Skrupulatne sumienie Franciszka?

użytkownik usunięty

Czy nie uważacie, że Franciszek doszukiwał się grzechu we wszystkim? To ponoć samo w sobie także jest grzechem. Scena z początku: Franciszek uważa, że wywyższył się ponad swoich braci i każe jednemu z nich, aby stanął na jego klatce piersiowej i szyi. Wyglądało to nieco na karę na pokaz: patrzcie, jaki jestem święty!

Jesteśmy tylko ułomnymi istotami i ciężko, żebyśmy karali siebie samych za każde głupstewko, zwłaszcza urojone. Ponadto niezbyt podobał mi się światopogląd braciszków. Jeśli ktoś daje im dary na drogę, a nagle zlatuje się hołota i zabiera te dary braciszkom, to gdzie tu sens? Rozumiem: oddawać potrzebującym. Oni jednak oddawali proszącym, a między proszącym a potrzebującym czasem nie ma nic wspólnego. No i jeśli oddaje się wszystko, to potem samemu trzeba chodzić i żebrać. A więc nic się nie zmienia! Nadal jest jakiś biedny, wprawdzie z wyboru, ale jednak.

Scena ze świnią - nieco żenująca. Franciszkanin, który ucina żywej (!) świni nogę, bo ktoś inny chcę ją zjeść. No ludzie - toż to sadyzm w czystej postaci i zaprzeczenie samej idei franciszkanizmu.

Film mimo wszystko podobał mi się. Kilka luźno powiązanych ze sobą scenek może specjalnie wybitnymi nie było, ale oglądało się przyjemnie. Kiedyś jeszcze sprawdzę "Franciszka" z 1989 roku.

  • Nie, nie sądzę, by doszukiwał się grzechu we wszystkim. Jest może surowy wobec siebie (w końcu każdy zna samego siebie najlepiej i wyłącznie za własne postępowanie odpowiada), ale już wobec innych nie, dostrzega przede wszystkim ich dobre intencje. Wspomnianą scenę z karą wyznaczoną samemu sobie interpretuję inaczej: nie chodziło mu tylko o poniżenie samego siebie, ale i pokazanie braciom, by traktowali go jak równego sobie, nie jako lidera czy ideał do naśladowania.

    Jak odróżnić potrzebujących od "tylko" proszących"? :-)

    Scena ze świnią i mnie z początku nie dawała spokoju, raziła. Trzeba jednak zwrócić uwagę, że zakonnik dokonujący tego czynu to człowiek prosty, później zresztą otrzymuje za ten postępek karę. Może scena ma pokazać, że człowiek jest zawsze ważniejszy od zwierzęcia?

  • Podepnę się trochę pod wypowiedź, bo mam podobny pogląd na film. A zasadniczo jeszcze bardziej krytyczny i wątpiący w konsekwencje Rosselliniego. Być może wszystkie moje/nasze zarzuty wynikają z faktu, iż to adaptacja literatury XIII wiecznej, a Ugolino uznawany za autora większości tych przypowieści nie miał warsztatu współczesnych pisarzy i zarzucanie mu nieskładności wydaje się nietaktowne. Zwłaszcza, że twórców mogło być więcej.

    Pomimo wszystko uważam, że Rossellini nakręcił coś co dziś nazwalibyśmy czarną komedią. Franciszkanie są tu beztroscy, mili, uczynni, a przy tym niebywale bezmyślni. Przez swoje postępowanie jawią mi się jako nieświadomi swych czynów niszczyciele.

    Nie wiem czy im wyszła zupa w tym wielkim garze, lecz najpewniej zmarnowali zwyczajnie olbrzymią ilość warzyw. Nie do końca widzę logikę w oddawaniu biednym swych ubrań by samemu zamarznąć. Jeszcze mniej rozsądne jest przyjmowanie jałmużny, by później oddać ją komu popadnie. A już okaleczanie świni to nie tylko sadyzm, ale również okradanie uczciwego wieśniaka z jego dobytku, który wieprz stanowił.

    Albo Rossellini nakręcił antyklerykalne dzieło o głupocie franciszkanów, albo wierną adaptację oryginalnych przypowieści, zupełnie ignorując czy są sensowne, czy też nie. Na ogół zwykło się ten film nazywać pięknym kinem o miłości do Boga. Ja tu niczego takiego nie widzę. Jedyna scena, która autentycznie poruszam, to ta z trędowatym. Resztę ratuje w moich oczach tylko strona formalna.

    • Przecież to nieco przygłupi Jałowiec i wiejski starzec opacznie rozumieli nauki Franciszka. To Jałowiec wpadł na pomysł ucięcia nogi bratu świni za co dostał naganę od reszty braci i miał poprosić o karę, aby zadośćuczynić wieśniakowi, Niestety nie zrozumiał co zrobił źle, był przekonany że podobnie jak oni dzielą się wszystkim co mają, wieprz też z chęcią oddał by choremu swoją nogę.
      On także wpadł na pomysł ugotowania zupy na 15 dni bez konsultacji z resztą, po to aby móc nauczać wraz z współbraćmi. Kiedy zobaczył to Franciszek z litości nad jego małym rozumem pozwolił mu na nauczanie, a że się zmarnowało to trudno, przecież się już tego nie odzyska, dostał też karę przez którą ośmieszał się przed nauczanymi przez niego ludźmi, o czym sam nie wiedział xD
      To rozdawanie obrazowało przesadną dobroć franciszkanów, którzy nie potrafili odmówić proszącej osobie. W każdym widzieli Boga i byli przekonani o jego dobrych intencjach(patrz początkowa scena zajęcia ich budynku przez człowieka z osłem).

    • "Franciszkanie są tu beztroscy, mili, uczynni, a przy tym niebywale bezmyślni. Przez swoje postępowanie jawią mi się jako nieświadomi swych czynów niszczyciele"
      To byli towarzysze Franciszka, który był prekursorem idei franciszkanizmu. Nie wiem więc czy można ich tytułować mianem franciszkanów. W dodatku to przede wszystkim dwójka - Jałowiec i podstarzały Jan, który dopiero co do dołączył do grupy byli odpowiedzialni za wszelkie idiotyczne czyny.
      Film Rosselliniego odbieram przede wszystkim jako ciekawą próbę prezentacji świętego z okresu średniowiecza w oparciu o zbiory opowiadań o Franciszku i jego "braci". Gdyby fabuła skupiła się głównie na tytułowym bohaterze film byłby bardziej poważny ale straciłby swoją energię i optymizm. A tak otrzymałem oryginalny i radosny film .. no właśnie jaki? Chyba najbardziej historyczny z elementami groteski.

      • Jak wspominam, sam Franciszek dość łagodnie karcił swych podopiecznych jak już to robił, a czasami przyzwalał na takie wybryki. Do tego wyżej przytoczony motyw z ogniem: czyli w świetle tego filmu tytułowy bohater też miał momenty gdy zachowywał się niezbyt bystrze. A jałmużnę to już rozdali wszyscy, więc może i Jałowiec wspiął się na szczyt głupoty, ale każdy z bohaterów jakoś się tam "wariował". Tak nieodpowiedzialni ludzie to coś niebezpiecznego: przenocujesz ich to ci skopcą chatę, dasz drobne na jedzenie to przetrwonią, każesz popilnować psa to zastaniesz go ze złamaną łapą :D Bałem się głównych bohaterów, widząc jak destrukcyjna potrafi być głupota... To na pewno nie był dla mnie optymistyczny seans ;)

        • Odbierałem naszych bohaterów ze sporym dystansem, jako lekko nierzeczywistych, cały czas wydawało mi się, że Rossellini specjalnie wlewał groteskę do scen aby z przejaskrawieniem ukazać ich poczynania. Franciszek to oaza spokoju więc kary w jego wykonaniu wydają się zbyt mało ostre, a ogień jest jego bratem więc nic złego mu zrobić nie może:) Każdy z panów był lekkim wariatem, ale w pozytywnym sensie, taka wesoła grupka która chce szerzyć dobro na świecie. Myślę, że tak naprawdę niebezpiecznym gościem był tylko Jałowiec, ale jak to zwykle bywa - czarna owca znajdzie się wszędzie. Jestem katolikiem i ta wizja artystyczna Rosselliniego bardzo mi się spodobała, przez świat z Bogiem i na wesoło :)

Zgłoś nadużycie

Opisz, dlaczego uważasz, że ten wpis nie jest zgodny z regulaminem serwisu:
o