuje tą drogę, którą by się oczekiwało i której oczekiwali by inni. Inny morał nie zważać na to co mówią inni o naszym życiu, i jak inni chcieli by ono wygladało. Film dobry.

Zgłoś nadużycie

Opisz, dlaczego uważasz, że ten wpis nie jest zgodny z regulaminem serwisu: