"Cierpienia młodego Wertera" w wersji feministycznej

Ci z nas, którzy są już po szkole średniej zapewne pamiętają mordęgę jaką stanowiło przebrnięcie przez krótki, ale jakże jękliwy twór Goethego o wdzięcznym tytule "Cierpienia młodego Wertera". Powieść ta zdaje się być inspiracją dla filmu "Godziny" - z obu utworów dowiadujemy się bowiem niewiele więcej oprócz tego, że "wszystko marność" a weltschmerz zżera postacie od środka popychając je ku samobójstwu w wersji romantycznej. "Godziny" całe jednak przesiąknięte są manierą romantyczną. Główne bohaterki to niezrozumiane indywidualistki, wewnętrznie zbuntowane przeciwko otaczającemu je światu, cierpiące dodatkowo z powodu niespełnionych uczuć. Twórcy "Godzin" potraktowali swój twór ŚMIERTELNIE poważnie i dlatego postanowili zamordować film ogromną ilością patosu. W skutek tego biedny widz jest zmuszony słuchać o tym jak bohaterki w codziennych rozmowach podejmuje tematykę egzystencjalną, wyrażając się w sposób w jaki zwykli ludzie NIGDY nie mówią. Nawet zwykłe robienie tortu staje się czynności wzniosłą, której akompaniuje dramatyczna muzyka, która notabene jest obecna przez prawie cały film a biorąc pod uwagę fakt, że jest to jeden motyw muzyczną powtarzalny stale i stale (ewentualnie w różnej oprawie) to po godzinie stałam się prawie tak samo zdesperowana jak i główne bohaterki - może był to zabieg celowy :p

Jeśli chodzi o same bohaterki, czyli o trzon filmu, to jest to największe rozczarowanie. Wiemy o tym, że cierpią, dwie z nich mają skłonności samobójcze ale dlaczego właściwie? Dla przykładu : Laura żyje w latach 50 - o tych i jest gospodynią domową. Ma ładny dom, może i niezbyt przystojnego ale za to bardzo miłego męża, uroczego synka, niestety jest nieszczęśliwa. Niektórzy twierdzą, że powodem jej cierpień jest wyparty homoseksualizm czego dowodem miałby być krótki, delikatny pocałunek w usta, jakim uraczyła swą równie nieszczęśliwą sąsiadkę. Biorąc pod uwagę to, że pozostałe dwie bohaterki również mają homoseksualne doświadczenia ma to wyjaśniać całą sytuację. Niestety, tak to nie działa. Laura to postać o której nie wiemy absolutnie nic, jest definiowana przez swój ból niewiadomego pochodzenia przez co widz nie jest w stanie się z nią utożsamiać, czy jej współczuć. Wręcz przeciwnie - wszystko co ona robi zdaje się bezsensowne, karygodne i pretensjonalne. W pewnym momencie stwierdza bowiem, że "tak dłużej być nie może" i postanawia się zabić. W tym celu podczas pobytu męża w pracy podrzuca syna sąsiadce by samej wynająć pokój w luksusowym apartamencie i doczytawszy powieść "Pani Dalloway" dokonać wraz swego bolesnego żywota. Wow.

Film sam w sobie, jak zauważył krytyk Richard Schickel, rozmiłowany jest w przedstawieniu kobiet jako ofiar. Zjawisko to swoją drogą bardzo ostatnio modne i popierane przez ruch pseudofeministyczny. Film miałby zapewne inny wydźwięk, gdyby głównymi bohaterami byli mężczyźni. Laura w wersji męskiej spotkałaby się z wielką nienawiścią, jako kryptogej, który najpierw robi kobiecie parkę dzieci a potem ucieka w nieznane - ucieka od ODPOWIEDZIALNOŚCI. Słówko ostatnio z kolei niemodne.

Smutne jest to, że "Godziny" miały potencjał i to wielki. Gdyby twórcy pokusili się o zrobienie z niego niedoprawionego zbędnym patosem, subtelnego dramatu psychologicznego byłoby arcydzieło. Każda z tych historii bowiem byłaby fascynująca gdyby rzeczywiście twórcy skupili się na samych historiach a nie na sztucznym upiększaniu film.

7
  • Czy ja wiem?Akurat ''Cierpienia...'' były jedną z moich ulubionych lektur.Zawsze lubiłam cierpiących z miłości młodzieńców ze słonnościami do samobójstw ; /

  • Zgadzam się z Elliną. Wszyscy zachwycają się tym filmem a ja zupełnie nie złapałam klimatu. Nie rozumiem dlaczego zarówno filmowcy jak i tzw. "elita" uparła się na przedstawianie kobiet jako wiecznie nieszczęśliwych przywiązanych na siłę do domu, męża i codziennych obowiązków nieszczęśnic. Ideologicznie się nie zgadzam. Co do gry aktorskiej to nie podobała mi się Moore. Streep, Kidman i Harris dla mnie ok.

  • Hm... Filmu jeszcze nie widziałam, ale za ok. 2 godziny będę już po seansie i wtedy znowu się wypowiem. Na ten moment jednak mogę powiedzieć, że czytałam księżkę i:
    a) tam Laura nie zabija się po lekturze "Pani Dalloway''. Ucieka natomiast bodajże do Kanady od swojego męża i synka. Ma skłonności samobójcze, ale do niczego nie dochodzi.
    b)Powodem depresji Laury jest to, że (przynajmniej tak mi się wydaje, mogę być w błędzie, z resztą książkę czytałam już jakiś czas temu, w kwietniu) nie kocha swojego męża, jest przygnębiona monotonią itd. itp, homoseksualizm zdawał się nie mieć nic do tego.

  • Mam zgoła odmienną opinię. To film właśnie o tym, że "kobieta już nie może" ... i tak się zdarza ... a i czasem ludzie naprawdę miewają egzystencjalne tematy ... wierz, że więcej prawdy w tym filmie niż Ci się wydaje ...
    poza tym to nie ma wywoływać dyskusji ideologicznej ... i oczywiście nie wszystkie kobiety czują niechęć do bycia panią domu, ale faktem jest, że są kobiety, które nie chcą żyć w ten sposób i to jest właśnie o nich film.

  • Ewidentnie nie przedarłaś się przez warstwę obrazu i nie odczytałaś tego, co za tym filmem się kryje. Bowiem traktuje on o szeroko pojmowanej wolności. Wolności odebranej przez chorobę/lekarzy (czego konsekwencją jest brak/próba odbioru wyboru), przez narzucony system społeczny i wreszcie przez upływający czas. Na dodatek film nie tyle jest pełen patosu co niezwykle symboliczny.
    Zgadzam się co do nadmiernego epatowania homoseksualizmem.

  • nie zgadzam się...
    chyba najłatwiej identyfikować się z Laurą
    oczywiście nam kobietom
    tę postać rozumiałam od razu :)

    film smutny
    jak życie
    ilu z nas ma w ogóle możliwość wybrania szczęścia? :) zwykle wybieramy między mniejszym lub większym złem :) (tu ukłon w Twoją stronę Marcin :))
    Clarissa była farciarą, że w ogóle było jej dane poznać to uczucie (choć wyboru nie kiała) może dlatego jej było łatwiej trwać... reszta bohaterek chyba nawet nie wiedziała
    znały tylko uczucie bycia nieszczęśliwą i to właśnie one się buntowały, dlatego nie widzę w nich ofiar

  • Ja za każdym razem gdy oglądam ten film odkrywam w nim coś nowego, dlatego go tak uwielbiam. Myślę, że nigdy do końca nie zrozumiem całego filmu, ale zupełnie mi to nie przeszkadza, wręcz przeciwnie. W jednym z komentarzy ktoś napisał coś w stylu, co mi po filmie w którym nie wszystko jest jasne już po obejrzeniu za pierwszym razem? Ja nie wyobrażam sobie żeby ten film, o takiej tematyce był tak oczywisty, że można byłoby go od razu pojąć.
    Dla mnie jest to m.in. film o wolności, indywidualności, miłości, tęsknocie wewnętrznej (niekoniecznie za kimś), która męczy, o walce wewnętrznej, o śmierci.
    Czasem jest tak, że rezygnujemy z pójścia za głosem serca, za wewnętrzną tęsknotą, bo mamy rodzinę. Nie robimy czegoś, co by nas uszczęśliwiło bo skrzywdzilibyśmy tym bliskich lub zostałoby to źle przyjęte w otoczeniu, niemoralne, wręcz potępione (szczególnie w przypadku kobiet, które zostawiają dzieci). Bardzo lubię oglądać ten film właśnie pod kątem bliskich głównych bohaterek. W jaki sposób np. wewnętrzne walki (dla innych choroba) Virginii odbijały się na jej mężu i podobnie w przypadku Laury i jej syna czy Clarissy i Sally (choć w tym ostatnim przypadku mniej to widać). Tak naprawdę główne bohaterki są całym światem dla swoich najbliższych i mimo, że ich bliscy też bardzo cierpią to są w stanie wiele dla nich poświęcić. Mąż Virginii zabiera ją w spokojniejsze miejsce, otwiera dla niej drukarnię (o ile dobrze pamiętam), a kiedy Virginia stwierdza, że to w Londynie byłaby szczęśliwa to mąż w końcu ulega i zgadza się na wyprowadzkę. Byle ją zatrzymać i uszczęśliwić. Bohaterki również kochają swoich bliskich, ale z drugiej strony poświęcenie dla nich swojego indywidualizmu, wewnętrznego wołania, wartości męczy je strasznie. Jednak koniec końców to nie wystarcza - bohaterki wybierają życie, idą za głosem serca. Virginia popełnia samobójstwo, a Laura opuszcza rodzinę - wybrały życie (Virginia wbrew pozorom też),a nie śmierć. Wybrały wolność i szczęście, wbrew obowiązkom związanym z rodziną. Nie do końca potrafię rozgryźć w tym wypadku wątku Clarissy, ale mam wrażenie, że dopiero na końcu, po rozmowie z Laurą czuje szczęście i widać to na jej twarzy. To Laura jej uzmysławia, że jeśli porzucimy to co nas męczy, nieważne jakim kosztem - będziemy szczęśliwi. Myślę, że Clarissę męczyła przeszłość związana z Richardem, jego choroba. Rozmowa z Laurą uświadomiła jej, że śmierć Richarda może być dla niej wyzwoleniem. Ktoś musi umrzeć, żeby ktoś inny bardziej docenił życie.
    Z drugiej strony w przypadku Clarissy i Richarda to Richard czasem bardziej mi pasuje na trzeciego głównego bohatera. To on stwierdza, że czasem wydaje mu się, że pozostaje przy życiu tylko po to by zadowolić Clarissę. I wybiera jednak wolność, czyli śmierć.
    Podsumowując jest to film o trudnym wyborze między naszym własnym szczęściem i pójściem za głosem serca bez względu na koszty (co wybrały bohaterki) a poświęceniem się dla nich, odpowiedzialnością (co wybrali bliscy bohaterek).
    Myślę, że ten film nie mógłby być łatwy w odbiorze, bo dotyczy ludzkich emocji, wewnętrznych walk i tęsknot, tego co nas męczy w środku, relacji międzyludzkich, poczucia indywidualności. Podejrzewam, że ktoś naprawdę szczęśliwy, kto docenia co ma, kto przyjmuje życie jakim jest i na wszystko się zgadza nie polubi zbytnio tego filmu i będzie się na nim nudził. Myślę, że ten film zrozumieją ludzie, którzy mimo tego, że mają wiele powodów do szczęścia to jednak do bycia w pełni szczęśliwym czegoś im brakuje i czasem sami nie potrafią nazwać co to jest. Lub tacy, którzy są "nadwrażliwi" ( w tym wypadku bardzo pasuje mi tutaj wiersz "Posłanie do nadwrażliwych") i dużo zastanawiają się nad życiem, naszym miejscem na ziemi, egzystencją.

Zgłoś nadużycie

Opisz, dlaczego uważasz, że ten wpis nie jest zgodny z regulaminem serwisu: