Drażni i zachwyca...

Na początek pierwsza uwaga: nie jestem fanem musicali i nigdy nie potrafiłem pojąć co jest w nich zachwycającego. Po drugie nie znam się, i nie wiem nic na temat Cole'a Portera, jego życia, jego muzyki. "De-Lovely" to właściwie moje pierwsze zetknięcie się z tą postacią, a zdobytą w ten sposób wiedzę trudno uznać za jakąś wielką - film wybitnie "idzie na skróty".
Oglądając De-Lovely miałem przeplatające się uczucia rozdrażnienia i zachwytu. To pierwsze związane było rzecz oczywista z zastosowaną formułą opowieści - musical. To drugie ze swego rodzaju fascynacją jaka powstawała w miarę rozwoju wypadków. Trudno bowiem nie wciągnąć się w tak pogmatwaną i pełną zaskakujących zdarzeń historię życia. Do tego - tu muszę się przyznać - spodobały mi się aranżację i wykonania niektórych z Porterowych piosenek. A w większości są to ładne i bardzo chwytliwe melodie, które nadal brzmią całkiem, całkiem... mimo upływu tak wielu lat od ich skomponowania.
Jednak film obejrzałem przede wszystkim z jednego powodu - Ashley Judd. Uwielbiam ją, jej role, postacie i uważam że jest jedną z najciekawszych amerykańskich aktorek (dodajmy do tego o niebanalnej urodzie!), która niestety nie została jeszcze należycie doceniona. A szkoda, bo chociażby w tym filmie potwierdza się jej olbrzymi talent i moim zdaniem "jej" Linda Porter jest chyba najjaskrawszą postacią tej opowieści.
Dla samej Ashley wystawiłbym 8, lecz niestety film całościowo wypada na jakieś 6 z małym plusem. Mimo fantastycznej oprawy muzycznej szwankuje trochę tzw. strona biograficzna. Mało rzetelnych informacji, skakanie po łepkach, skrótowe potraktowanie wspólnych 30 lat życia, plus to dziwne "ostateczne rozliczenie się", wprowadzają sporo chaosu do całej opowieści. Uważam że był potencjał na naprawdę ciekawy film, lecz ostatecznie został on roztrwoniony...

  • Zgadzam się. Piękny wizualnie i muzycznie, aktorzy też świetni (szczególnie Ashley), ale scenariusz jakoś szwankuje, historia nie wydaje się tak interesująca, jak mogłaby być. Być może z powodu "odrealnienia" postaci, bo Porter i jego żona są pokazani jak rodzaj półbogów lub postaci z baśni. Do tego jeszcze dochodzi niepotrzebna koncentracja na orientacji seksualnej Portera (pokazana fałszywie jednostronnie). Mimo tych wad film jest na tyle udany, że 8/10.

  • Zgadzam się. Ja co prawda lubię musicale, ale ten jest niestety przynudnawy. Nie powala na kolana. Dodam tylko, że nie tylko dla samej Ashley Judd warto obejrzeć, rownież Kevin Kline rewelacyjny, no i niezła nastrojowa muzyka.

Zgłoś nadużycie

Opisz, dlaczego uważasz, że ten wpis nie jest zgodny z regulaminem serwisu: