Pełen podziw.

'Outsider jest tchórzem.'
- Leszek Kołakowski

Jeden z najlepszych filmów, jakie widziałem w tym roku. Z blisko stu godzin filmowego materiału, który pozostawił po sobie samozwańczy obrońca i przyjaciel niedźwiedzi z Alaski Timothy Treadwell, Werner Herzog wyrzeźbił fascynujący film o złej, bezlitosnej stronie natury, ale i o śmieszności mitów, które tworzymy i w które wierzymy. Bo chyba przede wszystkim jest 'Grizzly Man' głęboko humanistycznym i ? jak ktoś ładnie na forum zauważył ? 'bardzo intymnym' portretem zagubionego człowieka. Portretem paradoksalnym, jednocześnie przychylnym i bezwzględnym, czułym i chłodnym. Timothy chciał być wielkim człowiekiem, ale równie dobrze można by go nazwać małym i śmiesznym. Buntując się przeciwko cywilizacji jednocześnie, przesiąknięty nią, odgrywał romantyczno- heroiczne wyobrażenie owego buntu. Naiwny, irytujący, czasem żałosny, a jednak, nawet jeśli anty-, to ostatecznie bohater.

W książce Slavoja Żiżka 'Lacrimae rerum...' (swoją drogą nieco grafomańskiej) przy okazji analizy kina Kieślowskiego, pojawia się bardzo trafne spostrzeżenie na temat swego rodzaju fałszu, jaki wpisany jest w kino dokumentalne, zwłaszcza te skupiające się na konkretnych, jednostkowych postaciach. Uogólniając: bohater takiego filmu niejako 'odgrywa siebie', swoją rolę z realnego życia 'imitując to, co uważa za swój własny idealny obraz'. Tego typu kreacja tworząc poplątanie rzeczywistości z fikcją, co ? już na marginesie, jako ciekawostkę dodaję ? prowadzi autora do spostrzeżenia, że 'fikcja jest bardziej rzeczywista niż rzeczywistość polegająca na graniu ról'. AKA: filmy fikcyjne w których ludzie grają 'role bezpośrednio' są bardziej rzeczywiste niż dokument, w których gra jest ukryta, niebezpośrednia... Skrajnym przykładem tego rodzaju wyreżyserowanej prawdy może być pokazywana swego czasu na w naszych kinach narcystyczno-ekshibicjonistyczna jazda pt. 'Tarnation'.

W 'Grizzly Man' Herzoga ta prawidłowość zostaje w osobliwy sposób odwrócona. Nie ma mowy o ryzyku, że ktoś tu coś imituje, odgrywa kogoś, a 'prawda' tym samym umyka, ponieważ w pozostawionych przez Treadwella nagraniach to właśnie te odgrywanie, ta kreacja jest na pierwszym planie. Kreacja odkryta. Dziełem Herzoga staje się tu taki dobór materiału, komentarz odautorski, również świadków (często zresztą mitem Treadwella 'zarażonych'), aby widz mógł właśnie poprzez tę kreację zbliżyć się do prawdy o bohaterze. Ale właśnie zbliżyć się, a nie ją poznać, to musiałoby równać się przejściu z ułudy w ułudę. Prawda o człowieku, aby móc uznać ją za kompletną musi pozostać niekompletna. I wieloznaczna, składając się z plusów i minusów, z pereł i śmieci. Napisałem wyżej, że jawi mi się Timothy jako postać irytująca i żałosna, ale z drugiej strony jest też w nim jakiś niekwestionowany heroizm. W swojej, w gruncie rzeczy bezsensownej 'misji' (ucieczce?, roli?) brnie ostatecznie tak daleko, że przekracza granicę, za którą to co śmieszne, już śmieszne nie jest; nawet nie jest głupie. Jest wzniosłe i tragiczne. Ściska w gardle.
Wyobrażam sobie, że film o Treadwellu mógł zostać zrealizowany na dwa inne, ale i tendencyjne sposoby. Z jednej strony mógł to być obraz wyłączne demaskujący, z drugiej mitologizujący. W obu przypadkach zafałszowany. Cieszę się, że dzięki Herzogowi nic takiego już nie powstanie; że wybrał drogę najsłuszniejszą zarówno z artystycznego, ale i etycznego punktu widzenia. Pełen podziw.
Absolutnie trzeba zobaczyć.

10
  • Jak miło czytać takie komentarze na filmwebie.:-):-):-)

  • Bardzo trafny komentarz. Miałem podobne odczucia po tym filmie. Herzog miał wiele szczęścia, że trafił na taką osobę jak Treadwell, jest on bowiem taki sam jak bohaterowie filmów Herzoga. Trochę jak Fitzcarraldo, który bez opamiętania realizuje swoje wizje, a trochę jak Kaspar Hauser, Woyzeck czy Nosferatu - dziwak i odludek nie pasujący do świata i pozostający poza nim. Postać prawdziwie paradoksalna, z jednej strony heroiczna, a z drugiej całkowicie nienormalna, wzbudzająca cały wachlarz emocji - od niedowierzania, poprzez litość, współczucie, aż do podziwu. Herzogowi udało się nakręcić wspaniały dokument o pełni życia i o tym jak cienka granica oddziela prawdziwą misję od szaleństwa. Możliwe, że rację ma Kołakowski, mówiąc iż "Outsider jest tchórzem", ale niewykluczone, że ten tchórz w przeciwieństwie do wielu ludzi potrafił żyć pełnią życia, tak jak je sobie wymyślił.

  • Niesamowity obraz. Herzog oszczędny w komentarzach, raczej podsuwa delikatnie pytania, które mają pomóc zrozumieć głównego bohatera.

    Niby dokument, a ja miałam odczucie, że ludzie opowiadający o Timothym są tak cholernie sztuczni, chwilami pompatyczni, opowiadają z jakąś taką typowo amerykańską werwą, jakby udzielanie wywiadów było ich głównym zajęciem, bez zająknięcia się, może to tylko moje odczucie, ale wszystko wydało mi się tak cholernie pozowane, mało przekonywujące...

    A sam główny bohater - w trakcie oglądania filmu przez głowę przeleciało mi kilkadziesiąt określeń - zaczynając od narwanego ekologa, przez nawróconego nałogowca po showmana... Szaleniec, dla którego niedźwiedzi świat stał się początkiem nowego życia (wyjście z nałogu) i końcem. Mimo wszystko - mimo towarzyszącego mi przy oglądaniu filmu uczucia współczucia i zarazem pobłażliwości w stosunku do T. - zakończyłam film z jakimś poczuciem zazdrości - jakby nie było, jakby faceta nie oceniać - jego życie było spełnione. Świat, który sobie stworzył - w którym człowiek był wrogiem absolutnym (jego interpretacja uśmiechniętej buźki na kamieniu!), w którym niedźwiedź i lis byli centrum świata i wszechświata - był światem wariata, ale światem kompletnym.

  • Z ousiderów jeszcze polecam Into The Wild, chociaż większość pewnie widziala. ;)
    Tam trochę więcej jest poświęcone stawaniu się outsiderem.

  • Według mnie Treadwell, to żaden bohater czy antybohater. Egoistyczny, egocentryczny, narcystyczny, zagubiony, nieprzystosowany - mógłbym wymieniać jeszcze długo, Gracjan Roztocki wśród niedźwiedzi. Do tego nic odkrywczego nie zobaczyłem. Oprócz dobrych zdjęć krajobrazów i kilku ujęć ze zwierzętami przesłanie, o którym piszesz, te wielce ukryte, nie przekonuje mnie absolutnie, nie widzę żadnego heroizmu, ani też tragizmu w zachowaniu Treadwella. Wypowiedzi przyjaciół pokazuje tylko, że całe jego towarzystwo, to ludzie mentalnie opóźnieni, aspołeczni. Jak dla mnie film dla ludzi cierpliwych, który podsumowuje wypowiedź Svena Haakansona (kustosz w muzeum) po 30 minutach filmu, a puentuje piosenka śpiewana na koniec przez pilota(Treadwell/Redwolf is gone...). Do tego film dla ludzi przesadnie wrązliwych, którzy w kwestiach etycznych mają najwięcej do powiedzenia, a przyparci do muru w zasadzie nie mają zdania, tacy, co tłumaczą swoje idiotyczne zachawania ładnie je nazywając (jak to, że T.T. chronił te niedźwiedzie. Jeden z najsłabszych filmów Herzoga jakie widziałem, nic o czym film mówił nie poruszyło mnie, nie dało za wiele do myślenia, nie zirytwało, nie wniosło nic nowego.

    • raz) "Egoistyczny, egocentryczny, narcystyczny, zagubiony, nieprzystosowany" itd., itp. to określenia, które w żaden sposób nie kłócą się z tym, co wyżej piszę o Treadwellu.
      Zresztą. Nie zamierzam nikogo przekonywać do tego, aby zobaczył w nim tragizm. Widzisz to, co jesteś w stanie zobaczyć. Nie ten rodzaj kina (tym samym bohatera) o który chciałbym się sprzeczać.

      dwa) "film dla ludzi cierpliwych..." to jeszcze nie takie złe, bo cierpliwość dobra rzecz - polecam, ale też: "film dla ludzi przesadnie wrażliwych, którzy w kwestiach etycznych mają najwięcej do powiedzenia, a przyparci do muru w zasadzie nie mają zdania". A na jakiej to podstawie doszedłeś do takich interesujących wniosków? Czy mam to tym samym rozumieć w ten sposób, że ja jako osoba, na której Grizzly Man zrobił duże wrażenie, przyparty do muru nie będę miał nic do powiedzenia. Może to i racja, ja tego nie wiem, ale skoro ja nie wiem, to skąd Ty to wiesz? Aż tak dobrze się znamy?
      I jeszcze ten tekst o ludziach "mentalnie opóźnionych, aspołecznych"... Mam nadzieję, że tego typu uwaga nie przyszła Ci tak łatwo, jak można to z tekstu wywnioskować.
      No ale z jednym się zgodzę: rzeczywiście nie dał Ci ten film za wiele do myślenia.

      Pozdrawiam. I trochę więcej pokory na przyszłość życzę.

  • dzięki za te słowa. doskonale podsumowują moje własne odczucia. z tym, że dużo ostrzej oceniam treadwella. mam przeczucie- zaznaczam, tylko przeczucie, trudno mi je nawet uzasadnić- że sam oszukiwał się z tym spełnieniem. świadczą o tym ciągle, nieustające, monotonne i totalnie niepotrzebne wyznania o miłości (do niedźwiedzi, do liska, do drzewka, do kupy)- jakby sam próbował zapewnić siebie i wszystkich dookoła o czymś, o jakimś związku, który nie istnieje. "i love you", "i love you", "i love you sooo much", a w domyśle: popatrz! tu jestem! zwróć na mnie uwagę!

    herzog oszczędził widzom liczb, które wskazać by mogły, jak nieistotny był wkład treadwella w ratunek grizzly.

    społeczeństwo go odrzuciło, więc za karę chciał oddać tym samym. co ciekawe, to "nowe" społeczeństwo, które sobie znalazł, również go odrzuciło, mówiąc dosadniej- zjadło go.

    bardzo podobała mi się szczerość komentarza faceta, który należał do grupy ratowniczej- treadwell się o taki koniec prosił, szkoda tylko, że pociągnął za sobą dziewczynę.

  • LIKE IT!

Zgłoś nadużycie

Opisz, dlaczego uważasz, że ten wpis nie jest zgodny z regulaminem serwisu: