Ras_Democritus Ras_Democritus
ocena: 9

Nie kupuję tych wszystkich interpretacji tego filmu idących po linii "pozytywny", "optymistyczny", "radosny", "zarażający śmiechem"; uważam, że reżyser bezlitośnie wykpił krytykę filmową, która ewidentnie sobie z "Happy Go Lucky" nie radzi (z tego, co czytałem, to wyjątkiem jest tylko Anita Piotrowska z "Tygodnika Powszechnego", ale ona w ogóle jest jedną z tych krytyczek, których opinie podzielam częściej niż często i która ma między uszami coś więcej niż tylko oczy do zachwycania się ładnymi obrazkami), nazywając go z irytującą naiwnością komedią. Jak dla mnie - niesłychanie krytyczny, społecznie ostry obraz, wnikliwie diagnozujący pewien ludzki niedowład bez wydawania jednoznacznych ocen. Jak zresztą cały Mike Leigh. Zresztą film uważam za świetny.

Rzekomy optymizm głównej bohaterki to po prostu swego rodzaju społeczny autyzm, emocjonalny analfabetyzm osoby, która infantylnością maskuje jakiś paraliżujący ją lęk (być może, jak to ktoś na tym forum już napisał, rzeczywiście jest to efekt jakiejś traumy, acz Leigh nie daje zbyt wielu przesłanek do tak daleko idącej ingerencji interpretacyjnej) przed zaangażowaniem w cokolwiek. Przed - uogólniając - uspołecznieniem samej siebie, przed wprowadzeniem własnej indywidualności w jakiś szerszy, międzyludzki kontekst. Jej samej jest fajnie i chciałaby, żeby wszystkim innym też było fajnie, wybiera sobie rolę anioła pocieszenia i lekkości - kłopot tylko w tym, że nie wszystkich stać na tak beztroskie podejście do życia i tym samym z uszczęśliwiania co i raz wychodzi jej krzywdzenie. A to dlatego, że jej model życia to wieczne dzieciństwo, wieczne lekkoduchostwo (nie bez powodu najlepiej odnajduje się w pracy nauczycielki maluchów) - tymczasem problemy (rodzinne) ma jej siostra, problemy (emocjonalne) ma instruktor prawa jazdy. I co z tego wynika? Ano to, że ona ma tak naprawdę w dupie, co czują, myślą i przeżywają inni, jej rzekome zbawianie innych to namawianie ich do zabawy, lekkomyślności, w gruncie rzeczy do zamknięcia się w takim jak jej egoizmie. A jak nie chcą/nie mogą się bawić, to co? Ojej, no to niech tam sobie cierpią, ponuraki, zabawopsuje brzydkie... Kapitalnie wygrana jest jej relacja z tym instruktorem, Scottem: ona nic o nim nie wie (a Leigh dba, żeby ta niewiedza była również udziałem widza), jest dla niej ciekawy jedynie jakoś ktoś do wspólnej gry towarzyskiej, a jak mu to nie odpowiada, to jako burak do obśmiania - no i jest faktycznie przezabawnie, ale nie dla wszystkich, prawda? Efekt jest taki, że Scott w końcu rysuje się - przynajmniej w moich oczach - jako ktoś znacznie bardziej pozytywny niż główna bohaterka. W porządku, koleś jest walnięty, prawdopodobnie balansuje na krawędzi dewiacji seksualnej, światopogląd wyznaje obrzydliwy - ale przynajmniej czuje, przeżywa. Jest kimś, kto siedzi po szyję w swoim własnym gównie, ale przynajmniej się w nim szarpie. A ona? Ot, kolorowy motyl, który panicznie boi się pobrudzić swoich kolorowych skrzydełek (ona nawet wystrojona była tak, żeby przypominała właśnie jakiegoś latającego cudaka).

Krótko mówiąc, Mike Leigh zrobił kolejny znakomity film z właściwym sobie, najlepszego sortu lewicowym temperamentem. Film, który jest druzgocącą - choć ludzką, empatyczną - krytyką postawy lekowego uciekania od życia, które bywa brudne i cuchnące, w jakąś ułudę ciągłego bycia wesołym, indywidualnym, a tak naprawdę samotnym. I to w sposób daleki od szlachetności. A to, że tak wiele głosów mówi o tym, że "Happy Go Lucky" jest pozytywne i radosne, świadczy, że być może ten lęk przed życiem nie jest tylko problemem bohaterki.

  • leszczu7

    Niezaprzeczalnie dziewczyna zwalcza problemy życia maską przesadnej radości, ale zupełnie się nie zgadzam z negatywną opinią na temat tego typu zachowań.

    Pozdrowienia Scott/Ras_Democritus, czy jak tam inaczej.

    • Ras_Democritus Ras_Democritus
      ocena: 9

      Nie, no spoko, taka postawa czasem się przydaje, fajnie jest mieć kogoś, kto potrafi Ci powiedzieć: weźże, wyluzuj... Mnie, widzisz, chodziło o to, że Leigh pokazuje (i to interesuje go najbardziej), że bohaterka po prostu nie potrafi inaczej, jest uzależniona od swojego infantylizmu i lekkoduchostwa, a co gorsza - nie potrafi też zrozumieć, że ktoś może nie mieć ochoty na bycie "zarażanym optymizmem". I tu żarty się kończą. No bo nie wiem, ale uważam, że współczucie komuś to coś więcej niż przekonywanie go na siłę, że niczym nie warto się przejmować. Bo czasem jednak warto, może nawet i w nadmiarze. Sam zresztą mam czasem ochotę popatrzeć na świat od takiej bardziej smutnej strony i wtedy za takie bezrozumne chichranie i rozbawianie mnie na siłę to chętnie bym komuś najebał.

      O wiem, jak to inaczej wytłumaczyć: widziałeś "Podziemny krąg" na podstawie "Fight Clubu" Chucka Palahniuka? Ja już nie pamiętam, czy tam w filmie to zdanie pada, ale w książce na pewno jest: "czy ty naprawdę chcesz umrzeć bez ani jednej blizny"? No więc właśnie bohaterka "Happy Go Lucky" chce przejść przez życie bez ani jednej blizny - ale w ten sposób jej życie staje się dramatycznie nieprawadziwe. Blizny szpecą, ale są świadectwem, że ktoś się z życiem styka na serio.

      Czy jakoś tak. Pozdrawiam.

      • leszczu7

        Cieszę się, ze podjąłeś dyskusję.
        Odnoszę wrażenie, że dostrzegasz tylko denerwujący aspekt takiego zachowania. Nikt nie powiedział odejdź denerwujesz mnie swoim zachowaniem.

        Fakt denerwowała swoim byciem ludzi, którzy chcieli poświęcić życie na podejmowanie go na poważnie, w nieskończoność analizowali. Warto zauważyć, że nie zbliżali się do rozwiązania tego co nie pozwalało im się cieszyć. Wręcz przeciwnie próbowali sobie i innym udowodnić, że jest bardzo źle, wręcz tragicznie, nie da się nic z tym robić, tylko siedzieć i płakać/złościć się. Rozmyślanie w kategoriach rozmiaru tragedii w sprawach, na które nie ma się wpływu nie prowadzi do niczego.

        Bohaterka kilkakrotnie w filmie pokazała, że jeśli problem jest w jej zasięgu, to go podejmuje, próbuje pomóc lub zrozumieć. Odczuwa też ból i jest jego świadoma (rozmowa z siostrą, uświadamianie Scotta), ale nie delektuje się nim (jak niektórzy) wydłużając jego rozważanie w nieskończoność. Nie rozdrapuje/uwidacznia blizn, żeby się nimi pochwalić, powiedzieć, że ma "świadectwo, ze żyje na serio".

        Uważam, ze taka postawa nie jest w niczym gorsza niż przeciwna. Reżyser z pewnością nie chciał opowiedzieć się po jednej stronie, moim zdaniem pokazał, że obie skrajne postawy (Poppy i Scotta) są w jakiś sposób pozytywne. Różnica taka, że ja dostrzegam bardziej pozytywne aspekty niepoprawnej Poppy, a ty niepoprawnego Scotta. Dowodzi to tylko, że film jest zrobiony z głową i pozwala się zastanowić, czego mi strasznie brakowało w filmach amerykańskich, gdzie interpretacja jest podana na tacy i polemizuje się tylko z reżyserem. Dobrze jest słyszeć rozbieżne zdania na temat przesłania filmu, a nie tego czy warto, czy nie warto go oglądać.

        Przy swoim zdaniu pozostaje, uważam, że można iść przez życie jak Poppy i nie powinniśmy negatywnie tej postawy oceniać i m.in. to moim zdaniem chciał przekazać reżyser.

        • Ras_Democritus Ras_Democritus
          ocena: 9

          Amen. Bo i o to mi chodziło od samego początku: żeby nie traktować tego filmu jako wyłącznie jakiegoś banalnego apelu o więcej uśmiechu na co dzień, żeby z niego nie robić jakiejś nowej (cudnej skądinąd) "Amelii". Komuś poprawił on nastrój, skłonił do oderwania się od smutów, smutków i smuteczków? Super, jeśli tylko da się terapeutyzować przez kino - jestem całkowicie za. Ale chciałem też zwrócić uwagę na coś, co wydaje mi się drugim dnem tego filmu, po mistrzowsku ukrytym, pokazanym tak strasznie niebanalnie, że prawie na poziomie podprogowym. I nie ukrywam, że to moje rozumienie bardziej mnie pociąga (jakby było inaczej, to by nie strzępił tak strasznie ozora w tym temacie). Ktoś chce go widzieć inaczej - ależ proszę bardzo, ale jeden warunek: niechże najpierw wykona minimalny wysiłek i spróbuje go choć trochę zrozumieć, choć trochę dłużej nad nim poczaszkować. Ty taki wysiłek wykonałeś - i już możemy sobie powiedzieć, jak to wszystko czujemy, jakoś sobie nawzajem otworzyć oczy ciut szerzej. No i popatrz: wcale nie musimy sobie skakać do oczu; przecież - jak to powiedział kiedyś francuski filozof Jean-Francois Lyotard - "konsensus jest etapem dyskusji, nie jej celem".

          I absolutnie się z Tobą zgadzam, że o wybitności filmu (ale przecież i książek, i malarstwa) decyduje jego podatność na różne interpretacje - a jeśli się okazuje, że te interpretacje (nie mylić z ocenami) wzajem ze sobą kolidują, to tym lepiej dla filmu: nie ma sztuki gorszej niż jednowymiarowa.

          A inną sprawą jest, że - zauważ - właśnie jednostronne patrzenie na "Happy Go Lucky" sprawiło, że tak dużo osób tutaj mówi, że się im film nie podoba, że głupi... Bo chcieli mieć czystą rozrywkę, a do tej akurat kategorii - i tu się na pewno ze mną zgodzisz - ten naprawdę wybitny obraz nie należy. Na całe jego - i nasze - szczęście.
          Dlatego spotkasz tu opinie całkowicie kuriozalne: "eee, ale głupie,co to za komedia, ta Poppy jest przecież taka wkurwiająca"... No i to są skutki takiego zawieszenia się, że to musi być komedia - i zero refleksji, czemuż to mnie ta bohaterka tak zezłościła. I pomyśleć, że był jeden z drugim tak blisko sukcesu poznawczego...

          Pozdrawiam Cię z wyrazami szacunku.

          • leszczu7

            Pozytywnie zaskoczyłeś 2 razy:
            - Pierwszy kiedy merytorycznie odpowiedziałeś na mój zaczepny post
            - Drugi kiedy rozważyłeś istnienie sensu w mojej wypowiedzi

            Oby więcej takich ludzi na forach.
            Pozdrawiam.

          • MorganaBlackcat MorganaBlackcat
            brak oceny

            Może i mam trochę inne zdanie ale mi się podobał nie był ani trochę nudny i bardzo ciekawy. Właściwie można potraktować film terapeutycznie. Tylko że nie z pozycji poprawienia sobie humoru i samopoczucia , bo ten film tego nie dostarczy.Po za tym mam podobne zdanie do twojego z tym że Poppy mnie nie denerwowała .


            Ps.podoba mi się wasza dyskusja a ty to prawdziwa rzadkość.:)

            • filomara filomara

              ja mam zupełnie inne zdanie na temat filmu - jednak oczywiście, nie uważam, że jest to lekka komedia na romantyczny weekend. Poppy postrzegam przez pryzmat pewnych konwencji, na które się nie godzi, co wywołuje agresję niekoniecznie agresywnych ludzi.
              linkuję moją recenzję do poczytania:
              http://polecaci.pl/magda/2009/11/02/happy-go-lucky/
              i wypowiedź Sobolewskiego, którego bardzo cenię:
              http://wyborcza.pl/1,101708,4935978.html

              • Ras_Democritus Ras_Democritus
                ocena: 9

                No nie wiem... będę ciągle bronił mojego zdania. Pewnie, w emocjonalnej ocenie tego filmu zależy, po czyjej stronie się stoi: Poppy czy Scotta. Ja osobiście stoję po tej drugiej - nie dlatego, żebym go uważał za sympatycznego czy inteligentnego, ale z powodów, o których już tu pisałem: jest kimś, człowiekiem dźwigającym swoje własne posrane życie. Poppy jest nikim - osobą bez właściwości, jednodniowym motylem, który tylko udaje, że żyje. I będę się też upierał - wiem, że się powtarzam, ale chciałbym być dobrze zrozumianym - że reżyserowi nie chodziło wyłącznie o ukazanie, że anioły są wśród nas, ale chciał widzów, zaniepokoić, pokazać, że granica ludzkiej wrażliwości jest czymś, co istnieje naprawdę, i że w związku z tym a.) trzeba pomyśleć, po której stronie życia się stoi, b.) granicę tę trzeba przekraczać bardzo ostrożnie. Tej ostrożności Poppy moim zdaniem brakuje. Ktoś zastanowił się, co zrobi ze sobą Scott, kiedy wróci do domu? Nikt. Wszyscy się cieszą, że bohaterce po raz kolejny udało się z kimś wygrać - jakby w empatii i pomaganiu innym chodziło o wygrywanie.

                Aha, recenzja Anity Piotrowskiej: moim zdaniem dobrze ważąca to, o czym tu wszyscy piszecie:

                http://tygodnik.onet.pl/33,0,18288,1,artykul.html

                • MorganaBlackcat MorganaBlackcat
                  brak oceny

                  Jestem przekonana że reżyser miał na myśli właśnie to i czym tu piszesz .Według mnie film jest zrobiony świetnie i pewno dlatego oglądając go z różnych punktów zawsze będzie całkowity. Jak dla mnie Scott miał szanse uporać się z tym co go dręczyło a czego nie był w stanie zauważyć u siebie bo widział to tylko w innych.Po pierwsze Był wiecznie niezadowolony że ktoś mu śmierdział w samochodzie - ale sam na pewno też miał niezły zapach ze swoich zepsutych zębów. Dziewczyna była na tyle taktowna że ani razu mu nie zwróciła na to uwagi. Film można oglądać z kilku płaszczyzn bo wtedy przy tym doskonale zrobionym filmie ujawniają się prawdy na pozór ukryte i być może wcale nie zamierzone świadomie. Gdyby był taka zwykła komedia na pewno nie był by taki kontrowersyjny i całościowy. W sumie nie ważne zn której strony się go ogląda czy od Poppy , Scotta czy której kolwiek ze stron bo z każdej ma sens a połączywszy wszystkie kawałki w całość mamy wspaniały obraz naszego świata kompletny i doskonały.

                  • MorganaBlackcat MorganaBlackcat
                    brak oceny

                    to i czym tu piszesz - O czym tu piszesz.

  • Ras_Democritus Ras_Democritus
    ocena: 9

    No to wracam tu po dłuższej chwili - jako że dyskusja przycichła, a jako jej prowokator czuję się w powinności jakoś ją domknąć. Bo uciekł mi wątek, o którym wspomniałem na początku.

    Otóż cała moja interpretacja filmu - radykalnie bardziej, powiedzmy, pesymistyczna - wynikała z pewnego, być może uroszczeniowego, założenia wstępnego. Bo też szedłem na ten film ze świadomością, że jest on dziełem reżysera, który nie kryje swoich bardzo wyrazistych, lewicowych sympatii społeczno-politycznych, ale też estetycznych (stąd jego przywiązanie do dosadnego czasem realizmu, unikanie taniej symboliki, metaforyzacji i przeestetyzowania, zatrudnianie w wielu głównych rolach naturszczyków, penetrowanie środowisk ludzi w szerokim tego słowa znaczeniu wykluczonych). Dlatego też od pierwszego kadru usiłowałem zajrzeć pod podszewkę widocznego na pierwszy rzut oka, komediowo-afirmatywnego żywiołu. Dojrzałem tam coś, co usiłowałem Wam tu opisać. I wydaje mi się to o wiele bliższe jak najszlachetniej lewicowego temperamentu Mike'a Leigh, tak różnego od tego, co znamy z kina choćby lewicowców amerykańskich - z paradokumenalnej, paszkwilanckiej agresywności Moore'a czy z nawiązującego do tradycji obywatelskiego nieposłuszeństwa z filozofii Waldo Emersona czy Thoreau, patetycznej epiki Stone'a. A tym czymś jest właśnie gest społecznego otrzeźwiania, uświadamiania niebezpieczeństw płynących z postawy wygodnickiego niezaangażowania (marksiści, których Leigh ma na pewno dokładnie przemyślanych, powiedzieli by pewnie coś o socjoekonomicznej autoalienacji późnonowoczesnego podmiotu). Stąd wszelkie nadmiernie optymistyczne punkty widzenia na "Happy Go Lucky" budziły - i nadal budzą - moją nieufność.
    Pozdrowienia dla wszystkich dyskutantów!

  • Deer_Hunter Deer_Hunter
    ocena: 3

    To żadna innowacyjna interpretacja tego filmu. Moim zdaniem za daleko odbiega on od rzeczywistości - gdyby to Poppy wyznaczała pewne ramy problemów, jakie miewa człowiek przy wejściu w dorosłość, czułbym się zażenowany. Nie ma nic interesującego w przeciętności - a właśnie taka jest główna bohaterka. Dziś kolorowe ciuchy, popcornowe zachowanie i udawanie słodkiej idiotki to chleb powszedni. Nadawanie Poppy statusu kolorowego motyla jest wyjątkowo nietrafne - Leigh chce chyba raczej pokazać tragizm tej postaci. Być może (to moja opinia) to wcale nie ona reprezentuje w filmie jasną stronę mocy? Jakby nie patrzeć, po kłótni ze Scottem to właśnie on wraca do życia (tego urojonego, pokręconego, etc. - ale zawsze życia). Natomiast irytująca Poppy pływa ciągle w tym samym miejscu; nie potrafi pójść dalej.
    Ad personam - dwukrotnie akcentujesz lewicowość reżysera. Jasne - ale ten film w żadnej materii nie jest społeczny, lewicowy, marksistowski, trockistowski, etc. Jedynym zaskoczeniem tego filmu jest chyba to, że reżyser zaskoczył sam siebie i uciekł z barykad walki o społeczne prawa.

    • Ras_Democritus Ras_Democritus
      ocena: 9

      Zależy, jak rozumieć lewicowość: jeśli to faktycznie tylko deklarowanie walki o prawa społeczne, strojenie się w piórka rewolucjonisty i takie tam - jasne, wtedy "Happy Go Lucky" filmem lewicowym nie jest. Ale dla mnie to jednak coś poważniejszego, zresztą pisałem tu o tym kilkakrotnie: lewicowość tego filmu polega na tym, że jest on analizą pewnego społecznego niedowładu, krytyką (nie wprost i nie bez najszczerszej empatii) postawy samowykluczenia, wygodnictwa, praktycznej realizacji zasady "nieznośnej lekkości bytu", żeby tak nadużyć słynnego tytułu Kundery... Nie uważam, żeby do postawy lewicowej mogli aspirować wyłącznie Ci, którzy potrząsają dzidą, powiewają arafatkami, wygłaszają dęte deklaracje socjo-polityczne kompletnie bez pokrycia; z tego punktu widzenia modelowo lewicowe byłyby choćby takie rzeczy jak "Marzyciele" Bertolucciego czy - daleko nie szukając - "Avatar". A przecież - używając terminologii marksistowskiej - są to filmy skrajnie burżuazyjne...

      Poza tym nie jestem pewny, czy można postawę Poppy nazywać tragizmem: do doświadczenia tragiczności potrzebny jest moment uświadomienia sobie sytuacji etycznej bezwyjściowości, odczucie ciężaru egzystencji - a ona od jakiejkolwiek trudności, jakiejkolwiek brutalności i surowości ucieka.

      • Deer_Hunter Deer_Hunter
        ocena: 3

        Odnoszę się raczej do twórczości reżysera - jego poprzednie filmy jawiły mi się jako te "rewolucyjne", gdzie atomizacja społeczeństwa posłużyła jako punkt wyjścia do stawiania diagnozy moralno - społeczno - politycznej. Nie mogę się jednak z Tobą zgodzić - ciężko zestawiać samowykluczenie, wygodnictwo, społeczny niedowład z problemami, z którymi to boryka się Poppy. Jej "samowyluczenie" to raczej nonkonformizm niemający swego źródła w analizie sytuacji społecznej a bardziej w pewnym "niedowładzie" psychicznym. Gdybym przejął Twój punkt widzenia - Poppy byłaby reprezentantką wszystkich tych ciemiężonych w imię liberalno - konserwatywnego rozwoju, nadzieją biednych i żyjących na marginesie, nieprzystosowanych do życia, prześladowanych. Jesteś bardzo inteligentny Ras, zapewne spotykasz się z ludźmi - na Twojej drodze nigdy nie pojawiła się osoba przypominająca Poppy, z rozchwianą emocjonalnością, infantylnym sposobem bycia, w głębi duszy mająca się za pępek świata? Być może Leigh rzeczywiście chciał pokazać pewną społeczną diagnozę ale moim zdaniem nie wyszedł poza ramy niestałego umysłu głównej bohaterki. Stworzył "dzieło" o nieprzystosowaniu do życia osób osób ze skrzywioną psychiką; o dzisiejszych 20 - klilku latakach, którzy mają takie możliwości wyboru, że nie wybierają żadnej drogi. A to raczej nie jest etykieta, którą możemy podarować którejkolwiek z dostępnych opcji; cytując Giddensa - to sprawa "poza lewicą i prawicą".

        Jak dla mnie postać Poppy jest tragiczna. Z tym, że uświadomienia sobie beznadziejności i braku sensu dokonał widz oglądający ten film. To on jest tutaj cesarzem w Koloseum, który wydaje na Poppy wyrok. Osoby, które zachwycają się tym filmem, chcą jakby zatrzymać czas - tak, by Poppy mogła być wieczną marzycielką. Tymczasem czas biegnie nieubłaganie - dlatego moim zdaniem bohaterka nie zdaje egzaminu wejścia w dorosłość i nigdy go nie zda. Gdyby ten fakt Leigh pokazał w filmie - uznałbym go nie tylko za lewicowy, ale za genialny. A tak zabrakło mi tutaj jakiegoś post factum, w którym reżyser pokazuje jak niebezpieczne może być życie bez wartości. Tylko broń Boże w formie morału - myślę jednak, że do tego zabiegu idealnie posłużyłaby lewicowość z jego poprzednich filmów.

        • Ras_Democritus Ras_Democritus
          ocena: 9

          Od razu zastrzegam, że - choć się z Tobą w kilku kwestiach nie zgadzam - szanuję Twój punkt widzenia i w pełni go rozumiem. Cóż, wielokrotnie już w tej tu dyskusji podnoszona była kwestia wielointerpretowalności "Happy Go Lucky", co nasz spór tylko potwierdza... Więc tylko kilka uwag:

          "ciężko zestawiać samowykluczenie, wygodnictwo, społeczny niedowład z problemami, z którymi to boryka się Poppy. Jej "samowyluczenie" to raczej nonkonformizm niemający swego źródła w analizie sytuacji społecznej a bardziej w pewnym "niedowładzie" psychicznym."

          Czy ja wiem... Leigh chyba pozostawia tę sprawę otwartą. Powiadasz, że Poppy jest nonkonformistyczna - a ja widzę ją jako właśnie w szczególny sposób konformistyczną: a szczególność ta polegałaby na tym, że ona idzie na ciągłe ustępstwa... z samą sobą. Bez przerwy zderza się z prawdziwym życiem - a zgodzisz się, że ilość życiowych, społecznych kalek, sportretowanych przez Leigh z tą jego zachwycającą czułością, jest w filmie pokaźna - i za każdym razem, zamiast podjąć pozorowany choćby dialog, zamyka oczy i ucieka w swój własny, głupkowaty światek chichoczącej papużki. No i najważniejsze - reżyser chyba nie podziela jej punktu widzenia, nie broni go, bohaterka nie jest mu sympatyczna. Czy jej postawa jest sprawą niedowładu psychicznego? Być może. Ale równie prawdopodobne jest jednak to, że to jej w pełni świadomy wybór miejsca w społeczeństwie, czego - raz jeszcze - reżyser nie broni.

          "Poppy byłaby reprezentantką wszystkich tych ciemiężonych w imię liberalno - konserwatywnego rozwoju, nadzieją biednych i żyjących na marginesie, nieprzystosowanych do życia, prześladowanych."

          Niekoniecznie. Gdyby tak było, Leigh być może wykreowałby ją z większą dozą patosu, oddałby jej racjom głos na poważnie - tak jak to zrobił choćby z główną bohaterką swojej "Very Drake". Tymczasem on konsekwentnie ją lekceważy - jej postawa traktowana jest przez niego z nonszalancją równą tej, z jaką ona sama zabiera się za życie innych; to moim zdaniem zupełnie świadomy (i, dodam od razu, po mistrzowsku zrealizowany) zabieg: nieuważna, momentalna, niepoważna narracja "Happy Go Lucky" wprowadza nas od razu w sam środek sposobu widzenia świata przez Poppy. Niektórym się to podoba - i oni mówią "ojej, ale ona fajna, ja też bym tak chciała/chciał, a tak w ogóle to ten film taki luzujący, pozytywny". Innych - czyli Ciebie i mnie chociażby - wszystko to wkurza, ale myślę sobie, że wkurza też Mike'a Leigh, który w gruncie rzeczy stoi po naszej stronie... Ona nie jest poobijana przez jakikolwiek system - w przeciwieństwie choćby do Scotta; i dlatego reżyser to właśnie jemu, nie jej, przyznaje ostateczną rację.

          "na Twojej drodze nigdy nie pojawiła się osoba przypominająca Poppy, z rozchwianą emocjonalnością, infantylnym sposobem bycia, w głębi duszy mająca się za pępek świata?"

          Jasne że tak. I nie muszę Ci chyba dodawać, że... hm... nie były to znajomości, które (najdelikatniej rzecz ujmując) podtrzymywałbym ze szczególnym jakimś zaangażowaniem - zresztą pewnie do dziś funkcjonuję w pamięci takich ludzi jako ponury, nietowarzyski burak, który bez obciachu i słowa wyjaśnienia wychodzi jako pierwszy z imprezy, na której jazgot muzyki sprowadza rozmowę do mało pożywnych gadek o dupie Maryni. Tylko wydaje mi się, że - obrazowo rzecz ujmując - do wyjścia z takiej imprezy z Poppy w roli głównej gorąco namawia nas również Mike Leigh. Zezłościła Cię główna bohaterka, na myśl o możliwym spotkaniu z nią zrobił Ci się - że zacytuję klasyka - "nastrój nieprzysiadalny"? No i o to panu Leigh chodziło...

          "Stworzył "dzieło" o nieprzystosowaniu do życia osób osób ze skrzywioną psychiką; o dzisiejszych 20 - klilku latakach, którzy mają takie możliwości wyboru, że nie wybierają żadnej drogi. A to raczej nie jest etykieta, którą możemy podarować którejkolwiek z dostępnych opcji; cytując Giddensa - to sprawa "poza lewicą i prawicą"."

          Z pewnego punktu widzenia - owszem. Ale jedną rzeczą jest lewicowość jako deklarowanie pewnej postawy w sposób otwarty, czym innym zaś taka, której żywiołem jest krytyka, stawianie pytań, prowokowanie do przemyślenia pewnych na pozór jednoznacznych postaw. Z tego drugiego punktu widzenia "Happy Go Lucky" jest jak dla mnie dość mocną realizacją pewnego etosu lewicowego potencjału krytycznego. Zresztą Leigh w ogóle nie jest moim zdaniem chętny do jednoznacznych deklaracji - i w tym tkwi jego siła.

          "Jak dla mnie postać Poppy jest tragiczna. Z tym, że uświadomienia sobie beznadziejności i braku sensu dokonał widz oglądający ten film."

          Tak, w tym coś jest... Nie jest to bardzo oczywiste doświadczenie tragizmu, ale skłonny byłbym to kupić. Nie bez zastrzeżeń, ale jednak.

  • madameTutliPlutli madameTutliPlutli
    ocena: 8

    Dzięki za wszystkie wypowiedzi z tego wątku. Pamiętam, że w momencie premiery "Happy Go Lucky" wszyscy mówili o jego "pozytywności", i właśnie dlatego tak długo go omijałam. W końcu obejrzałam i w moim odczuciu Poppy również jest postacią tragiczną. Momentami widziałam w niej Bridget Jones, wiem, koszmarne porównanie, ale chyba dlatego trafne.
    Jest to mój pierwszy film Leigh, ale na pewno nie ostatni.

  • katarpo

    Bardzo się cieszę że to napisałeś. Chcę powiedzieć, że są dwa filmy, które doprowadziły mnie do lekkiego zmącenia zmysłów. Jednym z nich jest "Happy-Go-Lucky" właśnie, a drugim "Wszyscy Inni". Oba przejęły mnie i zadziwiły subtelnością, a zarazem głębokością przekazu kryjącego się w prostych scenach, w niedopowiedzeniach, w codzienności. A potem zaczęłam czytać recenzje tych filmów - zarówno krytyków, jak i te pochodzące od widzów. I nie mogłam uwierzyć - jakbym o zupełnie innych filmach czytała. Aż zaczęłam sobie zadawać pytanie czy może te wszystkie "głębokie treści" jakie tam zobaczyłam to tylko mój wymysł, i co do cholery jest z tą moją podświadomością, i może coś jest zupełnie z nią nie tak. To co napisałeś spowodowało że odetchnęłam z ulgą - przynajmniej jedna osoba widziała w tym filmie to samo co ja.

wczytuję Ladowanie

Zgłoś nadużycie

Opisz, dlaczego uważasz, że ten wpis nie jest zgodny z regulaminem serwisu: