Płonne nadzieje...

Zdawało mi się, że zobaczę dobry film z Malkovichem, a tymczasem zobaczyłam to coś. Z takiego porządnego aktora jak on na prawdę można było wykrzesać więcej. Główny bohater jest obrzydliwie spłycony. Mamy obraz człowieka z zaburzeniami płciowości, którego szare życie urozmaica i niebywale bawi udawanie Kubricka oraz naiwnych debili, którzy nabierają się na jego image. Wszystko jest maksymalnie uproszczone. Film - wydmuszka. Jedynie za grę aktorską należy się jako-taka ocena.

  • No i tu się nie zgodzę. Właśnie rewelacyjna gra Malkovicha spowodowała, że dałem dużo wyższą ocenę niż ten film zasługuje. Genialny popis teatralnego aktorstwa. Poza tym historia ciekawa i zabawna.

  • Cóż… może wypadałoby najpierw, choćby z grubsza, poznać historię prawdziwego Alana Conwaya: obiboka, socjopaty, alkoholika i wypindrzonej cioty, który - mimo całkowitego braku podobieństwa zewnętrznego i wewnętrznego do oryginału - z powodzeniem udawał Stanleya Kubricka, postać wówczas wielbioną (nie tylko) w Wielkiej Brytanii. I jeśli genialny Malkovich tak właśnie zagrał Conwaya, to ja wierzę, że miał ku temu bardzo solidne oparcie w faktach.

Zgłoś nadużycie

Opisz, dlaczego uważasz, że ten wpis nie jest zgodny z regulaminem serwisu: