Zabicie syna Ryszarda Kuklińskiego- Waldemara.

awatar076 awatar076

Zabicie syna Ryszarda Kuklińskiego- Waldemara.
Śmierć w pełnym słońcu
Aleksandria, przedmieścia Waszyngtonu, sierpień 1994
Zza przyciemnianych szyb czarnego dżipa zaparkowanego dyskretnie w bocznej uliczce można było bez trudu obserwować okolicę. Właściwie nie było chyba żadnego konkretnego powodu, by obserwować akurat ten fragment miasta. Przy żadnej z pobliskich ulic nie mieszkał nikt sławny ani wpływowy. Nie działo się tutaj nigdy nic szczególnego. Co najwyżej jakaś szalona grupka studentów trenowała wyścigi w samej bieliźnie w środku nocy między budynkami kampusu. Albo inna grupka wspinała się na okoliczne latarnie, żeby z wysokości kilku metrów celować kolegom strumieniami spienionego piwa wprost do szeroko rozwartych paszczy. Nie były to jednak incydenty dość interesujące dla przeciętnego człowieka, a już zdecydowanie nie nadawały się na materiał do obserwacji.
Palce w czarnych, skórzanych rękawiczkach nerwowo wystukiwały rytm na kierownicy dżipa. W środku było upiornie gorąco, jak w puszcze zupy pomidorowej postawionej na gorącej płycie kuchenki. Mężczyźni w samochodzie naprzemiennie ocierali z czół obficie spływający pot, wciskając kawałki tkaniny głęboko do kieszeni kurtek tak, aby nawet jednak kropla nie spadła na tapicerkę czy deskę rozdzielczą. Nie wolno zostawiać śladów. Do końca muszą pozostać nieodkryci.
Siedzieli w milczeniu, zupełnie jakby obawiali się, że zbyt głośno wypowiedziane słowo mogłoby ściągnąć uwagę niepożądanych gapiów, jakby szczelnie zasunięte kuloodporne szyby nie stanowiły wystarczającej bariery oddzielającej od świata zewnętrznego.
Z tej odległości dało się widzieć zaledwie zarysy kilku postaci stojących na rogu budynku. Ale to całkowicie wystarczyło, żeby dwóch ludzi w dżipie kontrolowało sytuację. Świetnie wiedzieli, którego z młodzieńców nie wolno im spuścić z oczu.
Pięcioro przyjaciół, wszyscy młodzi i piękni, smukli i wysportowani; dwie dziewczyny i trzech chłopaków, prawdopodobnie studenci tutejszej uczelni. Rozmawiali energicznie gestykulując, śmiali się, poszturchiwali, nie trzeba było słyszeć ich rozmowy, by zauważyć, że znają się od lat i czują dobrze w swoim towarzystwie.
- No weź, Waldek, nie bądź nudziarz, gdzie ci nagle tak spieszno? Przecież obiecałeś! – odezwał się blondynek w białej koszulce jeszcze bardziej podkreślającej opaleniznę. – Wyzwanie jest wyzwanie, chyba, że cykor cię obleciał!
Całe towarzystwo wybuchło gromkim śmiechem, chłopcy przy tym poklepywali się po ramionach, dziewczęta zaś wstydliwie zasłaniały usta i tylko oczy zdradzały tryskającą wesołość.
- Pewnie się na randkę umówił z jakąś super-lalą i nie chce nam pokazać, żebyśmy jej nie spłoszyli? – roześmiał się drugi, krótko ostrzyżony, czarnooki, nie mniej śniady, z deską surfingową pod pachą.
Ten, do którego się zwracali uciekał wzrokiem gdzieś na boki tylko niespokojnie przełykał ślinę. Milczał.
- Ty, a może ty wymiękasz, co? – roześmiał się znowu blondynek przeczesując palcami czuprynę.
Dziewczęta chichotały cichutko szepcząc sobie coś na boku i wstydliwie spuszczając wzrok. Poprawiały falbany spódniczek i ramiączka letnich bluzeczek, zakładały na uszy niesforne kosmyki włosów. Waldek spojrzał nagle jednej z nich prosto w twarz i nie odrywając wzroku od jej szafirowych oczu odpowiedział koledze, choć wyglądało to tak, jakby mówił do dziewczyny:
- Ja się Łysego nie boję, jak chce, mogę mu nawet dać fory, ale nie teraz. Najpierw muszę załatwić jedną sprawę…
Rudowłosa dziewczyna zachichotała cienko, ale widząc powagę koleżanki, brunetki o szafirowych oczach, nagle zamilkła. Zupełnie jakby ktoś odciął jej śmiech ostrym nożem.
- No, dobra, to leć jak już musisz… - westchnął chłopak z deską surfingową. – Ale pamiętaj, że dziś wieczorem u mnie impreza! Z tego to już się nie wymigasz stary, impreza bez ciebie to nie impreza!
- No dobrze, już dobrze, przecież przyjdę! – machnął ręką Waldemar odwracając się na pięcie. – Cześć!
Waldek pożegnał kolegów uściskiem dłoni, a koleżanki przyjacielskim pocałunkiem w policzek. Chociaż nigdy nie miał w zwyczaju żegnać się w ten sposób (uważał, że to niemęskie, że tak żegnają się tylko dziewczyny), tym razem nie omieszkał sprowokować okazji, by jego kontakt fizyczny z urocza koleżanką nie ograniczył się jedynie do markowanego pocałunku pożegnalnego, będącego w istocie tylko mlaśnięciem ust w powietrzu , pięć centymetrów od policzka. Tymczasem dłoń z tyłu, niby to obejmująca ramię dziewczyny, w ułamku sekundy zjechała na pośladek i została tam przez dobrą sekundę. Mogła zareagować oburzeniem. Tak się jednak nie stało. Gdy ponownie spojrzał jej w twarz, zauważył nawet jakiś nowy blask w oczach i miał wrażenie, że uśmiech Margareth był bardziej promienny.
„Dobra jest – pomyślał odwracając się na pięcie. – Jeszcze tego wieczoru będzie moja! Tylko najpierw pokażę wszystkim gnojom śmierdzącym, gdzie raki zimują, a potem balanga, chlanie i dymanie! A szykuje się najlepsze dymanie wszechczasów!”
Waldemar westchnął z gorzkim uśmiechem, którego nie dostrzegł nikt z rówieśników.
„Byłoby najlepsze dymanie – pomyślał. – Byłoby, ale nie będzie, niepotrzebne całe te podchody. Będzie tysiąc innych panienek, może nawet i lepszych niż Margareth, ale ona, Maggie na zawsze pozostanie poza moim zasięgiem. Tak już musi być, żeby życie toczyło się dalej…”
Spiesznym krokiem przeszedł przez ulicę. Nawet nie rozejrzał się przed wkroczeniem na jezdnię. Pędził jakby przed kimś uciekał, jednak nim jeszcze zniknął za zakrętem, młodzi ludzie zdążyli dojrzeć dopędzający go z zawrotną prędkością czarny samochód. Dżip z przyciemnianymi szybami nagle wjechał na chodnik i próbował staranować młodego chłopaka, który widząc to rzucił się do ucieczki. Nie zdążył. Samochód z impetem uderzył w chłopaka. Ciało Waldemara wyleciało w górę jak kopnięta piłka. Samochód przejechał kilka metrów, ciało opadło bezwładnie na trotuar, od którego odbiło się jeszcze niewysoko. Chłopak zdołał jeszcze podnieść się i kulejąc, lewą ręką trzymając się za prawy łokieć, nienaturalnie zgięty w pół, zniknął za rogiem.
Obserwujący scenę z drugiej strony ulicy przyjaciele patrzyli z niedowierzaniem, to na czarnego dżipa, to na siebie nawzajem.
- Za nim! – krzyknął brunet, gdy ich kolega zniknął za rogiem ulicy.
Znajdowała się tam apteka, może więc uda im się pomóc rannemu koledze. Tylko dlaczego samochód z zawrotną prędkością pomknął za nim?
Gdy dotarli na miejsce, z odległości kilkunastu metrów widzieli już tylko wijące się w konwulsjach ciało, które zamiast twarzy straszyło wielką, jaskrawą raną, widoczną z daleka, niczym krwiście purpurowy kwiat raflezji..
Nim ustały drgawki, czarny dżip wycofał gwałtownie przejeżdżając masywnymi kołami po głowie żywego jeszcze człowieka, po tułowiu i po nogach leżącego, miażdżąc ciało i nasączając letnie ubranie strugami krwi. Jasne, bawełniane spodnie i podkoszulka stały się momentalnie ciemne od obficie wsiąkającej krwi, wyciskanej z młodego ciała przez koła masywnego pojazdu tak, jak wyciska się wodę z gąbki w głębi oceanu. Cienka tkanina nie była w stanie zaabsorbować tak wiele krwi, toteż wokół szybko zaczęło się tworzyć ciepłe, gęste bajoro, w którym zanurzały się bieżniki opon.
Samochód kilkakrotnie cofał i ruszał do przodu wałkując niemiłosiernie ciało leżące na chodniku i stemplując płyty chodnika w długie, czerwone wzory, jak łańcuchy pętające więźnia. Jakby to przez nie właśnie, przez te krwawe stemple, człowiek na trotuarze nie mógł się już ruszyć, nie mógł uciekać, jakby to one wyznaczały wokół niego granicę, której przekroczyć nie wolno.
Studenci stojacy po drugiej stronie ulicy nie zdołaliby dosłyszeć trzasku pękających kości, nie słyszeli go również dwaj mężczyźni w dżipie, zresztą, i tak zagłuszyłby go ryk silnika. Na wszelki wypadek pojazd raz jeszcze przejechał po znieruchomiałym ciele. Potem znów wycofał, i znów... Młodzi ludzie myśleli, że to już koniec. Przecież ich kolega był już martwy. Czego jeszcze chciał ten maniak w czarnym dżipie? Przecież nie można sprawić, by zabity człowiek był jeszcze bardziej martwy, niż w chwili śmierci. Po co tak masakrować ciało? Nawet jeśli to jakaś makabryczna zemsta, on tego już i tak nie czuje…
Jednak kierowca dżipa najwyraźniej miał na ten temat inne zdanie. Z rykiem silnika walcował zwłoki z niebywałym wręcz uporem, a znieruchomiałym studentom obserwującym tę krwawą scenę z boku, zdawało się, że trwa ona całą wieczność.
Leżąca na chodniku nieruchoma materia coraz mniej przypominała człowieka. Tylko dlatego, że dały się jeszcze widzieć fragmenty czerwonej od krwi tkaniny ubrań, które miał na sobie zabity.

    Zgłoś nadużycie

    Opisz, dlaczego uważasz, że ten wpis nie jest zgodny z regulaminem serwisu: