kiri, kiri, kiri...

Już dawno nie miałem takiego problemu z przyznaniem określonej liczby punktów danemu filmowi. W przypadku "Gry wstępnej" autentycznie nie wiem jak mam go ocenić. Nie jest to bowiem film zły, czy nieudany, więc przyznanie mu poniżej 6 gwiazdek byłoby niesprawiedliwe. Jednakże jakoś również nie czuję by zasłużył na osiem lub więcej gwiazdek bo prawdę powiedziawszy nie porwał mnie. Po eliminacji tych najwyższych jak i najniższych not, zostaje 7 ale jej także nie jestem pewien, bo momentami wydaje mi się, że niedoceniam filmu Miike, a chwilami mam znowu wrażenie, że go jednak trochę przeceniam.

Film Miikego zaczyna się bardzo niewinnie. Aoyama, któremu siedem lat wcześniej zmarła ukochana żona, czuje się samotny, a po namowach syna zaczyna szukać nowej partnerki życia. Przed spotkaniem tej jedynej chce mieć jednak możliwość poznania i zobaczenia jak największej liczby kobiet, by mieć porównanie i wiedzieć, że wybrał dobrze. Znajomy producent filmowy podsuwa mu więc, według siebie najlepszy pomysł, na zorganizowanie castingu. Panowie szybko realizują swój plan, a Aoyama po przejrzeniu setek zgłoszeń, natrafia przez przypadek na kartkę Asami, z pozoru niewinnej, skromnej i niezwykle cichej dziewczyny, w której od razu się zakochuje. Z tych kilku zdań wynika, że "Gra wstępna" jest przyjemną i momentami nawet całkiem zabawną (casting) obyczajówką. Nic bardziej mylnego, bowiem w drugiej połowie filmu, miła atmosfera pryska niczym bańka mydlana, a całość zaczyna coraz bardziej zmierzać do krwawego i brutalnego thrillera.

Film Miikego rozwija się niezwykle wolno, jednakże w czasie tej niewinnej pierwszej godziny, reżyser sprawnie buduje atmosferę i utrzymuje nas w napięciu. Od początku bowiem czujemy instynktownie, że z kryształowo czystą Asami coś jest nie tak, że kryje ona jakąś niebezpieczną tajemnicę. Pierwszą potwierdzeniem tego, że myślimy dobrze, jest złowieszczy uśmiech na jej twarzy, gdy odbiera telefon od Aoyamy, a drugim przedziwny worek w jej mieszkaniu. I wtem w połowie seansu następuje zwrot akcji, a my zaczynamy wędrować pomiędzy wspomnieniami bohaterów, retrospekcjami z ich życia oraz ich wyobrażeniami, by wpaść na ostatnie kilkanaście minut w prawdziwy, momentami obrzydliwy horror. Jawa miesza się ze snem, a my do końca nie wiemy co jest prawdziwe, a co nie. I choć nie widzimy dokładnie co się dzieje, a reżyser nie pokazuje nam wszystkiego, to w ciągu tych ostatnich minut filmu, cierpimy razem z głównym bohaterem, dosłownie odczuwamy razem z nim jego ból. Długo nie zapomnę scen z Asumi, która ze słodkim ale jednocześnie przerażającym uśmiechem na twarzy, torturuje Aoyame.

Pozostaje jednak pytanie - po co to wszystko? By wystraszyć widza? Tak, to się z pewnością Miike udało. By obrzydzić pewnymi obrazami? To również wyszło nieźle. Po seansie jednak pozostało mi uczucie ogromnej pustki i dziwnej niepewności, bo w gruncie rzeczy nadal zastanawiam się o czym jest ten film. Można go pewnie traktować jako wielką przestrogę przed ocenianiem nieznanych nam ludzi po zdjęciach, po wypełnianych wolnych linijkach z pytaniami, bo każdy może w nich napisać cokolwiek, a nasza łatwowierność może się bardzo szybko i bardzo łatwo obrócić przeciwko nam. Może być to również i film o samotności, a także o strachu przed nowym związkiem, strachu przed niewiadomą. Film o niepewności, wątpliwościach i dziwnych myślach, które urastają do rangi prawie, że szaleństwa, które tworzą nieprawdopodobne i chore wizje możliwych wydarzeń. Może być, ale czy jest, tego już nie wiem. Ciekawe czy żyjąc w Japonii, pełniej odebrało by się ten film...

7/10

3
  • Uwaga, SOPILERY!!!

    Heh, wczoraj ten film był na "ale kino" i mimo że skończył się o 2, to jeszcze długo nie mogłem usnąć właśnie z tego samego powodu - nie wiedziałem jak się ustosunkować do tego filmu. Z jednej stronie podobało mi się wspomniane uczucie niepewności, które było budowane przez cały film. Choć z drugiej strony w momencie wybierania kandydatki "do filmu" nietrudno było się domyślić iż z Asumi jest coś nie tak, lecz oczekiwanie na rozwiązanie tej kwestii trochę mi się dłużyło prawdę mówiąc. Za to jak już Aoyame napił się zatrutego whiskacza, wszystko runęło na mnie jak letnia ulewa - koszmarna przeszłość Asumi przedstawiona w taki chaotyczny i wyrywkowy sposób wydawała się jeszcze bardziej niezwykła. Lecz z drugiej strony "obecność" Aoyame w wyobrażeniach dotyczących przeszłości Asumi wydały mi się lekko nielogiczne. Na plus pozostaje końcówka (liczę ją od wejścia syna do domu). Bo w sumie to nie wiemy, czy ów syn nie został zabity - w momencie zaatakowania go przez Asumi ojciec traci przytomność (czy tez może świadomie ucieka w sferę wyobraźni, co też jest prawdopodobne, ale trochę mniej) wyobrażając sobie przyjęcie zaręczyn przez dziewczynę i nie mamy pewności czy jego "przebudzenie" i zabicie Asumi przez syna nie było kolejną częścią jego imaginacji. Do takich wniosków popchnął mnie dźwięk, który było słychać tuż przed tym "pierwszym" atakiem Asumi na syna - jakby z tych perfum czy co by to nie było, zrobiła miotacz ognia (sam się w ten sposób bawiłem i stąd do takich skojarzeń popchnął mnie ten dźwięk). Ale z kolei zakończenie też ma minus, który mnie strasznie zirytował - monolog Asumi leżącej pod schodami. Dlatego ważąc wszystkie moje odczucia zdecydowałem się na 6.

Zgłoś nadużycie

Opisz, dlaczego uważasz, że ten wpis nie jest zgodny z regulaminem serwisu: