braterskie więzi w czasach śmierci

Patrice Chéreau kontynuuje badanie ludzkich więzi i emocji w swoim nowym filmie "Jego brat". Po boleśnie dokładnym przyjrzeniu się człowiekowi poprzez pryzmat seksu, miłości, namiętności, teraz przyszła kolej na śmierć i chorobę. Umieranie, śmierć jako pretekst do badania relacji międzyludzkich – zwłaszcza rodzinnych – nie jest tematem nowym. Nawet sam Chéreau temat ten już podejmował w filmie "Ci, którzy mnie kochają wsiądą do pociągu". Tam jednak oglądaliśmy ludzi z perspektywy konsekwencji śmierci, tym razem reżyser zajął się samym procesem umierania. Bazując na powieści Bessona obiektami swoich eksperymentów Chéreau uczynił dwóch braci. Jako dzieci nierozłączni, później ich drogi rozdzieliły się w okolicznościach, których nie poznajemy, a możemy się jedynie domyślać. Po latach milczenia do Luca przybywa Thomas, jego starszy brat i obwieszcza mu, że jest poważnie chory, być może umrze. Przybył prosić Luca, choć tak naprawdę nie bardzo wiadomo o co. O pomoc? Miłość? Czy samo bycie przy nim? Luc, którego z bratem nic już nie łączy, zgadza się na to. Jak sam powie nie dlatego, że Thomas jest jego bratem, lecz jest człowiekiem w potrzebie, który poprosił o pomoc.
Dwoje obcych sobie osób, których łączy wspólne dzieciństwo. Chéreau śledząc ich losy, stara się zgłębić tajemnicę ich wzajemnych relacji. Czy można cofnąć czas, odzyskać braterską miłość? Odpowiedź Chéreau nie jest prosta. Zdaje się uważać, że sławne powiedzenie Heraklita odnosi się także do ludzkich uczuć, wzajemnych relacji. W jednej ze scen Luc wprost powie, że to co było należy do przeszłości, nie da się tego zatrzymać. Jednak zniszczoną pierwotną braterską miłość można zastąpić nową więzią. Być może nie tak silną, nie tak pierwotną, idealistyczną i prostą, a jednak na swój sposób równie ważną i istotną. Więzi międzyludzkie, nawet (a może przede wszystkim) te w obrębie rodziny są zbyt skomplikowane, by dały się jasno wyrazić.
Jednak film Chéreau opowiada nie tylko o braterskiej intymności. Jest to też obraz człowieka, jego godności i intymności, której zostaje pozbawiony w profesjonalny, chłodny i sterylny sposób przez tych, którzy życie mają ratować. Lekarze, pielęgniarki służyć mają ratowaniu życiu. Jednak z perspektywy ciężko chorego pacjenta, a nawet z perspektywy widza wygląda to inaczej. Pacjent odzierany jest z życia. Warstwa za warstwą pozbawiany jest ochrony, intymności, prywatności, prawa do samostanowienia. Odzierany z życia, by to życie zostało mu przedłużone. Boleśnie wyraźny jest kontrast chłodnego profesjonalizmu chociażby w scenie przygotowywania do operacji. Dwie kobiety zajmują się nagim ciałem mężczyzny. To mogłaby być niezwykle erotyczna scena, a jednak wszelka intymność zostaje zabita przez zawodowo troskliwy ton kobiet i kontekst, któremu bliżej do ekstazy śmierci niż ekstazy miłości.
Film Chéreau jest niezwykle przejmującym obrazem cierpienia człowieka i jego pragnień. Każdy kadr, każdy obraz dotyka do żywego, chwyta za gardło i trzyma tak przez całą projekcję. Każdy gest, każda mina, każde spojrzenie, dotyk wszystko jest tak wyraziste i tak wieloznaczne, choć przecież zupełnie oczywiste. "Jego brat" mógł się stać filmem wybitnym, wręcz genialnym. Mógł, jednak nie jest. Film rozbijają bowiem dialogi. Niemal każda wypowiedź wywoływała mój protest, odrzucała mnie całkowicie. Te dłuższe i krótsze monologi brzmią niczym treny, lamenty, ody i sonety. Mają nadać jakiś głębszy sens cierpieniu, sygnalizują, że ciężko chorzy znajdują się pomiędzy tym i tamtym światem, co daje im jakiś wgląd. Jednak dla mnie to wszystko to były banały, popłuczyny i zupełnie niepotrzebne lanie wody. Gdyby Chéreau zachował więcej umiaru, film zdecydowanie by na tym skorzystał. A tak to dobry, prowokujący film, jednak nic więcej. Trochę szkoda.

  • Mała uwaga. Mi pielęgniarki, które myły mężczyznę, wydawały się delikatne i miłe, nie odniosłam wrażenia, że ich zachowanie jest niewłaściwe. Zachowywały szacunek wobec mężczyzny, a jednocześnie było w nich trochę żalu, bo myły piękne ciało, tak było, tym bardziej szkoda, że wymęczone przez chorobę. Również lekarka w szpitalu wydawała mi się mądrą kobietą.
    Po prostu w chwili śmierci człowiek potrzebuje kogoś naprawdę bliskiego, ważnego, a pielęgniarki w szpitalu są po prostu obcymi ludźmi, z którymi na chwilę styka nas los.
    Dialogi rzeczywiście często miałkie, szkoda.
    Film nie jest prowokujący chyba, tylko przypomina, że śmierć jest częścią naszego życia, i pozwala zrozumieć człowieka, który stoi na progu - poszerza jakoś wrażliwość, bo temat śmierci jest mocno wyparty w naszej kulturze.

Zgłoś nadużycie

Opisz, dlaczego uważasz, że ten wpis nie jest zgodny z regulaminem serwisu: