Pochopne oceny!

Ludzie okazują się strasznie banalni oceniając ten film jako nudny czy monotonny. Każde spojrzenie Cate czy Rooney wyraża więcej niż słowa by mogły-o to w tym chodzi. W naszych czasach ludzie opowiadają o sobie wszystko, dlatego kocham filmy jak ten w których mimika, gesty wyrażają wewnętrzne myśli bohatera a nie jego słowa. Tak samo rewelacyjna praca Todda Haynesa który dopiął wszystko na ostatni guzik.

149
  • Zgadzam się, jest to klasyczny film ze szczątkową fabułą, ale intensywnym "dzianiem się" między bohaterami, pogłębianiem ich portretu psychologicznego. Lubię takie kino, kameralne, bliskie, gdzie więcej gry mową ciała niż słowami. Ale zabrakło mi czegoś niezwykle ważnego w kinie o miłości, w kinie dwojga aktorów, gdzie właściwie cała istota filmu kryje się w uczuciu między dwoma osobami.
    BRAK CHEMII.

    Cate Blanchett jest nieco nieludzka w swojej posągowości, Rooney Mara gra wiecznie zdziwione, wielkookie dziewczątko, poddające się bez głębszej refleksji temu, co jej podpowiada instynkt. Grają naprawdę dobrze, momentami popisowo, momentami coś zgrzyta (modulacja głosu Blanchett a la dama z wyższych sfer wydała mi się sztuczna i przeszarżowana, podobnie jej niezmienna mimika sfinksa; Rooney Mara wypadła nieco mniej teatralnie, ale za to była niemal przezroczysta w swojej nijakości "plain girl"). Wszystko to by miało sens i byłoby do uratowania, gdyby nie bardzo, bardzo widoczny brak chemii między aktorkami.
    Mam wrażenie że między tak ewidentnie odegrane sceny ścigania się spojrzeniami, flirtu wdarła się jakaś pustka i dystans. Widać, że panie są heteroseksualne do szpiku kości, widać, że zagrywają się do utraty tchu i kosztuje je to sporo wysiłku, jeśli nawet nie dyskomfortu. Nie ma w ich bardzo dobrym aktorstwie lekkości, nie ma naturalności. Jest wymuszenie. Cate Blanchett moim zdaniem wypadła tu lepiej niż Rooney Mara, bo w jej dominacji i uwodzicielstwie była jakaś iskra, jakaś większa naturalność i wdzięk pantery. Rooney Mara miałam wrażenie że gra drewnianego klocka o wyłupionych ślepkach, przesuwanego z kąta w kąt, który nie odczuwa zbyt wiele, nie myśli zbyt wiele, tylko jakoś tam reaguje.
    Nie dostrzegłam tu niestety szalonej, pochłaniającej wszystko miłości, nie widziałam sycylijskiego pioruna, nie widziałam namiętności. A to chyba chciano zasugerować.
    Szkoda, trochę zmarnowany potencjał świetnej historii.

    • Moim zdaniem, przykładowo jedna z ostatnich scen w kawiarni broni się sama. Podpowiem jedno - tego filmu nie powinno się oglądać tylko raz.

      • Dla mnie niestety się nie broni, rozumiem że była doniosła i wzruszająca w całej historii, ładnie ją domyka. Ale niestety znów mamy grę Rooney Mara, która chce swoimi niesamowitymi oczami zagrać wszystko (tylko jej nie wychodzi), czyli pokazuje nieruchome, zahipnotyzowane spojrzenie wbite w Carol w ostatniej scenie. Therese to postać zamknięta w sobie, introwertyczna, niewiele mówiąca. Rozumiem to. Tyle że przez przyjętą przez Rooney Mara metodzie grania kilkoma środkami pt. nieruchome spojrzenie, zamglone spojrzenie, spuszczone spojrzenie - niemal bez mimiki i gestu mam wrażenie oglądania manekina bez emocji w scenach, które tych emocji wymagają..
        Rozumiem że to się nie zgadza zupełnie z nominacjami i pochwałami Rooney Mara ;) ale jak w "Carol" wypada aktorsko nieźle, to tych naprawdę mocnych, emocjonalnych, głębokich scen zagrać nie umiała - moim zdaniem, oczywiście.

        • Właściwie jeszcze przedwczoraj moim jedynym skojarzeniem z filmem było Theresa "Sarnie oczy", ale zaciekawilo mnie co ludzie chwalą w tym filmie. I wiecie co? Trafiło mnie. Ten film trzeba obejrzeć z uwagą, ale taka prawdziwa, niekoniecznie czytać bo to kradnie uwagę. Jeśli ktoś nie umie angielskiego, to zrozumie film też. Od wczorajszego seansu w kinie jestem oczarowana, zafascynowana i sama nie wiem jaka. Tam są niuanse, drobne rzeczy, takie totalnie ulotne jeali nie jest się wystarczająco czujnym. A z czasem wkreca się w historię i zostaje niedosyt :)

          • Zgadzam się z BanditCat. Po kolejnym obejrzeniu filmu zwraca się uwagę na wiele więcej niuansów i aktorskiej gry. Ten film wymaga - wbrew pozorom - ogromnej uwagi. Po drugie, reżyser Carol znany jest z tego, że do lat 50-tych ma słabość i stara się je odwzorować w pełni, w każdym wymiarze - nawet sama gra aktorska nieco przypomina tę hollywoodzką z tamtych lat. Dobitnie pokazał to w Far From Heaven. Zatem może to wpłynęło na ocenę Cate jako majestatycznej, a Rooney jako nieruchomej w Carol.

            • Ja z kolei za kameralnym kinem, aż tak nie przepadam bo mnie nudzi. Zdecydowanie warto obejrzeć "Carol" więcej niż raz i najlepiej w kinie, jednak jak ktoś nie nadaje na tej samej fali co ten film (z braku lepszego sformułowania) to chyba też nie ma co się zmuszać. Ale jak się komuś podobał, to ma szansę spodobać się jeszcze bardziej.
              Również myślę, że mają fantastyczną, autentyczna chemię i dla mnie to największy skarb tego filmu. Świetnie się uzupełniają, wyglądają wspaniale, wiarygodnie i przede wszystkim najlepiej razem. Dodać do tego grę z najwyższej półki i to nie pozwalało mi oderwać wzroku od tej nienakręcanej wydarzeniami historii, których tak często potrzebują inne filmy, czy to w postaci idiotycznych kłótni miedzy kochankami, którzy się nienawidzą, ale poczekajcie, bo tak naprawdę kochają, albo tropów w stylu od przyjaźni do miłości, żeby trzymać widza w niepewności i zapchać jakoś dwie godziny, bo bez tego nie byłoby zupełnie nic - tu mogą siedzieć nad filiżanka herbaty, żeby waliło mi serce. Tempo nie jest zawrotne, ale od razu wiadomo co jest grane, przeszkody realne, a nie wydumane, a nić przyjaźni która się zawiązuje to naturalny krok w tej relacji, która dla mnie wynikała nie tylko z samej fascynacji i pożądania (które elektryzuje powietrze, ale jest trzymane w ryzach - bo to nie film o wariatkach i nie wiem czy Carol nie odpuściłaby sobie po wjeździe męża na chatę, gdyby tylko tego szukała), ale też z autentycznej potrzeby bliskości. Bo to co pozwala im się początkowo połączyć jest też przecież przyczyną ich osamotnienia i niedopasowania. W tym nieprzyjaznym świecie, w którym nie można rozmawiać otwarcie, gdzie poruszać się trzeba ostrożnie, niemal chować momentami w ciemnych kątach, by nie ściągać na siebie niepożądanej uwagi, można jedynie próbować się zbliżać do siebie powoli i obserwować reakcje, aż już nie będzie między bohaterkami wolnego miejsca, ani niedomówień i będą mogły wreszcie odetchnąć z ulgą, a my z nimi. Odkąd tylko ich oczy się spotykają nic ich nie zatrzyma, aż do Waterloo, gdzie jakiś obskurny motel wydał mi się przez chwilę najromantyczniejszym miejscem na ziemi, przepiękna scena. I myślę, że Therese nawet jeśli nie potrafi tego nazwać, ani z początku zrozumieć, w odróżnieniu od bardziej doświadczonej Carol, od razu instynktownie chce to chronić (wysyłając w tajemnicy rękawiczki, zbywając pytania chłopaka o to gdzie jedzie) i tak mocno uderza w nią kiedy wszystko psuje pojawienie się męża w domu i nawet czuje się źle bo nie może nic poradzić na problemy kobiety, którą zna tylko parę dni, a już jest ważniejsza niż cokolwiek innego w jej życiu i bliższa sercu niż ktokolwiek jeszcze zanim lądują w łóżku. To takie proste i szczere. Ale może też niestety coraz bardziej echo dawnych czasów? Dzisiaj może patrzymy na wszystko z dużo większym cynizmem. Gdzieś czytałem też, że prawie ze sobą nie rozmawiają a jak już to o niczym - tez się nie zgodzę, mniej lub bardziej świadomie komunikują się cały czas i tym bardziej też warto zwrócić uwagę kiedy się wreszcie odzywają.
              Nie mogę się też zgodzić zupełnie, że Rooney zagrała klocek przesuwany z kąta w kąt. Moim zdaniem to była najlepsza kreacja zeszłego roku, zagrana powściągliwie, szczerze, z wielkim wyczuciem i sercem, kradnąc przy tym moje. Nawet nie oczami, nie ustami, ale ona zdaje się grać całą twarzą bez wykrzywiania jej w jakichś grymasach, naturalnie ją transformując - człowiekowi wydaje się że wręcz może czytać jej w myślach, jak spina się jej twarz na wiadomość o mężu i jak łagodnieją jej rysy kiedy Carol dodaje, że się rozwodzi - wspaniała, konsekwentna, wypływająca z wewnątrz gra. A w ostatniej scenie w jej oczach można się dosłownie iść kąpać, dawno nie widziałem w kinie tak pełnego czułości spojrzenia.
              Rooney Mara już wcześniej wydala mi się bardzo ciekawą aktorką, ale w "Carol" po prostu miażdży. Była nawet lepsza moim zdaniem niż Cate Blanchett (choć, tez jest fantastyczna jako Carol, a mam dosyć niską tolerancję dla przesadnie teatralnej gry, z wyjątkiem chyba kiedy taki jest charakter, a Carol chowa się za tą fasadą, która stopniowo pęka, ale dopiero na końcu zaczyna się walić, a Cate jest lepsza niż kiedykolwiek). Obie więc były świetne moim zdaniem, ale dla mnie to nie zawody, najlepiej wypadły w duecie.
              I właściwie dla mnie to jest chyba film kompletny (nie idealny, też bym się pewnie doszukał jakbym chciał, ale nie chcę :P), w którym każdy element (reżyseria, aktorzy, muzyka, zdjęcia, scenografia, kostiumy - wszystko) tworzy jedną organiczną całość, wspaniale opowiadając mi tę historię. Poza tym ta książka leżała przez tyle lat, przeniesienie jej na ekran w takim trochę old-schoolowym, konwencjonalnym, jakkolwiek to nazwać, ale nadążającym odważnie kiedy trzeba stylu, jest dla mnie w punkt i pełne uroku.
              Czarujący film, prawdziwy klejnot kina LGBT, nie pisze tego z chęci szufladkowania go, po prostu nie można odbierać temu nurtowi, ktory ma tak pod górkę jego własnego triumfu.

              • Jakby ktoś wyjął z głowy część moich myśli... Dzięki! I niech zwieńczeniem tego tematu będzie Twoja wypowiedź: "Zdecydowanie warto obejrzeć "Carol" więcej niż raz i najlepiej w kinie, jednak jak ktoś nie nadaje na tej samej fali co ten film (z braku lepszego sformułowania) to chyba też nie ma co się zmuszać." Ja bym to trochę uzupełniła: to tak jak z piosenkami - jeśli masz dobry gust, nie musisz lubić wszystkich gatunków, ale potrafisz rozpoznać, że piosenka jest dobra (niezależnie od tego, czy pasuje do Twojego gustu, czy nie). Dlatego uważam, że pochopne oceny są po prostu nieobiektywne i krzywdzące. Myślę, że wielkim minusem jest fakt, iż Carol pojawiła się w wielkich kinach sieciowych, do których chodzą wszyscy. Odbiorcy kin studyjnych są nastawieni na trochę inne filmy niż te z wartką akcją, gdzie wszystko najczęściej jest powiedziane wprost, a każda wypowiedź bohaterów zajadana jest garścią popcornu. Choć nie dyskredytuję całkowicie, bynajmniej, tych komercyjnych produkcji, na które z większą lub mniejszą częstotliwością chodzimy wszyscy, by wyłączyć myślenie i zresetować się na chwilę. Po prostu nie można mieszać i wrzucać do jednego worka tych dwóch grup filmów, a mam wrażenie, że w przypadku Carol, niestety, tak się stało. :(

              • Dziękuję za tak pogłębioną analizę psychologiczną bohaterek. Z wielką przyjemnością czytam Twoje posty i to jak punkt po punkcie zbijasz argumenty malkontentów, chociaż wiem, że to kwestia wrażliwości i niektórych po prostu nie da się przekonać. Idealnie dobierasz w słowa to co ja widzę na ekranie,a nawet i więcej.

          • Zgadzam się w zupełności! Film milion razy lepiej ogląda się po angielsku, skupiając uwage jedynie na akcji, a nie na napisach.

    • "BARDZO WIDOCZNY BRAK CHEMII MIĘDZY AKTORKAMI"???
      Wiem, że wyszło długo, ale proszę przeczytajcie.
      Ja nie wyobrażam sobie by ta chemia mogła być jeszcze większa. Mówisz o chemii między Cate i Rooney. Wpisz w Google "Cate i Rooney Cannes", a zobaczysz, że prawie na każdym zdjęciu Cate i Rooney trzymają się za ręce, podobnie na londyńskiej premierze filmu, czy nawet na Oscarach. I za każdym razem witają się ciepłym uściskiem albo całusem. I te oczy Rooney utkwione tylko w Cate... Nie ma nawet jednego wywiadu z Cate i Rooney, w którym nie byłoby "Rooney's gaze at Cate". Cate z resztą nie jest dłużna, bo bardzo wychwala Rooney. Polecam "SBIFF 2016 - Cinema Vanguard - Cate Blanchett Message", gdzie Cate mówi: "So Rooney, dear Rooney, you're one of the sweetest and kindest person I've ever met. ....... BRAVA, BRAVA, missus. I'll see you soon". Za każdym razem jak Cate komplementuje Rooney ona zalewa się rumieńcem. Obejrzyj dowolną konferencję prasową "Carol", a tam usłyszysz ciągle powtarzające się pytanie "How you develop your onsreen chemistry?" Mam przykład: "Carol | Cate Blanchett and Rooney Mara on falling in love at the London Film Festival", pierwsze pytanie dziennikarza: " How did you develop the relationship with Rooney? Wonderful chemistry on screen." Kolejny świetny przykład: "Carol premiere: Cate Blanchett says sex scenes with Rooney Mara 'no problem' tym razem o zaufaniu i podobnych gustach filmowych, podobnej estetyce. Jeszce jeden przykład: "Rooney Mara & Cate Blanchett Interview - Romantic Chemistry", kolejne pytanie dziennikarza o chemię na ekranie, jak Cate zwraca się do Rooney - "sweetheart" - "Rooney Mara & Cate Blanchett Interview - Romantic Chemistry ". Nie jestem w stanie policzyć ile razy Rooney mówiła, że jest ogromną fankę Cate od dnia, w którym widziała ją po raz pierwszy w kinie na "Elizabeth". Obejrzyj jej niesamowity speech, gdy wręczała Cate nagrodę za "Blue Jasmine"(Tam widziały się po raz pierwszy) - "Rooney Mara Gives Cate Blanchett the Outstanding Actor of the Year Award" Przecież to brzmi jak deklaracja miłości, płynąca prosto z serca. W każdym wywiadzie Rooney mówi, że praca z Cate, to spełnienie wszystkich marzeń. "Q&A with Rooney Mara of 'Carol'". W tym wywiadzie wspomina, że Cate jest według niej "flung out of space"!!! Wywiad z oscarów: dziennikarz pyta "Is it easy to fall in love with Cate Blanchett", a Rooney na to z uroczym uśmiechem: "Yes, very, very easy" - "ROONEY MARA INTERVIEW RED CARPET 2016 OSCARS" . Wywiad, w którym Cate mówi: "And I really love Rooney" -"Carol London Film Festival Premiere". Nie ulega wątpliwości, że łączy je szczególna, piękna i niepowtarzalna więź. W wywiadzie o 3 ulubionych scenach Todda Haynesa, reżyser mówi, że jedną z jego ulubionych scen jest chwila, kiedy Carol I Therese całują się po raz drugi, już kiedy wiadomo, że Harge wysłał za nimi detektywa. Todd wytłumaczył, że przy kręceniu tej sceny, kiedy Cate i Rooney zaczęły się całować, bał się im przerwać, bo był tak zauroczony. Już nie wspominając o tym, że scena w hotelu "Waterloo" była kręcona 17 kwietnia, czyli w urodziny Rooney. Podobno Rooney potem powiedziała, że długo tych urodzin nie zapomni. Rooney o scenie miłosnej mówiła w Cannes: "Cate is very soft", wspominała, że czuła się bardzo bezpiecznie, a Cate była na prawdę delikatna. Plus gdy Carol na końcu filmu wysyła do Therese list, prosząc o spotkanie, podaje datę 17 kwietnia - urodziny Rooney. Kolejna ciekawostka: Rooney ma na pierwsze imię Patricia, a córka Cate, którą adoptowała rok po kręceniu "Carol" otrzymała na trzecie imię Patricia. Przypadek? WIDAĆ GOŁYM OKIEM, ŻE MIĘDZY CATE A ROONEY JEST NIEZWYKŁY RODZAJ MIŁOŚĆI

      • Imponująca lista, sama oglądnęłam chyba każdą konferencje, ale czytając twój post lekko przeszły mnie ciarki :P
        Do twojej pokaźnej kolekcji dodałabym jeszcze tylko "boob grab" z ostatnich Film Independent Spirit Awards haha !

        • Dziękuję za Twój komentarz, za te "ciarki", bardzo mi miło. O tak, oczywiście znam "boob grab" z Film Independent Spirit Awards i nawet myślałam żeby o nim napisać, ale mój post stał się tak długi, że ostatecznie zrezygnowałam. Na YouTube jest taki krótki filmik z maja z Cannes jak Cate dotyka piersi Rooney, choć to mogło być przez przypadek. Na Film Independent zdecydowanie nie było przypadku. Cała prezentacja Cate i Rooney jest tam wspaniała, szczególnie końcówka, jak Cate mówi: "It's a complex film with the simpliest truth: LOVE is LOVE" I wtedy Rooney wpatruje się w Cate i się do niej tak szczerze uśmiecha. Ja jeszcze bardzo lubię "Q&A - Cate Blanchett & Rooney Mara - Anyone Ever Controls Their Chemistry" - ten całus Cate na powitanie Rooney, jeszcze z ujęciem jej za szyję. A potem wielki uśmiech Rooney i jej błyszczące oczy. O jeszcze długo mogłabym pisać...

          • Wow, masz naprawdę dużą wiedzę n/t relacji Cate -Mara:)... Co do tej chemii w filmie ( i poza nim;) Cate zapytana o swoje związki z kobietami powiedziała Tak , a potem tłumaczyła "związki Tak , sex -Nie " Myślę że Panie naprawdę pogłębiły swoje relacje poprzez film, bardzo ciepłe relacje ...i tyle. Wystarczy popatrzeć na Cate -bije z niej ciepło i radość osoby szczęśliwej po prostu. Trudno się temu czarowi oprzeć:) Porównując chemię między aktorkami do np. Życia Adeli trzeba wziąć pod uwagę ,że lata 50-te narzucały pewne kanony zachowania, sztywności ,norm ,których bohaterki Carol nie mogły przekroczyć ,bo brzmiałyby fałszywie w tamtych latach. Dzisiaj zachowujemy się zupełnie inaczej, zdecydowanie łatwiej okazywać nasze uczucia i emocje. Wtedy każda zachowywała powiedzmy dużą ostrożność. Czy wyobrażacie przeniesienie Carol i Therese w czasy nam współczesne? Czy ich spotkania, rozmowy wyglądałyby tak samo ?? Dla niektórych granie na półtonach, powściągliwość ,delikatne gesty ,mimika twarzy itp. wystarczająco pobudzają emocje. Innym potrzeba maksymalnego wyrażania emocji np. scena w kawiarni czy rozstania w Życiu Adeli. Rozpiętość jest tak duża... Kążdy jest wrażliwy na swój sposób

      • Kurcze piszesz o tym, rozumiem cały background show, te pokazówki PRowe i podtekstowe komunikaty, ale ja tego totalnie nie widzę na ekranie :( Na pewno między aktorkami jest więź, jest może przyjaźń, bliskość, wsparcie, jakieś mentorskie przewodnictwo Cate Blanchett nad młodszą koleżanką. Ale to tyle.
        Nie widzę na ekranie erotycznego zauroczenia czy miłości. Wiem że to bardzo subiektywne.

        Nie siedzę w kinie "branżowym", więc nie sypnę tytułami, ale chemia między kobietami była przekonująco pokazana w "Życiu Adeli". To był ten ogień, spalanie się, szalone zakochanie się (abstrahuję tu zupełnie od scen łóżkowych, które w tym filmie ocierają się o soft porno, nie o to mi chodzi). Chemia jest w "Orange is the new black", była w "L word" którego widziałam lata temu kilka odcinków, nawet w kampowej "Cheerleaderce" - to jak buchało między Cleą Duvall i Natashą Lyonne tego nawet iskry nie ma w "Carol" (swoją drogą "Cheerleaderka" to tak absurdalna miazga, że do tej pory oglądam z szaloną radością ;)
        Dla mnie chemia między Carol a Theresą to odpowiednik chemii Belli i Edwarda ze "Zmierzchu" ;) Niby ładnie, niby przekonująco, do tego jest odegrana poza filmem cała PR-owa szopka, ale na ekranie wypada niezręcznie. Tyle że Cate Blanchett i Rooney Mara to znakomite aktorki i odegrały "na zimno" swoje emocjonalne role naprawdę dobrze.

        • Tak jak napisałaś - odbieranie tego filmu jest bardzo subiektywne. Niesamowite, że niektórzy ludzie oceniają go na 9, czy 10 punktów, a inni dają 1, 2. Jedni potrafią odczytać wszystkie gesty, spojrzenia, mrugnięcia, z niektórych, z pozoru zwykłych zdań, wysnuć ukryte znaczenie, a inni zaś sądzą cały film to nudy, gra aktorska to drewno, a wszystkie rozmowy są o niczym. Rozumiem, że każdy ma swoją opinię o tym filmie, jedni uważają go za arcydzieło, inni za nieporozumienie. Fascynujące na ile sposobów można go odebrać, jak różną wrażliwość mają ludzie.
          A co do "background show i pokazówek PRowych" - rozumiem, że niektóre filmy stosują takie chwyty, ale "Carol" nie. Cate jest jedną z największych gwiazd na świecie, nie musi urządzać show, żeby jej film się sprzedał. Broni go swoim talentem i osobowością. A Rooney? Jak powiedziała Cate w "SBIFF 2016 - Cinema Vanguard - Cate Blanchett Message" - "Rooney is her own person, her own actress. Rooney just doesn't do lying, she does truth and she does it out of nowhere"

          • Racja racja :) Może wyłazi ze mnie żal, że mnie ten film nie trzepnął tak, jak miałam nadzieje że trzepnie. Uwielbiam kino Haynesa, np "Velvet Goldmine" to film mojego nastolęctwa. "Daleko od nieba" - kocham.

            Ogólnie lubię kino gestu, milczenia, psychologicznego portretu przy małym stopniu "dziania się". Ostatnio "45 lat" z Charlotte Rampling mnie rozwalił w drzazgi, tak był dobry i tak mistrzowsko, subtelnie zagrany - to przykład nawet bardziej skrajny niż "Carol", tzn intymnego, kameralnego kina.

          • Ja jestem jedną z tych osób którym właśnie film się nie podobał. Troszkę śmierdzi kinem "starych panien". Fabuła jest banalna, historia nie jest porywająca, a miłość jest bardzo platoniczna, powierzchowna. Taka właśnie jak ze "Zmierzchu" - postaci tak naprawdę nic nie łączy ale przyciągane są do siebie jakby siłą magnesu. Mi osobiście taki koncept miłości kompletnie nie pasuje i nie jestem w stanie się z tym utożsamić albo w ogóle go zrozumieć. Od pierwszej sceny ich zapoznania się wywracałam oczami jak szalona, bo wydawała mi się wręcz komiczna. To, że aktorki nie przedstawiają praktycznie żadnych emocji przez cały seans nie ułatwia sprawy, do ostatniej chwili były wg mnie jak dwie obce sobie osoby, które stwierdziły, że może jednak skończą razem bo nie mają nic innego do roboty. Nie wiem czy można to nazwać kwestią wrażliwości, raczej do jednych trafia coś innego niż do drugich, dla mnie przedstawianie związku dorosłych ludzi w ten sposób jest po prostu surrealne.

      • Jesteś moim człowiekiem.

      • Imponujący przegląd!

    • Dokładnie to samo pomyślałam. Zgadzam się w 100%.

  • Idealnie powiedziane!

  • Oglądając go miałem poczucie monotonii. Zastanawiałem się dlaczego, bo film jest... dobry.
    Doszedłem do wniosku, że problemem był mój brak identyfikacji z głównymi postaciami.
    Tzn. wydaje mi się, że film odebrałbym lepiej gdyby to była historia o miłości heteroseksualnej.

    To żaden atak z mojej strony - taka po prostu, autodiagnoza.

Zgłoś nadużycie

Opisz, dlaczego uważasz, że ten wpis nie jest zgodny z regulaminem serwisu: