Zakończenie

Cudowne zakończenie... Z jednej strony pozostawia niesamowity, nieporównywalny z niczym innym niedosyt, a z drugiej - mimo braku słów, mówi wszystko... Słowa są bowiem całkiem niepotrzebne, kochające się osoby patrzą na siebie, widzą i wiedzą... I to wystarczy. Po prostu zapiera dech w piersiach. Niesamowity wręcz tercet: Blanchett, Mara i Haynes...

87
  • Umarlam. Umarlam tak wiele razy na tym filmie. Tak piekny film o milosci... Milo jest miec az tak dobry film branzowy.
    Ogolem, to chce mi sie krzyczec, plakac, smiac i wszystko na raz. My little heart wasnt ready for this movie.
    Jestem swiezo po, wiec przepraszam za ten balagan, ale gdzies musialam to wyrzucic.

    • Emocjonalność jest w pełni zrozumiała. Podzielam Twój pogląd - jest to bardzo dobry film branżowy. Subtelny, delikatny, prawdziwy. Podobnie jak użytkowniczka portalu o nicku - afirmacjaa - uważam, że film mógłby trwać trochę dużej, ale tak w istocie, czy coś by to zmieniło? Przecież uczucie niedosytu w żaden sposób by nie zmalało. :) Wspaniały film i wspaniałe zakończenie - mimo licznych przeciwności, realny, a nie bajkowy happy end - i to własnie to jest główną siłą filmu Haynesa.

      • Nikt z moich znajomych jeszcze nie ogladal. Tyle lasek, a tylko ja zdolalam zobaczyc. I tylko pisza 'no spoilers Lex!' jakby to mialo cos zmienic.
        I wlasnie koncowka. Usmiech Carol na koncu gwozdziem do mojej trumny.
        I need more movies like this

        • No dobra koleżanki, to ja dorzucę kilka kamyków i łyżkę dziegciu do tych emocjonalnych "ochów i achów".
          Nie wiem jak u Pań ze znajomością oryginału, ja mam lekturę zaliczoną 2x,a i ekranizację kilkakrotnie. I tak, gdybym miała pisać w emocjach tuż po, to zamknęłabym swoje wrażenia po seansie w słowie "zmieszanie". Ale wzięłam na wstrzymanie,emocje dawno opadły, film poszedł na warsztat ponownie. To lecimy z tymi kamykami i dziegciem.
          Niewątpliwie jest to spektakl dwóch aktorek. Postać kreowana przez Cate, jakkolwiek wielką aktorką jest, dla mnie poszła ciut za daleko. Carol w jej wykonaniu jest zbyt posągowa. Wiem z wywiadów, że Hynes przygotował dla obu aktorek obszerny materiał źródłowy (filmy, dokumenty, muzyka, fotosy) z lat 50tych, żeby mogły jak najmocniej wczuć się w role ale... Jakbym chciała obejrzeć film z lat 50tych to bym obejrzała film z lat 50tych. Jesteśmy jednak 60 lat dalej. Nie jest to zarzut do całego filmu tylko samej kreacji Blanchett. Z jej możliwościami mogła nadać postaci więcej wrażliwości. Dla mnie jest to bardziej kreacja, postać "przegrana" niż krwista osoba. Wiem, że przez większość filmu patrzymy przez pryzmat Teresy i Carol ma być zjawiskowa i niedostępna ale jak dla mnie ta "szyba" jest za gruba.
          Kolejna rzecz, scena w sklepie, kiedy Teresa kupuje płytę dla Carol i obserwują ją dwie butch, Teresa widząc to odwraca wzrok z zakłopotaniem. Nie kojarzę takiej sytuacji z książki i nie za bardzo rozumiem co miała wnieśc do filmu. Jak dla mnie nic nie wnosi,a dokładnie nic nie wnoszą te butch. Może czegoś nie rozumiem. Potem widzimy jedną z tych butch na imprezie u Philla na końcu filmu, Teresa nadal unika jej wzroku, wymieniają kilka zdań i tyle. Ponownie, nic to nie wnosi.
          Dalej, postać Abby, jak dla mnie za mało. Zwłaszcza biorąc pod uwagę scenę przy śniadaniu, w której Teresa z wyrzutem pyta Abby dlaczego jej nienawidzi. Dla widza, który nie czytał książki będzie to mało czytelne. A ta scena ma uzasadnienie, bo jest nawiązaniem do innej, która w ostatecznym montażu nie znalazła się w filmie. Paulson, w jednym z wywiadów, opowiada, że żałuje, że tej sceny zabrakło. Była to scena z Teresą i Abby, w której Abby wypytuje Teresę na tzw. okoliczność (jakie ma intencje etc...). Uważam, że ta scena powinna wejść do filmu. Po pierwsze więcej Abby, po drugie mniej niuansów i niedomówień, które stanowią w tym filmie podstawę ale co za dużo to niezdrowo. Mniej wrażliwych, i spostrzegawczych widzów wyprowadziłaby ze skonfundowania.
          No i scena zbliżenia. Po przeczytaniu recenzji, wysłuchaniu wywiadów i opisów,a potem obejrzeniu, cóż. Jak dla mnie moment dość chaotyczny. Rozumiem, że miała być to kulminacja budowanego wcześniej napięcia i niemożności w wyrażeniu własnych uczuć, które w końcu eksplodują. Natomiast czegoś mi zabrakło i nie chodzi o to że panie miały szczytować czy kamera miała pokazać "więcej". Jednak mając na uwadze, fakt, że napięcie budowane wcześniej pokazane jest tak delikatnie i niemalże niezauważalnie, w samym akcie tej specyficznej delikatności i zmysłowości mi zabrakło. Może to kwestia mojej estetyki, nie upieram się. Natomiast na wielki plus plecy Cate!
          No dobrze posoliłam, to teraz posłodzę. O oczywistościach typu, że muzyka, że zdjęcia, że kostiumy i ogólne oddanie realiów tamtych czasów, pisali inni. Moje plusy i perełki, to postać Harge'a. Chandler odrysował postać zdesperowanego utratą żony męża z ogromną wrażliwością. Widać, że jego Harge kocha i się stara zrozumieć żonę (scena na przesłuchaniu czy przy obiedzie i z Abby). Super chłop to wygrał.
          Mara kontra Blanchett, jakkolwiek jestem nieprzemakalna na Blanchett (neverending adoration), ten pojedynek wygrywa dla mnie Mara. Przyznam, że nie byłam do niej przekonana, i początkowo żałowałam, że Wasikowska wycofała się z projektu. Natomiast teraz stwierdzam, że Mia nie odegrałaby roli Teresy tak jak zrobiła to Rooney. Granie pauzą w jej wykonaniu to majstersztyk. I jeśli nie otrzyma Globa czy Oskara za tę rolę to się mocno obrażę na plastikową Amerykę. W końcu Złota Palma w Cannes powinna dać do myślenia znawcom zza oceanu. A scena-klamra w restauracji między Carol i Teresą jest najbardziej intensywną w całym filmie. Zwłaszcza ujęcie, w którym Carol wstaje od stolika i żegnając się z Teresą i Jackiem kładzie rękę na ramieniu Teresy. W pierwszej scenie filmu widzimy tyko ujęcie z przodu. W drugiej scenie, tej na końcu filmu widzimy scenę pokazaną od tyłu z profilem Teresy. To w jaki sposób Rooney odmalowuje tęsknotę i siłę wciąż pulsującego uczucia jest przeogromna,a trwa zaledwie sekundy. I to jest kolejny atut filmu.
          Pisałam na początku, że świeżo po pierwszym seansie odczułam "zmieszanie". To co uzmysłowił mi ten film to, odkrywanie pokładów dawno zapomnianej wrażliwości. Dawne czasy tak nie pędziły jak obecne, dobrze sobie to uświadomić i przywołać. Niuanse i cisza są dziś deficytowe.
          Także tyle ode mnie, perełek jest w tym filmie mnóstwo, jak choćby cała scena z fortepianem. Nie jest to film łatwy, wymaga skupienia, uwagi, i otwarcia się na niedosłowność. Miejmy nadzieję, że większość widzów znajdzie na tyle wrażliwości i cierpliwości, żeby dać się uwieść dziełu Hayne'sa.
          Moja ocena to mocne 7,5, a w kreacjach 8 dla Blanchett i 9 dla Mary.
          p.s. Nie zgadzam się z zawłaszczaniem tego filmu jak "branżowego", to zdecydowanie za mała szufladka dla tego obrazu.

          • Osobiście jestem po lekturze powieści Highsmith i po obejrzeniu filmu Haynesa. Doskonale zdaję sobie sprawę z różnic i podobieństw, wad i zalet filmu w kontekście adaptacji książki. Nie to jednak jest przedmiotem dyskusji. Każdy ma prawo do własnej oceny, moja jest taka, jaką zaprezentowałam i nie zamierzam się spierać. Odniosę się jednak do wspomnianej w odpowiedzi sceny z dwiema kobietami butch i słów; "Nie kojarzę takiej sytuacji z książki". - Otóż, Highsmith napisała: "Spojrzała na włoskich robotników, opartych przy barze i na dwie dziewczyny w drugim końcu, które zauważyła już wcześniej i które teraz właśnie wychodziły. Przy tej okazji rzuciło się jej w oczy, że obie nosiły spodnie, a jedna z nich miała chłopięcą fryzurę. Teresa odwróciła wzrok; wiedziała, że ich unika, że nie chce być przyłapana na tym, że się na nie gapi." Jak napisałam wcześniej, mam świadomość różnic i podobieństw, nie neguję jednak faktów z powieści, choć przeczytałam ją zaledwie raz, a nie dwa razy. Mimo prawdopodobnie odmiennych poglądów zarówno na film, jak i książkę, życzę wielu pozytywnych wrażeń z obcowania nie tylko z branżowymi dziełami filmowymi i literackimi. :)

          • Kłaniam się wiedzy. Twój post wiele wyjaśnia

          • Ktoś już wcześniej wspomniał o scenie kiedy Therese widzi te dwie lesbijki, że w książce ma ona miejsce w restauracji Palermo; w filmie w sklepie płytowym i to później przenosi się dalej do rozmowy z Richardem - czy słyszał o "takich" ludziach. Myślę, że w sklepie czuje się nieswojo bo po pierwsze od razu wie, a po drugie nie chce być rozpoznana jako "jedna z tych" albo nawet przyznać tego przed samą sobą jeszcze. Therese nie ma styczności z tą podziemną sceną, ani Richard, dla nich jedynym przykładem mogą być tylko tak oczywiste przypadki - kobieta z męską fryzurą, albo zniewieściały mężczyzna - na pierwszy rzut oka dziwaki, ludzie którzy odstają od reszty, "tacy" ludzie jak podkreśla Richard. Ani ona, ani Carol takie nie są i Therese próbuje to sobie poukładać w głowie, ale wychodzi z tego tylko tyle, że Richard nieświadomie mówi jej, że jednak jest homo. Potem ona się na niego wydziera, bo wspaniałomyślnie dał jej szybko inny powód na wyładowanie nerwów i zostawia go na ulicy. (W książce tą rozmowę przeprowadzają puszczając latawiec i wtedy też wyładowuje na nim swoje napięcie).

            Na imprezie to nie jest ta dziewczyna ze sklepu tylko Genevieve. Nie zgadzam się, że nic nie wnosi, wnosi mniej więcej to samo co w książce, choć scena jest tak bardzo okrojona i mogłaby być lepsza pod pewnymi względami, ale tak czy siak robi swoje.

            Myślę, że o poranku kiedy Therese budzi się bez Carol jest w takim nastroju, że pewnie myśli że cały świat jej nienawidzi, a ona jego :P. Wiem o jakiej scenie mówisz, ale mi jej aż tak nie brakowało (choć super by było gdyby jej nie wycieli, albo umieścili na DVD, więcej Sary Paulson to dla mnie zawsze plus). Abby może nie jest wrogo nastawiona, ale dostajemy próbkę - i w hotelowym pokoju i w restauracji, jest chłodno i czuć napięcie między dwiema "byłymi", także nie wydaje mi się żeby coś tu było niezrozumiałe.

            Końcowa rozmowa w restauracji też zwaliła mnie z nóg. I tu chcę powiedzieć, że zupełnie nie zgadzam się że Cate Blanchett "przegrała" swoją rolę. Popatrz na tą scenę, Carol jest odarta zupełnie ze wszystkiego, jeśli to dla kogoś nie jest postać z krwi i kości, to nie wiem. Jedna rzecz, że początkowo w filmie widzimy Carol z perspektywy zauroczenia Therese, a druga to taka że są lata '50 (ludzie inaczej się wtedy nosili i mówili w nieco inny sposób), Carol jest kobietą z klasy wyższej, a do tego siedzi w szafie. W scenach z Abby jest swobodna, z Therese rozluźnia się powoli, otwiera się stopniowo coraz bardziej podczas wyprawy.
            Nie mogą rozmawiać otwarcie od razu, bo to w co się angażują jest w najlepszym wypadku społecznie nieakceptowane, a w najgorszym może być nawet nielegalne (Richard mówi w książce, że Carol popełnia przestępstwo wobec Therese, nie wspominając o konsekwencjach jakie to ze sobą niesie dla Carol i praw do opieki nad córką), więc na szali leży znacznie więcej niż tylko ewentualne odrzucenie. Pierwsza randka w restauracji to właściwie jak spotkanie dwóch tajnych agentów, którzy nawzajem chcą siebie rozpracować, z tym że tylko jeden wie tak naprawdę co jest grane. Carol mierzy ją wzrokiem jakby chciała spytać - czego pani oczekuje od tego spotkania? Therese zdaje się wiedzieć tylko tyle, że Carol jej się podoba i jest szczęśliwa, że może spędzić z nią czas. Resztę rzeczy można swobodnie odczytać jako subtelne sygnały od Therese (czy to nie dziwne, że kobieta odesłała pani rękawiczki?) od Carol (nie interesuje mnie lunch z mężczyzną, rozwodzę się i dobrze mi z tym, czy jesteś wolna? itp.). I jak świetną aktorką Cate Blanchett by nie była, moim zdaniem Carol jest średnią (chociaż często pewnie zmuszona jest odstawiać teatr) i kiedy pyta Therese czy chciałaby ją odwiedzić, mimo że chce brzmieć nonszalancko i być może lekko sugestywnie jednocześnie na jej twarzy widać zdenerwowanie, bo to dosyć odważna propozycja, na którą Therese mogłaby odpowiedzieć "zwariowała pani? w ogóle się nie znamy" albo po prostu "po co?". A Therese mówi wprost "Tak" i jest bardzo uszczęśliwiona. Carol chyba widzi wtedy, że nie ma z jej strony żadnych gierek, że nie do końca pewnie zdaje sobie sprawę co za tym wszystkim idzie, może życie jeszcze nie zabiło w niej tej młodzieńczej szczerości, ani nie nauczyło jej jeszcze wstydzić się zupełnie tego czego wtedy powinno się było wstydzić, dla Carol jest jak istota wyrwana z kosmosu - piszę o tej scenie bo myślę, że dobrze w niej widać, że taka posągowa Carol to nie do końca postać wykreowana przez Cate, tylko raczej postać wykreowana przez postać kreowaną przez Cate.
            Kiedy rozmawiają przez telefon po nieudanej wizycie u Carol jasno widać jak jej zależy, nie ma wtedy nic posągowego w Carol, są łzy w oczach i drżący głos. Więc nie zgadzam się, że brak Carol wrażliwości, ma swoje wady jak każdy człowiek, ale pewnie wrażliwość właśnie i samo życie pchnęły ją do otoczenia się murem i chowania się za tą wyniosłą, onieśmielającą powłoką. Większość czasu trzyma fason, ale są też chwile kiedy już nie może, lub nie musi, albo nie chce, szczególnie coraz bliżej końca - według mnie Cate była świetna, Rooney nie mniej.

            • Jak już ktoś inny w komentarzach słusznie zauważył, ten film jest jak album z pięknymi zdjęciami, do którego z przyjemnością się wraca. Ciekawa i pogłębiona analiza postaci Carol i kreacji Cate, przyjrzę się scenom, o których wspomniałaś mając na uwadze Twoje spostrzeżenia. Też liczę, że wydaniu DVD będą towarzyszyć sceny nie umieszczone ostatecznie w filmie, a może być ich trochę. W jednym z wywiadów Todd wspominał, że scenariusz był jeszcze "dopieszczany" na etapie realizacji filmu. Np. scena Carol z Abby u Carol w domu, kiedy piją herbatę, to de facto pomysł samej Cate, pierwotnie nie było tego w scenariuszu. Pozostaje 3mać kciuki na Oskarach, chociaż obawiam się, że parafrazując Cohenów, to nie jest film i kreacje, pod akademię.

              • Tak samo lubię wracać do książki, po przeczytaniu od razu chciałam przeczytać ją jeszcze raz i wtedy wiele sytuacji wygląda już zupełnie inaczej. Z początku nie wiemy, czy Carol w ogóle jest nią zainteresowana w ten sposób, bo Therese tego nie wie.

                W filmie myślę, że jest widoczna różnica między tym jak Carol zachowuje się w miejscach publicznych - restauracjach, recepcjach hotelowych, na poczcie w porównaniu z tym jaka jest z Abby i później z Therese kiedy siedzą na dachu, kiedy podróżują samochodem, albo są ukryte za drzwiami pokojów. Muszą być ostrożne, na początku też i względem siebie, a Carol wie o tym lepiej niż Therese - to się zaczyna zmieniać kiedy Therese mówi że chciałaby ją spytać o parę rzeczy. Potem nie wracają do tej rozmowy, bo już nie ma potrzeby.

          • Bardzo ładna i mądra recenzja.

          • @DiableAuCorps

            "Niewątpliwie jest to spektakl dwóch aktorek. Postać kreowana przez Cate, jakkolwiek wielką aktorką jest, dla mnie poszła ciut za daleko. Carol w jej wykonaniu jest zbyt posągowa."

            Ten fragment jak i większość treści posta pozwoliła mi wreszcie skumać co gryzło mi się po filmie. ;-) Z dużym zaciekawieniem czytało się tę analizę, dziękuje!

            Stonowana w intensywności uczuć relacja między Carol i Teresą świetnie pasowała do klimatu filmu. Chociaż już po obejrzeniu miałam lekki niedosyt w obserwowaniu jak te wydarzenia przeżywa Carol. To kobieta bardzo silna, gdzieś oddalająca się z tymi targającymi uczuciami poza kadr, mierząca się z przeciwnościami w pojedynkę i to do niej pasuje. Ale momentami wydawała się tak samotna w relacji z Teresą, że brakowało mi przekonania czy ona w ogóle czuje rzeczywistą potrzebę bycia z nią. Jakby jakieś ścieżki w pogłębianiu tego co między nimi zostały z tego powodu ucięte, bo zabrakło w tym równowagi. Dwa różne charaktery, ale oba świetnie nadające się do pokazywania przeżywania miłości. Szkoda, że wyszło trochę w dwóch różnych światach...

            • Po pierwszym seansie miałam podobnie, stąd moje uwagi. Jednak jest to film, do którego warto wrócić i to nie raz. Z każdym seansem odkrywa się kolejną warstwę. Postać Carol kreowana jest przez Cate bardzo konsekwentnie. Posągowość, o której pisałam wynika z czasów w jakich żyła bohaterka, i ze sfer z jakich pochodziła. Cała ta fasada zaczyna pękać od momentu sceny między Abby i Carol przy herbacie w domu Carol. A scena-klamra w restauracji dobitnie to pokazuje. Wypowiedzenie: "That's it then" przez Carol jest kapitulacją totalną. Pisał bardzo ciekawie o tym kontuzjowany_poeta w swoich postach. Także polecam kolejne odsłony filmu, no i koniecznie książkę.

          • Nie wydaje mi sie aby Cate byla zbyt posagowa..raczej zagubiona I wyalienowana .Rooney tez dobrze zagrala ..co do plecow Cate zgodze sie swietne..Ale moge byc stronniczy bo uwielbiam Cate w kazdej roli I wogule uwazam ze jest nieziemska..Pozdrawiam

    • Jeśli można wiedzieć, gdzie obejrzałaś film? Chciałabym go już zobaczyć ale nie wiem gdzie :D

    • Ja też umarłem na tym filmie wiele razy... z nudów.

  • W momencie kiedy siedziały w restauracji i Blanchett powiedziała po dłuższej ciszy "I love you"... umarłam. Tak to zaakcentowała, i prawdziwie powiedziała. Cały film mi zapierał dech w piersiach. Mogłabym obejrzeć bez namysłu w kinie drugą część dla samych tych spojrzeń aktorek.

    • Mimo iz jestem swiadoma, ze nie robia drugich czesci do takich filmow, to bede czekac. Uwielbiam tez te chemie, ktora obecnie jest miedzy Rooney i Cate. Nawet po filmie ciagnie je ku sobie

    • Na drugą część prawdopodobnie nie ma szans, ale jak najbardziej byłabym zainteresowana tak zwaną wersją reżyserską, choćby i miała trwać parę godzin. :)

    • Jak dla mnie są trzy sceny/momenty, które idealnie definiują i pokazują delikatność i piękno tego filmu, jak i wkład samego Todda (chwała Boże, że to on został wybrany do nakręcenia tej, powiedzmy szczerze, niełatwej książki)i które najbardziej mnie poruszyły swoją prostotą :
      1) Scena kiedy Carol z Therese wjeżdżają do tunelu, gdzie możemy usłyszeć tylko soundtrack Cartera i wmieszane w to "You belong to me". Do tego jeszcze kamera ukazująca świat i Carol jaką widzi Therese- magia!! (scena również świetnie napisana w książce)
      2) Moment w pociągu- jako że jestem wielką, wielką fanką Rooney, zdaję sobie sprawę, że czasami kiedy o niej rozmawiam mogę być bardzo nieobiektywna, ale jestem przekonana, że każdy widząc scenę kiedy zaczyna płakać, pomyśli sobie "Wow, she's really good!". To co ona wyprawia w momentach kiedy nie ma dialogu, kiedy może zagrać emocjami i sama twarzą- poezja w ruchu!
      3) Scena, która doprowadziła do małego ścisku w moim serduszku, chociaż się tego nie spodziewałam, to rozmowa przez telefon po sytuacji z Hargem. Sam dialog jest ok, ale kiedy Cate wypala z "Ask me things. Please"- wow. Miałam ciarki. Kocham Cate od dawna, ale chyba dopiero teraz rozwaliła mnie kompletnie na łoptaki i to własnie tym jednym zdaniem. Sposób w jaki go wypowiada i jeszcze paląc przy tym papierosa... brak słów tylko chapeau bas !

      Nie sądziłam, że film mnie tak mocno poruszy, wierzyłam w Todda i w duet na który długo czekałam, ale film przerósł moje najśmielsze oczekiwania!

  • Dawno żaden film mnie tak nie poruszył. Coś wspaniałego - rozpocząć nowy rok z taką dawką emocji.
    Dla miłośników szybkiej akcji oraz rozwiązań podanych widzowi na tacy, no cóż, ten film będzie chyba torturą. Myślę, że stuprocentowi heterzycy też mogą nie dostrzec tych wszystkich zachwycających niuansów.
    Cate w roli Carol jest niezwykła. Zmysłowa, kobieca, stanowcza. Sposób, w jaki się wyraża po prostu wbił mnie w fotel. (Drogi Święty Mikołaju, proszę, jeśli możesz, podrzuć mi następnym razem taką Cate. Zaopiekuję się, prezentem nie wzgardzę. Na wyłączność, byłoby najlepiej! ;-) )
    Mimo że w filmie większość zdarzeń i emocji poruszają się "po powierzchni", to do mnie dotarły gdzieś głęboko. Oglądałam zahipnotyzowana i przeżywałam wszystko, niczym mały brzdąc. ;-)

  • Film jest wyjątkowy, co do tego nie ma żadnych wątpliwości. Choć zdecydowanie bardziej wolę go oglądać z podziałem na poszczególne sceny, ponieważ fabularnie, gdybym nie czytała książki - czegoś by mi zabrakło.

    Mam natomiast pytanie o samą scenę zbliżenia. Obie aktorki wręcz podręcznikowo odegrały udawane pocałunki - całują się jak nie po nosie, to po brodach. Nie wspomnę, że przez 3/4 sceny widać tylko włosy Carol. Moje pytanie: czy cel był zamierzony, tzn. czy w tamtych czasach ludzie tak sztucznie okazywali sobie uczucia, czy może z pewnych względów, element ten jest niedopracowany? Mam nadzieję, że nie jest to tylko moje "widzimisię".

    • Obawiam się, że na to pytanie mógłby odpowiedzieć tylko Todd Haynes. :) Nie mam pojęcia, jaka jest prawda, ale mnie - jak to ładnie nazwałaś - podręcznikowe pocałunki wcale nie przeszkadzają. Może właśnie o to chodzi w tym filmie, by wszystko nie było powiedziane i pokazane expressis verbis. Wiele dialogów, spojrzeń, gestów, dotyków i wreszcie... pocałunków dzieje się poza nami. Haynes sprawił, że my jako widzowie doskonale wszystko wiemy, ale nie podglądamy, nie przekraczamy granicy, za którą dzieją się rzeczy przeznaczone tylko i wyłącznie dla dwóch kochających się kobiet. Niedopowiedziany jest cały film, łącznie z zakończeniem. Historia urywa się dokładnie w takim momencie, w którym każdy oczekiwałby rzucania się bohaterek w swoje ramiona, wyznań i płomiennych pocałunków. Tego wszystkiego nie ma, ale tylko na ekranie... Jest za to w historii miłosnej Carol i Therese - a my wcale nie musimy tego oglądać. Wystarczy, że wiemy, że koniec to długo wyczekiwany happy end. I jeszcze na koniec, moje subiektywne zdanie - czasem lepiej pokazać mniej i uruchomić wyobraźnię, niż pokazać zbyt wiele i skutecznie zniechęcić. Myślę, że film Haynesa na podręcznikowych pocałunkach nic nie stracił, a jeśli ktoś chce oglądać coś więcej, zawsze można sięgnąć po inną produkcję. :) Pozdrawiam.

      • W myśl zasady, że czasem lepiej pokazać mniej i uruchomić wyobraźnię, niż pokazać zbyt wiele i skutecznie zniechęcić - poproszę aby scena zbliżenia zakończyła się w momencie, w którym Carol rozwiązuje swój szlafrok. Te pocałunki nie dzieją się tak jak napisałaś - poza nami, my je niestety widzimy. Nie chcę być źle zrozumiana. Nie oczekuję od tej sceny porno dla nieletnich. Moim zdaniem została ona odegrana sztucznie i w przeciwieństwie do Ciebie, mnie to nie zadowala. Na szczęście jest książka:

        "Teresa miała nadzieję, że ona nie zaśnie. Ale kiedy poczuła, jak ręka Carol ześlizguje się po jej ramionach, wiedziała, że usnęła. Zmierzchało. Palce Carol wczepiły się w jej włosy, Carol całowała ją w usta i pożądanie wezbrało w niej, tak, jakby chwila, kiedy Carol wczoraj wieczorem położyła rękę na jej szyi, trwała dalej. Kocham cię, chciała znowu powiedzieć Teresa, lecz musujące podniecenie wymazało słowa i rozeszło się falami od warg Carol po jej karku, ramionach i nagle ogarnęło ją całą. Objęła Carol mocno, czując tylko ją i nic więcej. Ręka Carol, wędrująca po jej biodrach, włosy Carol, pieszczące jej nagie piersi, i nagle wydało się jej, jakby jej ciało rozpłynęło się w koncentrycznych kręgach, które rozchodziły się coraz szerzej, dalej niż mogła to objąć myśl".

        "Kiedy tego wieczoru, pochylone nad mapą, omawiały jutrzejszą trasę tak rzeczowo, jak dwoje obcych sobie ludzi, Teresa pomyślała, że ta noc z całą pewnością nie będzie już taka jak poprzednie. Lecz jednak później w łóżku, gdy całowały się na dobranoc, Teresa poczuła, jak nagle się odprężyły, czuła, jak się w nich coś gwałtownie poruszyło, tak jakby ich ciała zrobione były z substancji, które natychmiast, gdy tylko się dotkną, wytwarzają
        pożądanie".

Zgłoś nadużycie

Opisz, dlaczego uważasz, że ten wpis nie jest zgodny z regulaminem serwisu:
o